Grzegorz Markowski: Rockowa droga

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Pierwszy raz w życiu spóźniam się na wywiad i to z taką gwiazdą. Niech to szlag – mówię do siebie, wjeżdżając na 50 piętro budynku Libeskind. Mniej więcej od 40 piętra słyszę świst powietrza pomieszany z gromkim śmiechem. Otwierają się drzwi windy, wchodzę do apartamentu … On rozbawiony, pozuje na luzie, opowiada anegdoty. Spogląda na mnie, wyciąga rękę. „Cześć, jestem Grzegorz. Mieliśmy na wywiad 25 minut, zostało 7”. Nie zdążyłam się zdenerwować, bo cała ekipa wybuchła gromkim śmiechem. Taki jest –autentyczny i pogodny Grzegorz Markowski. Po latach nagrał płytę z córką Patrycją. Jaka jest? Taka jak oni, ale czy oni są na niej tacy, jakich ich znamy?

 

Możesz zaśpiewać, jeśli chcesz.

Kocham Cię nieprzytomnie jak zapalniczka płomień, jak sucha studnia wodę. Kocham Cię namiętnie tak…

I ja Ci wierzę.

Możemy zrobić śpiewający wywiad.

Świetnie, ale tylko Ty śpiewasz.

Bardzo proszę, ja będę śpiewał, Ty wystukuj rytm i to będzie najbardziej oryginalny wywiad w życiu.

Reklama

Zastanawiam się tylko, czy trafię w rytm.

Trafisz, możesz wybijać rytm serca. Najbardziej charakterystyczny i nam przyjazny.

Bije i to całkiem nieźle, ale to chyba Twoja zasługa.

Byłem niedawno u kardiologa, pytam się, czy zmienić tryb życia, a on mówi, że nie trzeba, czyli lista grzechów jest coraz krótsza, ale dajemy radę.

Grzesiek obiecał, że będzie mówił szybko, żeby zdążyć wszystko opowiedzieć, ale ja bym wolała, żebyś mówił długo i prawdziwie.

Nie kłamał i powiedział wszystko do końca.

Tak bym prosiła.

Jak na spowiedzi.

Tak. No to wyobraź sobie, że siedzimy w odpowiednim miejscu, mamy dobre miejsce, jesteśmy na 50. piętrze, pięknie widać panoramę Warszawy. Muszę zacząć od cierpliwości, bo mam wrażenie, że to jest cecha, której nam często brakuje, a Ty jesteś człowiekiem nad wyraz cierpliwym. Czekać prawie 40 lat na to, żeby nagrać płytę z własnym dzieckiem, chapeau bas, kłaniam się Grzesiu w pas. Płyta powstała, nagraliście 13 piosenek. Jakie były pierwsze emocje związane z płytą po odsłuchaniu?

Mam mieszane uczucia, a z cierpliwością bym nie przesadzał, bo na co dzień, moja żona może to potwierdzić, za co ją bardzo przepraszam, jestem człowiekiem niecierpliwym. Szybko daję klucze, szybko wyciągam pieniądze, szybko jadę, szybko reaguję, szybko pracuję. Może z tego są jakieś plusy, ale minusów chyba jest więcej, bo chodzę zawsze lekko poddenerwowany. 40 lat… Chodziło mi po głowie nagranie z córką płyty wcześniej. To jest bardzo trudny projekt, bo związki rodzinne widziałem w show-biznesie nie raz, najczęściej były słabe. Albo ktoś kogoś promuje, albo ktoś kogoś ciągnie, a jeżeli nawet tak nie jest, to jest o to oskarżany. Bałem się zawsze takich opinii. Utwór „Niewinni” zaśpiewaliśmy 15 lat temu. To był duet David Bowie i Tina Turner. Ja się z tej piosenki bardzo cieszyłem, do tej pory czasami bywam zapraszany jako gość na koncerty Patrycji i śpiewamy tę piosenkę razem. Ludzie lubią patrzeć na w miarę żywego ojca i na ładną, żywą córkę, w związku z czym to się przenosi na odbiór występu w oczach widza. