Pod światło

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Książka Zośki Papużanki powstała ponad rok temu, ale data jej premiery zbiega się z czasem wybuchu pandemii. Książka o potrzebie i przymusie izolacji, opresji relacji, o terrorze bliskości i tęsknocie za nią, paradoksalnie urasta do rangi lektury szytej na miarę czasów narodowej kwarantanny. Jesienią można spodziewać się zalewu różnych form literatury pandemicznej, ale przypuszczam, że w najbliższych miesiącach niczego lepszego i bardziej bezpretensjonalnego o zjawisku izolacji nie przeczytamy.

Bo i nie o samej izolacji traktuje „Przez”. Dla mnie jest książką o przemocy i przejmowaniu kontroli. Głównym bohaterem jest człowiek o osobowości anankastycznej, czyli przesadnie uporządkowanej. Im bardziej w nim wrze, tym bardziej próbuje porządkować rzeczywistość. Postanowił, że się ożeni, to się ożenił. („Kocham cię dlatego, że tak miało być. Chodzi mi o to, że wierzyłeś, że mnie spotkasz, dwie połówki pomarańczy, zapis w gwiazdach, ciasteczko z wróżbą czy inny dalszy ciąg tej samej okropnej książki o ludziach szczęśliwych. Nie. Miało tak być. Tak postanowiłem”). Upatrzył, upolował (podświadomie albo nie) ofiarę, wziął z nią ślub, po czym z dnia na dzień zostawił. Po latach wraca, żeby kontynuować ćwiczenia z osaczania – wynajmuje mieszkanie w bloku naprzeciwko i obserwuje. Oraz utrwala – bo jest fotografem. Idealna profesja dla kogoś, kto w każdej chwili życia pracuje nad wydaniem poprawionym świata.

Wyśmienite studium psychologiczne serwuje nam Zośka Papużanka. Tyle w nim egzotyki, ile swojskości – bo kategoria normatywności jest bodaj najbardziej płynną ze wszystkich przez nas ustanowionych. Kto z nas nie złapał się na potrzebie zawłaszczania, przywłaszczania i używania człowieka? Nie u wszystkich co prawda klinicyści stwierdziliby nadużycia, ale założę się, że wiele czytelniczek z własnych domów doskonale zna sytuację bycia reżyserowaną (przy czym warto zaznaczyć, że przemoc nie ma płci).
Bohater „Przez” serwuje żonie serię trudnych do zniesienia zachowań, nasyconych bierną agresją: kiedy zasiada do stołu, kładzie przy talerzu solniczkę: „bo wiedział, że praca nad wyczuciem smaku jest procesem, to musi po trwać i to po prostu potrwa, ależ ja się wcale nie denerwuję, przecież nic nie powiedziałem, tylko wziąłem solniczkę, bo zakładam, że nie posoliłaś, ale się nie zdenerwowałem, wcale się nie zdenerwowałem.”

Ich wspólna codzienność to plan filmowy, pracownia fotograficzna, w której żona jest modelką wyzutą z podmiotowości, obiektem, figurą: „Czy ty się spotykasz ze mną czy z tłem, spytała kiedyś, siedząc w fotelu w jego mieszkaniu, ze mną czy ze ścianą, z murem, z cegłą, betonem, liściem w parku, strukturą fakturą, z kim się spotykasz. Popatrz, powiedział, jesteś wszędzie, mam cię na każdej ścianie, w dziesięciu albumach, w stu plikach, znam każdą twoją linię prostą i każdy zakręt, każdy twój gest, struktury faktury twoje o każdej porze dnia, jesteś zapisana w każdym ubraniu, w każdej chwili, zapisana, zdjęta, zamknięta. Widziałem cię w pionie, w poziomie, pod każdym kątem. (…) Znam cię, ale im bardziej znam, im głębiej, to jest też głębsze, trudniejsze. Podnieś ręce. Załóż nogę na nogę. Jeśli chcesz się położyć, to lepsze będzie zdjęcie z góry. Marszczysz czoło. Mru gnę łaś. Znowu mrugnęłaś. Nie mrugam, przymykam oczy. To przymknij, bo wygląda, jak byś mrugała. A troszkę w lewo, całe ciało w lewo, wtedy nie widać, że jedną pierś masz większą.”

