Fontanna

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Siedziała wpatrzona w fontannę. Chciała płakać jak ona. Nie wiedziała jednak, czy z żalu, czy ze szczęścia.

 

Ta fontanna była świadkiem jej całego życia. Brakowało jedynie, by została w niej ochrzczona. Niewiele brakowało, bo rodzice przynieśli ją tu prosto z Bazyliki, wtedy jeszcze będącej zwykłym kościołem. Choć może nigdy nie była zwykłym kościołem, bo mieszkańcy mówili na nią od dawna „katedra”. To tak pięknie brzmiało.

 

Przy fontannie pozowała do pierwszych w swoim życiu zdjęć. W beciku, na rękach taty, potem mamy, a potem siedem lat starszej siostry. Przekazywali ją sobie z rąk do rąk, nie pytając o zdanie. Jakby chcieli przepowiedzieć jej przyszłość.

 

Kiedy zaczynała edukację w szkole podstawowej, cała klasa zaciągnięta została na Rynek. A po uroczystościach tata zabrał ją na lody. Jedli je siedząc przy fontannie. Potem dołączyła mama. W dłoniach trzymała sok pomarańczowy, kupiony w małej budce stojącej tuż przy ratuszu. Pamięta, że oglądała potem bardzo długo obrazy wystawione na sprzedaż w galerii znajdującej się tuż obok. Tata nawet zastanawiał się nad zakupem takiego z końmi na pierwszym planie. Ale mama powiedziała mu coś na ucho i zrezygnował.

 

Przy tej fontannie kończyła też podstawówkę i zaczynała szkołę średnią. Za każdym razem z lodami i tatą. I mamą. Taty zabrakło po maturze. Zginął rok wcześniej w wypadku samochodowym pod Poznaniem. Nie chciała wtedy słuchać, że to on był sprawcą. I, że to przez niego zginęła również młoda kobieta, a jej mąż stracił nogę. Nie chciała tego słuchać. Wiedziała tylko, że szkołę średnią zakończy lodami przy fontannie. Choć bez niego. Dlatego była tam wtedy sama. Jeśli nie tata, to nikt.

 

Zresztą na mamę już wtedy nie mogła liczyć. Nie była sobą od tego wypadku. Zmieniła się w kłębek nerwów, stała się kobietą cierpiącą z każdego możliwego powodu. I kobietą zapatrzoną w seriale telewizyjne. Całe otoczenie nie miało dla niej znaczenia. Ważni byli bohaterowie tasiemców. Tym bardziej znaczenia nie miały lody przy fontannie po zakończeniu liceum. Jej pytania, czy pójdzie z nią na tradycyjne lody, zostawiła bez odpowiedzi. A chwilę później zezłościła się, że zawraca jej głowę.

 

Tęsknota za tatą nigdy nie osłabła. Była od niej uzależniona. Złudzenie mniejszej tęsknoty tłamsiła w sobie natychmiast, nie chcąc dopuścić do całkowitego zapomnienia.

 

Pierwszy „poważny” chłopak był podobny do taty jak kropla wody. Wysoki, szczupły brunet. Zostawił ją po pół roku, kiedy po raz kolejny powiedziała do niego „tato”. Innym powodem było przyznanie się, że kiedy go całuje, czuje się, jakby całowała członka rodziny. Nie potrafiła mu powiedzieć wprost, że tatę.

 

Przez pierwsze trzy lata studiów nie potrafiła związać się z żadnym mężczyzną, mimo że adoratorów zazdrościły jej wszystkie koleżanki. W akademikach uniwersyteckich pary zawiązywały się błyskawicznie. Nocami zza drzwi pokoi dobiegały odgłosy miłości. Tak nazywała to na co dzień. Tylko czasem, w chwilach słabości, mówiła o zazdrości. Też chciała krzyczeć z rozkoszy i kochać się do utraty tchu. Ale nie dopuszczała do siebie mężczyzn.

 

— Ewka, nie możesz tak! — mówiła do niej Luiza. — Jeśli Marek nie był dla Ciebie idealny, to Grzegorz jest taki na bank!

 

Ona tak nie uważała. Z każdym z nich umówiła się na kolację i z żadnym z nich nie poszła nigdzie drugi raz. A przecież byli jeszcze: Wojtek, Jurek, Paweł, Jacek, jeszcze jeden Wojtek… Żaden z nich Ewy nie zdobył.

