Manuka story part II. Trail shift

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mój pierwszy dzień pracy w londyńskim, pięciogwiazdkowym bistro.

Przyszłam z nożami!

Reklama
Advertisement

Nie! Nieprawda!

Noże wymyśliłam, żeby dodać pikanterii mojej historii.

Nikt mnie o ich przyniesienie nie prosił, ani nie sugerował, że powinnam władać nimi jak Ninja.

To wydarzyło się jedynie w mojej szalonej głowie.

Tak, myślałam już nie raz o jej urwaniu, ale nie pozwala mi na to ciekawość, co będzie dalej.

Ale do brzegu, bo znów niesie mnie w dziwne, zupełnie teraz niepotrzebne rejony.

Już się ogarniam!

Jestem więc w Londynie, na Fulham Broadway i ruszam na swój trial shift do pięciogwiazdkowej Manuka Kitchen. Jak już ustaliliśmy – nie mam ze sobą noży – ale za to mam ze sobą strach wymieszany z entuzjazmem. Nie wiem, czego jest więcej.

Po drodze śmieję się do łez z absurdalnej nawet jak na mnie sytuacji, w którą oczywiście sama się wpakowałam!

Na miejscu przywitał mnie Roberto. Włosko-Hiszpański manager restauracji. Zamieniliśmy parę zdań po hiszpańsku, były dość kurtuazyjne, gdyż to jeszcze nie ten moment, w którym można pokazać swe prawdziwe oblicze. Na to jeszcze przyjdzie czas. Właściwie przyjdzie całkiem niebawem.

Póki co, Roberto zaprowadził mnie do kuchni, gdzie poznałam jej szefa, Sheika.

Sheik pochodzi z Bangladeszu i jest najbardziej uroczą i niewinną istotą, którą poznałam w swym burzliwym życiu, ale, o tym też dowiem się dopiero za jakiś czas, bo teraz w mojej opowieści jest poważnym sous chefem poważnej restauracji, a ja niezmiennie jestem piosenkarką, która udaje, że potrafi gotować.

Dostałam szefowską biel. Matko!

Rozmiar XL, gdyż nikt raczej nie przewidział, że w kuchni pojawi się nowy pracownik o wzroście 160 cm, noszący XS, ale kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi!

Najważniejsze jest to, żeby nosić ów uniform tak, by nie wyglądać w nim jak zagubiony pierwszoklasista przyprowadzony przez mamę do szkoły i pozostawiony tak na pastwę strasznych kolegów.

Tak, oczywiście wiedziałam, że jestem ciekawostką i obiektem do żartów i tak, wiedziałam również, że chociaż nikt nie powie mi tego prosto w oczy, to wszyscy wiedzą, że o pracy w kuchni nie mam bladego pojęcia, ale po raz kolejny gra pozorów podtrzymała filmową narrację historii.

Szykowałam się w duchu na pierwszą potyczkę nożowniczą i układałam w myślach choreografię, jak sprytnie zasłaniać się będę podczas siekania cebuli, żeby zasłonić swoje dramatyczne zmagania, ale moment ten odsunął się w czasie zaraz po tym, gdy Sheik wręczył mi oblepiony tłuszczem kosz od frytkownicy i kazał wypucować na lśniąco. Idąc za mistrzem Bulhakowem poczułam jak tępa igła wbija się prosto w moje serce.

Czyli, że nie będzie gotowania? Romantycznego siekania pietruszki i rozmów o egzotycznych podróżach kulinarnych?

Będzie zmywak, gary będą i szorowanie frytkownicy.

No to wpadłam.

Ale co było robić?

Zakasałam rękawy przydużej szefowskiej bieli, przełknęłam rozczarowanie i skupiłam swe moce na wojowaniu z niesfornym tłuszczem.

Po paru minutach mojej nierównej walki w kuchni pojawił się właściciel restauracji Joseph, zamienił parę zdań z Sheikiem i po chwili mogłam już przeprowadzić się z sekcji szorowania, do sekcji mycia szpinaku i robienia salsy. Pod swoje opiekuńcze skrzydła wzięła mnie Maha. Znacie takie kobiety, które mają w sobie tyle ciepła, że chce się do nich przytulić po pierwszym słowie? Maha to Matka. Ciepło, miłość i troska. Piękna, postawna kobieta pochodząca z Dubaju, która razem ze swoim przyjściem do kuchni zamieniła ją w dom i wypełniła rodzinną atmosferą.

Wyluzowałam się więc i postanowiłam iść za swoim flow, za miłością do gotowania, która mnie tutaj przywiodła i postawić również na uważne słuchanie, patrzenie prosto w oczy, zadawanie pytań. Po prostu przestać udawać, że coś wiem i uczyć się od tych, co faktycznie coś wiedzą.

Pokora, przyjaciółka, którą zwykłam z uporem odrzucać całe swoje życie.

Po godzinie do kuchni znów zajrzał Joseph, mówiąc, że mogę już iść do domu i wrócić o 5pm, bo przyjmuje mnie do pracy i zaczynam od dziś i będziemy tego wieczora pracować razem, ja i on.

Poważnie?

Poważnie.

Matko kochana!

Ostatni raz byłam tak podekscytowana po wydaniu swojej pierwszej solowej płyty!

Do domu miałam dziesięć minut spacerem, więc przebyłam tę drogę podśpiewując i podskakując jak nastoletnia pensjonarka.

Reklama