Nieustanne próby przemeblowania rzeczywistości znajdują odbicie w języku. Z niego bierze się świat bohaterów Papużanki, w nim rozwija, w nim również gaśnie, złudnie zaumiera. W warstwie obrazowej to proza budowana z błysków, obrazów, mgnień i misternie komponowanych kadrów. Pretekstem do ich tworzenia są okruchy: „metalowa rączka prysznica śpi jak odwrócone plecami ciało”, truskawka – „serce w miniaturze”, świetliki papierosów widziane z balkonu późnym wieczorem, chudnąca, spękana kostka mydła, zakręcana butelka po wzięciu łyka wody. Bohater swoją żonę obserwuje przez okno, przez żaluzję, tak samo kadruje świat: przez witryny sklepów internetowych, szparę w drzwiach, balustradę balkonu. Za wąskim fotograficznym kadrem kryje się symfonia nierozpoznanych emocji, wypieranych żalów, drgań i fal uderzeniowych. W warstwie narracyjnej u Papużanki pozornie nie dzieje się nic – za to w języku co chwilę staje się nowe. Nie ma tu constans, przestojów, życie się pleni i osacza. Bohater projektuje wspomnienia na komponowane kadry, perseweruje, przeżywa od nowa. Wspomnienia mieszają się z rzeczywistą obserwacją, tworzą obrazowe palimpsesty, język miesza podmioty, wpada w galop. W tym pozornym szaleństwie Papużanka znalazła metodę na uporządkowanie. Pozornie chaotyczny świat bohatera wsysa i angażuje – sami nie wiemy, kiedy podczas lektury okazujemy się jednym z uczestników reżyserowanego spektaklu wydarzeń realizowanych głównie w wyobraźni fotografa.

Papużanka jest mistrzynią miniatur. Oprócz niebywałej czułości, z którą traktuje okruchy, przedmioty i kadry, potrafi przyglądać się im pod światło, odkrywać ukryte znaczenia. Odważnie żongluje słowami, prześwietla znaczenia, ogląda je w lustrzanym odbiciu. Dlatego w warstwie metaforycznej „Przez” to również książka autotematyczna – o tworzeniu i stwarzaniu.

Lubię pisanie Zośki Papużanki. Podoba mi się, że donikąd nie przynależy, nie da się jej nigdzie upchnąć, przystawić, dokręcić – zawsze jakiś Papużankowy kawałek będzie odstawał, nie pasował do przyjętej konwencji, narzuconych reguł. Podoba mi się jej swada, dystans do siebie i literackiego światka. Uwielbiam to, że jest niełatwą rozmówczynią, nie da się z niej wydobyć odpowiedzi na pytanie, o czym traktuje jej książka. Szanuję też to, jak trudno zadać jej właściwe pytanie i poradzić sobie z odpowiedzią.

Pod wpływem lektury „Przez” postanowiłam odświeżyć sobie poprzednie książki autorki. Polecam Państwo w takiej kolejności: „Szopka” i „On”, a w przerwach w lekturze polecam formy bardziej kompatybilne – opowiadania ze zbioru „Świat dla ciebie zrobiłem”. Najlepiej zapamiętałam opowiadanie „Demerara”, bo tytuł oddaje to, w jaki sposób Papużanka traktuje słowa. To, co na opakowaniu cukru nasza uwaga pomija albo traktuje automatycznie, staje się dla autorki pretekstem do poszukiwań i snucia opowieści. Narracja zaczyna się u Papużanki od pojedynczego słowa, a potem rozwija w głąb. Pyszne to i inspirujące, nade wszystko wymagające myślenia i współuczestnictwa w kreacji. Niech no ja sobie tylko przypomnę, komu ten tom pożyczyłam. Nie wrócił – znaczy: wydał plon.

Siejmy literackie łąki.

Tu na zachętę moje ulubione fragmenty książki – okazało się, że w temacie pandemicznym, bo mydlanym utrzymane:

„Zużywali się, coraz bardziej przezroczyści, jak kostka mydła, która z czasem staje się giętka i cienka. Można ją zastąpić nową, można ratować, doklejając do następnej nowej i twardej kostki nasze zabrudzone fragmenty, ale i tak się odkleją. Nie potrafią udawać, że są częścią czegoś obcego. Czyści, bez zarzutu, coraz bardziej wymydleni, zużywali się bez szczególnego nabożeństwa, naturalnie. Nie wiadomo dokładnie, kiedy przestać udawać i spuścić w kiblu te kawałki, które noszą nasze brudy, ale których się brzydzimy, chociaż nasze.”

„Dzięki zwykłej kostce mydła mole nie napadną ulubionego swetra, który trzymamy w domu, nie wiem po co, i będziemy mogli się zawsze nigdy cieszyć jego lawendowym zapachem i kolorem czekolady, fakt, że gorzkiej.”

 

Zośka Papużanka, „Przez”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020.

Reklama