Cynizm jako choroba genetyczna

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie przypominam sobie, żebym oglądała bardziej drastyczny i cyniczny serial niż „Sukcesja”.

„Ani władza nie może być praktykowana bez wiedzy, ani wiedza nie może nie płodzić władzy.” Ładne, prawda? Powiedział to Michel Foucault. Proszę się pozachwycać tym zdaniem i je zapomnieć, kiedy przystąpią Państwo do oglądania serialu.

Bo tu wszystko jest odwrotnie. Do władzy dążą (i ją zdobywają) ludzie bez podstawowej wiedzy – i nie mówię o tym, co jest stolicą Kazachstanu. Miliarderzy z serialu „Sukcesja” nie wiedzą nawet, ile kosztuje litr mleka w ich kraju. Bo w zasadzie nie mają potrzeby wiedzieć. Od wszystkiego jest przecież służba.

Znają za to i modelowo stosują wszystkie zakazane metody manipulacji, mobbingu, upokorzeń i wszetecznych praktyk, które są w stanie doprowadzić człowieka co najmniej na skraj załamania nerwowego.

Logan Roy to twórca międzynarodowej korporacji medialnej. Genialny strateg, miliarder, a przy tym niezdiagnozowany psychopata używa swoich trzech synów i córki do brudnych biznesowych rozgrywek. Jego naczelną zasadą jest: „gówno przed łopatą”. O sobie mówi, że kocha swoich pracowników, a najbardziej tych, którzy „zżerają gówno”, zanim się o nim dowie.

Dzieciom Logana Roya najprawdopodobniej nie pomogłaby nawet zamknięta terapia. Każde z nich jest uosobieniem innej odmiany patologii, każde z nich ma predyspozycje do niszczenia przeciwnika w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. Kendall wydaje się naturalnym następcą ojca, ale jego drogę na szczyt zakłócił romans z heroiną. Na każde jego potknięcie liczy brat Roman Roy o skłonnościach sado-maso – sterowna gnida o aparycji zakompleksionego aparatczyka. (W tej roli doskonały brat słynnego McCaulaya Culkina). Oderwany od rzeczywistości Connor mieszka na odludziu w Nowym Meksyku, ale nie przeszkadza mu to snuć planów o pozostaniu prezydentem Stanów Zjednoczonych. Dzieli życie z call girl, która z niewiadomych powodów uroiła sobie, że jest wielką reżyserką i dramaturżką. W kolejce do sukcesji stoi również siostra trzech braci, „Shiv”. Rozstępuje się przed nią Morze Czerwone czarnego piaru. Jednym z jej narzędzi w nieczystych zagrywkach jest mąż Tom. Nie zasługuje jednak na litość – jest tak samo zepsuty jak reszta familii. Potrafi na przykład z pracownika biurowego zrobić żywy mebel w formie podnóżka. Do skomplikowanej układanki dołącza jeszcze kuzyn Gregg – wstydliwy wyrzut sumienia, odprysk rodzinnego paktu o nieagresji. Biedny, prostacki, ujmujący początkowo w swoim nieprzystosowaniu do eleganckich salonów, uczy się zaskakująco szybko. Po zaledwie kilku tygodniach pracy dla międzynarodowej korporacji staje się mistrzem zgniłego oportunizmu.
Rodzinę Royów otacza ciasny wianuszek wtajemniczonych specjalistów od tuszowania przewał, prawników i uwikłanych w układy inwestorów. Nagła choroba Logana Roya podsyca apetyty patologicznych latorośli na fotel prezesa. Jak się można domyślić, głowa rodziny nie ma zamiaru łatwo się poddać.

Mistrzowska konstrukcja sprawia, że oglądamy wciągający serial o ruchach tektonicznych na medialnej mapie świata, ale równocześnie bierzemy udział w rodzinnym dramacie, na który próżno szukać mądrego rozwiązania. Postaci wyjęte żywcem z szekspirowskiego świata intryg mogą onieśmielać bezmiarem podłości. Bezinteresowna zawiść, hedonizm, mnogość zaburzeń osobowości i niepohamowana żądza władzy – to główne zagadnienia, które oplata narracja „Sukcesji”.

