Ikar. Z Finlandii.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Im człek starszy, tym bardziej sentymentalny, tym bardziej rozkoszujący się historiami z przeszłości, wydarzeniami przeszłymi i ludźmi – supermanami. Z tym większym rozrzewnieniem wspominamy romantyczne istoty o nadludzkich możliwościach. Takich, jakie posiadał Matti Nykaenen.

Kibice dzisiejszych skoków pamiętają Fina jak przez mgłę albo wcale. Dla nich bohaterami skoczni są Ammann, Kraft, Kobayashi i Stoch. Całkiem słusznie. Ale to inna epoka, wręcz inna dyscyplina sportu. Z przelicznikami za obniżanie belki i odejmowaniem punktów za wiatr. I ze stylem V, który uczynił skoki bezpieczniejszymi.

Reklama

Choć trudno to sobie wyobrazić, w latach osiemdziesiątych skoczkowie musieli być jeszcze odważniejsi niż dzisiejsi. Byli wtedy niemal samobójcami. Rzucali się jak w przepaść, bez jakichkolwiek zabezpieczeń, by skoczyć jak najdalej i przeżyć, z nartami ułożonymi równolegle. Ale Nykaenen niby ustawiał je równolegle ale przekręcał delikatnie w prawo, by zwiększyć siłę noszenia. Robił to zanim ktokolwiek pomyślał o stylu V, działającym jak poduszka powietrzna.

Pić zaczął jako nastolatek, by pozbyć się strachu na skoczni. To chore – zgadza się, ale to fakt, do którego przyznał się po latach. A pić nie przestał. Jednak większym problemem było to, że wszystko było mu wolno. Był rozpieszczony wiecznym przyzwalaniem i pobłażaniem. Za kradzież, już jako mistrz olimpijski, zapłacił grzywnę. Na zawody przyjeżdżał skacowany, po zawodach szybko wprowadzał się w stan upojenia. Nie miał dla siebie litości. Ala dla rywali też. Wygrywał jak chciał i kiedy chciał. Zdobył wszystkie najważniejsze w skokach tytuły. Był bożyszczem, idolem, nadczłowiekiem.

I cóż ja poradzę, że kiedy myślę o igrzyskach w Sarajewie z 1984 roku, widzę parę Torvill – Dean, tańczącą na lodzie do Bolera, i właśnie Nykaenena lądującego na 111 metrze i cieszącego się z olimpijskiego złota.

Matti Nykanen odszedł. Po życiu trudnym ale niezwykle barwnym. Skakał, celebrował potem koncertował i nagrywał płyty. Delektował się sławą. Ale też pił, irytował, leczył się i ciągle wracał do życia. Przynajmniej tak mu się wydawało. I koniec. Stamtąd się nie wraca.

Autor

Wojciech Zawioła – Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce…” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama