Jeszcze w e-commerce gramy, czyli gdzie popełnił błąd Brad Pitt

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zombie nie chodzą do supermarketów, więc nic dziwnego, że w 2013 roku wystarczyły dwie godziny, żeby cały świat rozsypał się na kawałki. Doszło do tego w filmie World War Z, który opowiada o ataku wirusa zamieniającego ludzi w bestie, wystawiając naszej cywilizacji dość ponurą wizytówkę. Grany przez Brada Pitta bohater odkrywa, że odwożenie dzieci do szkoły może stać się nieco zbyt emocjonujące w momencie, gdy jego auto czołowo zderza się z apokalipsą. W kolejnych scenach przeżywa horror zakupów w ogarniętym paniką sklepie, próbuje przebić się przez hordy zombie,
a towarzyszące temu skoki napięcia mogłyby doprowadzić do zapaści nawet Alfreda Hitchcocka.

World War Z łączy z Mistrzem Suspensu jeszcze jedno: there is no Internet connection. Chociaż film
o zombie został wypuszczony, kiedy świat zdążył już zachłysnąć się smartfonami, żaden z bohaterów nie próbuje użyć sieci, żeby przetrwać. Państwa drżą w posadach, niebezpieczeństwo czyha
ze wszystkich stron, a czołowy amerykański specjalista z przeszłością w służbach specjalnych, czerpie wiedzę o rozwoju wydarzeń z odbiornika radiowego. I chociaż w pewnych sytuacjach oldschool miewa jakiś urok, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w trakcie walki o przetrwanie staje się po prostu nieaktualny.

Dlaczego o tym piszę?

Niedługo minie drugi miesiąc lockdownu. Decyzją polityków świat zaczyna wybudzać się
z gospodarczej mikroepoki lodowcowej, ale już teraz wiadomo, że pełen powrót do przeszłości nie nastąpi w najbliższym czasie. Dalej musimy nosić maseczki, odsuwać się na dwa metry od napotkanych współobywateli i dezynfekować co się da, tak często, jak to możliwe. W tej sytuacji prowadzenie tradycyjnego biznesu wydaje się tak łatwe, jak polowanie na lwa przy pomocy widelca,
bądź przekonywanie pewnej znanej sędzi Trybunału Konstytucyjnego, że Bruksela nie jest siedzibą szatana. Nie trzeba więc Einsteina, by zorientować się, że nawet odgórne odmrożenie gospodarki nie sprawi, że pozostając przy tradycyjnych metodach, przetrwamy. Wirus się rozlał i żaden rozsądny przedsiębiorca nie może godzić się na to, żeby to właśnie jego oferta była dla klientów musztardą po obiedzie.

 
Reklama
 
Reklama

Jedynym więc wyjściem dla przedsiębiorcy, który chce przetrwać i może postawić na digitalizację usług jest ucieczka do sieci. Wszyscy testujemy to na sobie od połowy marca, kiedy wkroczyliśmy
w mroczny świat home office, spotkań na Microsoft Teams i naszych dzieci przerywających nam poważne narady na arcypoważne tematy. I chociaż mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków, w naszej sytuacji, przy całej jej upiornej powadze, szczęśliwie nie musimy odkrywać Ameryki.

E-commerce jest sektorem i narzędziem, które może pomóc. W tradycyjnym, wąskim znaczeniu, oznacza prowadzenie działalności handlowej przez Internet. W szerszym, może odnosić się do całości działalności gospodarczej prowadzonej z wykorzystaniem dobrodziejstw nowoczesnej technologii. Trzymając się metafory filmowej, jest środkiem, dzięki któremu biznes może ukryć się przed skutkami kryzysu po to, żeby przygotować się do właściwego kontrataku. Oczywiście wymaga podjęcia ryzyka, wyjścia poza sferę przyzwyczajeń, a do tego (najgorzej!) konsultacji z prawnikami,  ale w czasie,
gdy koszty działalności gospodarczej nie spadają, a zarobków ubywa, trzeba próbować wszystkiego, nie oglądając się na iluzoryczną pomoc państwa. Maszeruj albo giń.

Podczas epidemii zombie Brad Pitt nie użył facebooka, żeby sprawdzić, kto z jego znajomych nabrał ochoty na ludzkie mięso, ale jakimś cudem w końcu osiągnął sukces. Dokonał tego, kiedy zaczął dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Zanim to jednak nastąpiło stracił samolot, zobaczył zniszczenie Jerozolimy, a na dodatek uszkodzono mu jego perfekcyjną fryzurę.

Dlatego nie bądźmy jak Brad Pitt. Włączmy Internet.

Reklama