After Life Sezon 2 – recenzja. Skoro wszyscy tacy pozytywni to ja się zepnę

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jak to mówił tata Ludwiczka w serialu „Świat według Ludwiczka” (zgodnie z ówczesnymi standardami tłumaczenia wszelkich tytułów na „świat według X”) – skoro wszyscy tacy wyluzowani to ja się zepnę. I się spinam.

Spotkałem się z setkami pozytywnych opinii na temat serialu After Life, który zresztą również cenię i uważam za całkiem OK produkcję samą w sobie. Rozumiem argumenty sugerujące jakoby serial ten był pozytywną rzeczą w dzisiejszych czasach, opowiadał o trudnym problemie w delikatny sposób i ogólnie wprawiał gawiedź we wzruszenie, łezki i pinezki na tablicach wszelkiego rodzaju.

ALE

Nie macie może wrażenia, że może to trochę za dużo? Jeśli bowiem w pierwszym sezonie walczyliśmy wspólnie z twórcą serialu, Rickym Gervaisem, z traumą po śmierci małżonki, a trauma ta była wielka, bo małżeństwo dobre i wspaniałe to, a nowo zdobyta umiejętność mówienia ludziom czego się chce, kiedy się chce, bo życie nie ma sensu bez małżonki była atrakcyjnym konceptem intelektualnym, to w drugim sezonie, całość kompozycyjna przestaje się w mojej opinii bronić. To, co napędzało serial, czyli żałoba i poczucie bezsensu egzystencji wraz z jego rozwiązaniem w końcowych odcinkach, czyli „może jednak warto”, w drugim sezonie przestaje mieć większe znaczenie i zostajemy z konkluzją, że warto, ale może być trudno. Czyli, zasadniczo, z niczym.

Problemem tego serialu jest to, że po wstępnych założeniach krajobrazowych, obecnie jest to po prostu taplanie się w tych wzruszających gawiedź emocjach bez konkretnego ukierunkowania. Większość scen kończy się albo jakimś abstrakcyjnym deus ex machina, czyli – jest problem, o, problem rozwiązany, albo tym, że główny bohater mówi innym, że mu żona umarła i to w sumie smutne. Oczywiście, problem jest ważny i poważny, ale w pewnym momencie jest to już eksces, na który scenariusz po prostu nie stać. Jeśli każda scena jest wyciskiwaczem łez, wszyscy są niesamowicie wzruszeni, a problem jest ważny i tylko to jest powodem, dla którego mamy się tym przejmować to ja tego zupełnie nie kupuję. Nie mam już powodów, by kontynuować śledzenie tej historii, bo historia nic mi nie oferuje. Dowiedziałem się bowiem tak odkrywczych rzeczy jak: jest trudno, inni też mają problemy i nie wiadomo co zrobić dalej, ale może będzie dobrze. Wszystkie relacje głównego bohatera przedstawione w pierwszym sezonie spłaszczają się na rzecz konkluzji – warto się starać – po czym istnieją w tym spłaszczeniu i nikt nie zmienia czegokolwiek. Stagnacja tego rodzaju nie wydaje się być interesująca, bo choć wyciska z człowieka wszystko to w pewnym momencie zaczynamy przewracać oczami, bo w końcu ile można oglądać ten sam schemat oparty na zasadzie – problem, Ricky idzie z kimś do kawiarni, płacze i mówi o historii ze swoją żoną, ktoś coś zrozumiał, problem rozwiązuje się sam.

Na miejscu twórcy, wróciłbym jednak do komedii. Po średnio udanym Dereku i jednym OK sezonie After Life, chciałoby się czasami powrotu do jego lat świetności z Extras czy The Office, które traktowały może o mniej poważnych rzeczach, ale angażujących i skomplikowanych nie tylko z powodu powagi problemu. Jak dla mnie – jest to obecnie nieporozumienie.

10/10 – wzruszyłem się

Reklama