 

Zainteresowała się dopiero Stachem. Nigdy nie zapomni chwili, w której po raz pierwszy go usłyszała. Nie zobaczyła, a usłyszała. Nigdy bowiem nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby nie głos i sposób, w jaki wypowiadał słowa. Cedził je jak…tata. Na początku zamykała oczy i słuchała. Czasem prosiła go, by mówił o czymkolwiek, byleby mówił. A on był nią tak zafascynowany, że się nad tym nie zastanawiał. Robił to, o co go prosiła. Nie analizował i nie dociekał, dlaczego tak jest. Któregoś dnia, kiedy się kochali, poprosiła go, by mówił. Zrobił to, ale wtedy odepchnęła go gwałtownie. Od tego momentu była dla niego coraz chłodniejsza. Aż w końcu skierował swoje zainteresowanie na inną.

 

Przeżyła to. Cierpiała i obwiniała siebie. Powoli docierało do niej, co jest nie tak.

 

— Wiesz, że nie możesz być ze swoim ojcem — uświadamiała jej Luiza. Tylko jej powiedziała wszystko o ojcu, matce, lodach przy fontannie i Stachu. — Nie tylko dlatego, że on nie żyje.

 

— Nie radzę sobie z tym. Tata był idealny.

 

— Dla Ciebie. Byłaś jego córką. Może dla Twojej mamy taki nie był? Porozmawiaj z nią o nim.

 

— Był dla niej ostoją, punktem odniesienia…

 

— Chcesz ukarać innych facetów, dobrych facetów, za to, że miałaś fajnego tatę. Nie możesz tak. Za Stachem niejedna poszłaby w ogień.

 

Wiedziała o tym.

 

— Jaka ty głupia jesteś — usłyszała pewnego razu tuż po rozstaniu ze Stachem.

 

Przed ostatnim rokiem studiów spędziła tydzień w domu rodzinnym taty. Przez tych kilka dni skazana była na babcię, dla której każdego ranka była kimś innym, i na siostrę taty, ciocię Jagodę. Ciotkę życie nie potraktowało łagodnie. Była piękną, młodą dziewczyną, kiedy wypadek motocyklowy tak pokiereszował jej prawą nogę, że nigdy nie odzyskała sprawności. Przez wiele lat chodziła o kuli. Potem przyzwyczaiła się do bólu i kuśtykania. Wypadek zmienił jej życie. W jednej chwili minęło zainteresowanie mężczyzn. Zastanawiała się kiedyś czy to przez nogę, czy też przez bliznę na policzku, którą wykonała pęknięta, przednia szyba samochodu, z którym zderzył się jej motocykl.

 

—Ale zdążyłam zażyć uciech cielesnych — mówiła czasem. I dodawała: — miłości za grosz, ale seksu na zapas.

 

Jagoda wciąż była piękna, choć czas i kalectwo zostawiły ślad na jej kobiecości. Ale była przede wszystkim mądra. Tę mądrość zdobywała przez długie lata walki z okaleczonym życiem, przez lata obserwowania reakcji ludzkich i przez lata kontaktów z mężczyznami. I to Jagoda powiedziała któregoś dnia…

 

— Szukaj mężczyzny, który jest przeciwieństwem twojego ojca.

 

Znalazła.

 

Przemek miał na studiach prawniczych reputację hulaki. Rzadko bywał całkowicie trzeźwy, często kończył wieczory przepychankami czy wręcz bójkami. Podczas sesji egzaminacyjnej trochę zwalniał. Trochę.

 

Ale był miłym gnojkiem. Miał uroczy uśmiech i piękne dłonie. Z dziewczynami rozmawiał tak, że niemal każda była gotowa spędzić z nim kawałek życia. Korzystał z tego skrzętnie. Wykorzystywał, a potem rzucał, rozkochiwał i zostawiał, sypiał z nimi i nie dzwonił. A one i tak go kochały.

 

O Ewie pomyślał, kiedy znał już wszystkie dziewczyny na osiedlu akademickim. Była jedną z niewielu tych, które nie zwracały na niego uwagi lub wręcz patrzyły na niego z lekceważeniem. W spojrzeniu Ewy dostrzegał nawet litość. Początkowo śmiał się z tego. Z czasem zaczęło go to interesować, a następnie irytować. W rozmowach z kolegami wpadał w gniew z tego powodu.

 

Na pierwszą randkę poszli pół roku od pierwszej propozycji Przemka. Przez te pół roku raz za razem otrzymywał kosza aż w końcu, na początku ostatniego roku studiów, w listopadzie, spotkali się w parku. To był długi spacer. Okazało się, że potrafią rozmawiać zarówno o muzyce, jak i polityce. Ewa była zaskoczona, że ten hałaśliwy na co dzień, choć przystojny młodzieniec, potrafi być miłym człowiekiem. Umówili się jeszcze raz, potem jeszcze raz i jeszcze. Ewa miała wrażenie, że Przemek to dwa istnienia. Jedno spędza wieczory na szaleństwach z kolegami, drugie wycisza się obok niej i nabiera rozumu.