Dawno nie oglądałam serialu tak okrutnego i drastycznego (a jestem zagorzałą fanką tasiemców o psychopatach i psychopatologiach, mile widziane odcięte kończyny). Nie przypominam sobie również, żebym miała okazję świadomie oglądać obraz, będący de facto patostreamingiem z życia korporacji medialnej. Jak na patostreaming przystało: nie sposób przestać go oglądać. Wrażenie realizmu potęgują dodatkowo dwa fakty: liczne ujęcia z rwanym zbliżeniem, które zdają się nas wrzucać w samo centrum dokumentu kręconego z ręki oraz to, że od półtorej dekady byłam jednym z najniższych trybików w podobnych machinach. Co prawda nie tak wielkich jak imperium Royów, ale na tyle poważnych, że mam odwagę coś na ten temat powiedzieć.

Wiele już zniosłam i usłyszałam, choć znam takich, co mieli gorzej. Wiele razy byłam w takiej sytuacji, że największe tuzy wśród autorów podręczników do asertywności spaliłyby się ze wstydu, że ośmieliły się radzić cokolwiek komukolwiek. Usłyszałam już: „sram na twoje pieniądze” oraz „jak dla mnie nie masz nazwiska”. Mierzyłam się już z tym, że prezes wrzeszczał nad grafikiem: „usuń mi to, po co to jest?”, a strwożony grafik odpowiadał: „nie mogę, przecież to lead”. Widziałam ataki furii, uchylałam się przed przedmiotami rzucanymi w moim kierunku. A i tak jestem szczęściarą, bo nie pracowałam u Royów. Bo podrzędnych, szeregowych pracowników w serialu w zasadzie nie ma. Bodaj raptem w dwóch scenach, kiedy kaprys CEO nakazuje zwinąć w jeden dzień całą spółkę i wywalić setkę ludzi na bruk. Nie doświadczymy w tej scenie nawet zbliżenia twarzy pracowników. Są poruszającą się masą bez twarzy i właściwości. Widać tak nas widzą prezesi.

Chorowanie na władzę nie zależy od ilości zarabianych pieniędzy – zależy od poziomu decyzyjności. Mechanizmy, które obrazuje „Sukcesja”, mają zastosowanie zarówno w przypadku żałosnych mikrofortunek w minifiremkach, jak i wielkich koncernach, skupiających istotny procent światowego bogactwa. Skala nie ma w tym przypadku aż takiego znaczenia: władza i pieniądze deprawują jednakowo. Szczególnie jeśli u władzy są ludzie, wykazujący kompleksy i niekompetencję na jednakowym poziomie. Wystarczy, że niewłaściwa osoba znajdzie się na miejscu prezesa – zwiastuje to katastrofę pod każdym względem. Pół biedy, jeśli prezio oderwany od pługa rozłoży w try miga najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo – wówczas wymieni się go na nowego. Najgorsi są ci, którzy rozkładają od wewnątrz, na raty, po cichu. I biorą jeńców. Jeńcami się, rzecz jasna, pracownicy niższego szczebla – owi bezimienni wyrobnicy, na co dzień dla prezesów dosłownie niewidzialni. Bo i jak spostrzec na przystanku zmarzniętego wyrobnika, jeśli fotel w suvie za wysoko.

Na szczęście byłam w hierarchii większości firm tak bardzo nikim, że w świecie wierchuszki w ogóle nie istnieję. „Sukcesję” mogę dzięki temu oglądać z kontrolowaną satysfakcją, że nadziani kretyni również od życia dostają po głowie.

Okrutny, ociekający cynizmem i niewybredną składnią, której – nie oszukujmy się – w większości firm medialnych używamy wszyscy.

Jak dla mnie – arcydzieło.

 

“Sukcesja”, prod. Jesse Armstrong, wyst. Brian Cox, Jeremy Strong, Kieran Culkin, Sarah Snook, HBO Go.

Reklama