 

Po raz pierwszy uderzył ją, kiedy wpadł nagle w nocy do jej pokoju po owych szaleństwach. Wraz z nim przez próg wszedł także intensywny zapach alkoholu. Tej nocy ów zapach wydał się Ewie smrodem nie do zniesienia. Kazała Przemkowi wyjść i wrócić do siebie. Podniosła głos. Wtedy jego otwarta dłoń zatrzymała się na jej policzku. Zaraz potem wybiegł z pokoju. Sześć dni nie dawał znaku życia.

 

Potem wrócił. I przepraszał. Bardzo przepraszał. Na kolanach. Ze łzami w oczach. Wybaczyła mu, obwiniając alkohol i kolegów. Banał. Łapała się na myślach, z których zawsze kpiła: „Przy mnie się zmieni”.

 

— Chyba sobie żartujesz — mówiła jej Luiza. — Faceci się nie zmieniają. Jeśli zrobili coś raz, zrobią to jeszcze raz.

Ewa nie chciała jej wierzyć. To znaczy, wierzyła, ale się do tego nie przyznawała przed samą sobą. Wszystko zresztą wróciło do normy. Znów było miło, spokojnie, ekscytująco.

 

— Wyjdź za mnie — usłyszała któregoś dnia. Powinna się zastanowić, przemyśleć, przeanalizować przyszłość z nim. Zamiast tego błyskawicznie odpowiedziała:

 

— Tak.

 

Czas zaczął płynąć szybko. Dwie rodziny (obie niepełne) zaangażowały się w organizację wesela. Gdzieś między rezerwacją restauracji a przeglądaniem katalogów sukien ślubnych uderzył ją po raz drugi. Tym razem mocniej i bez alkoholu. Lekceważące „przepraszam” rzucił następnego dnia, kiedy zobaczył na jej twarzy siniaka. Była już wtedy w drugim miesiącu ciąży.

 

— Nie bądź głupia — mówiła mama. — Sama zostaniesz? Z dzieckiem?

 

Ewie wydawało się, że ogląda jakiś film. Ale to nie był film. To było życie. Życie, które powoli traciło swój smak, choć miało być zupełnie inaczej. Posłuchała matki i wyszła za niego.

 

Ślub i wesele były bardzo udane. W bazylice z uśmiechem powiedzieli sobie TAK. Na przyjęciu goście tańczyli do upadłego i bawili się setnie. Ewa i Przemek również. Brylowali na parkiecie, brali udział w tandetnych zabawach i zabawiali gości swoim towarzystwem. Wydawało się, jakby zapomnieli o tamtym. O tym, czego nie chcieli nawet nazywać. Ale ona nie zapomniała. Miała to cały czas gdzieś w zakamarkach swojej pamięci, która pukała do jej świadomości, kiedy tylko robiło się zbyt spokojnie.

 

Piorun uderzył w ich dom dwa razy. Użył do tego pięści Przemysława. Tak po ślubie nakazał zwracać się do siebie swej małżonce. Nie powiedział dlaczego. Nie powiedział też, dlaczego uderzył. Choć dla Ewy ważniejsze od powodu było rozcięcie łuku brwiowego. Upadła, ale nie tak, by miało to zagrozić ciąży w jej szóstym miesiącu. Spakowała się i pojechała do matki. Tam spędziła ostatnie tygodnie przed porodem.

 

Urodziła dziewczynkę. Postanowiła, że Zuzanna nie będzie kochać swojego ojca tak jak ona swojego. Nie pozwoli na to.

 

Poród nie był trudny. Wręcz nie mogła uwierzyć, że poszło tak gładko po tych wszystkich opowieściach o kilkugodzinnych męczarniach kobiet. Po dwóch dniach wyszła ze szpitala i razem z matką pojechała do cioci Jagody. Została trzy miesiące. To była namiastka szczęścia. Cisza, spokój, wieczorne rozmowy o życiu. Kiedy Jagoda pierwszy raz ją przytuliła, Ewa zdała sobie sprawę, że od dawna nie była tak przytulana. Bezinteresownie i ciepło.

 

Przemek-Przemysław przypomniał o swoim istnieniu w ciepły, letni dzień. Wyszła na ganek, by móc bez skrępowania odebrać telefon i zamienić kilka zdań. Więcej jednak w tej rozmowie było milczenia niż słów. Pytał o małą. Tylko o nią. Mówił też, że awansował i teraz więcej zarabia.

 

Wieczorem zadzwonił jeszcze raz. Powiedział tylko jedno zdanie:

 

— Wróć do domu…proszę.

 

Więcej nie zdążył. Odłożyła słuchawkę. Rzuciła telefon na ziemię i pobiegła w stronę lasu. Zatrzymała się przy pierwszym drzewie i się rozpłakała.

 

Płakała głośno. Rozglądała się wokół czy ktoś jej nie obserwuje, czy nikt nie słyszy. Po tych szlochach nagle ogarnęła ją wściekłość, że spotyka to właśnie ją. Zaczęła szarpać korę z drzewa, raniąc przy tym palce i paznokcie. Wreszcie uderzyła zaciśniętą pięścią w konar sosny, rycząc wściekle i przeciągle:

 

– Kuuuurrrrwaaaaaa!

 

Po powrocie nie odezwała się ani słowem. Pytające spojrzenia ciotki Jagody i mamy nie doczekały się odpowiedzi. Ewa opatrzyła palce i położyła się obok śpiącej Zuzanny.

 

Kiedy rano otworzyła oczy, bandaż na palcach uświadomił jej, że to nie był sen. Spojrzała na córkę, potem podeszła do okna. Postanowiła nie słuchać żadnych rad. Niczyich. Choćby nawet ojciec wstał z grobu. Zdecydowała, że jeśli Przemek poprosi ją jeszcze raz – wróci.

 

Zadzwonił tego samego dnia.Powiedział to samo zdanie. Zareagowała tak samo – odkładając słuchawkę. Ale zaczęła się pakować.

 

— Wracam do domu — powiedziała przy śniadaniu do ciotki Jagody i mamy. — Proszę, nic nie mówcie.

 

Wróciła. Miesiąc spali w osobnych pokojach. Ewa z Zuzanną, Przemek za ścianą, w pokoju z telewizorem. Po dwóch miesiącach po raz pierwszy od powrotu się kochali. On szybko skończył, ona nie czuła nic. Następnego dnia to powtórzyli. Było podobnie.

 

Kilka spokojnych tygodni uśpiło czujność Ewy. Tak później tłumaczyła to w sądzie. Myślała, że bardzo powoli, ale jednak wraca wszystko do normy. Coraz częściej normalnie rozmawiali. Coraz częściej razem robili zakupy, wychodzili na spacer z Zuzanną. Z drugiej jednak strony coraz częściej Przemek wracał do domu po kilku głębszych. Zaakceptowała to. W imię względnego spokoju.

 

Ale spokoju było coraz mniej. Uderzył ją raz prawą dłonią. Kilka dni później prawą i lewą. Potem poczuła pięść na brzuchu i mocny cios w plecy. Kiedyś upadając, uderzyła głową o kaloryfer. Siedem szwów pomogło, ale blizna zostanie jej do końca życia. Najbardziej jednak zabolało ją, kiedy podniósł rękę na Zuzannę. To nic, że pięść spadła wtedy na Ewę. Bolało, że najpierw celem była córka. Tego nie mogła mu wybaczyć.

 

Zabiła go w grudniu. Tuż po świętach. I naprawdę było to w obronie własnej. W tym przypadku rozpaczliwej obronie własnej. Gdyby nie odepchnęła go ze wszystkich swych sił, zmiażdżyłby ją, nacierając cielskiem. Dusiła się pod nim, czuła krew na wardze, jego palce zaciśnięte na ramieniu. Nie miała czasu, by zastanowić się, co chce jej zrobić. Wiedziała tylko, że coś złego. Odepchnęła go nogami, rycząc jak lwica. Ten ryk zdziwił Przemka tak bardzo, że stracił na chwilę panowanie na swoim ciałem i poddał się sile swojej żony. Opadł plecami na ustawione ku górze ostrza noży. Dwa wbiły się aż po nasadę. Trzeci wbił się do połowy.

 

Przyznała się. Już pierwszemu policjantowi, który przyjechał na miejsce, powiedziała, że to ona, że to niby przypadek, ale właściwie miała go dosyć. Nie płakała. Była spokojna.

 

Proces nie był długi. Linia obrony prosta. Nie mogło zakończyć się inaczej niż uniewinnieniem. Była czysta. W kartotece. Tylko w kartotece. Tylko że z papieru da się to wymazać. W głowie i sercu zostanie na zawsze. Żaden sąd nie pomoże.

 

Po ostatniej rozprawie wyszła z gmachu sądu szybkim krokiem. Im bliżej jednak była rynku, tym bardziej zwalniała. Aż w końcu usiadła na ławce, szepcząc bezdźwięcznie:

 

— Tato…

 

Siedziała wpatrzona w fontannę. Chciała płakać jak ona. Nie wiedziała jednak, czy z żalu, że to wszystko w ogóle się wydarzyło, czy ze szczęścia, że to już za nią.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama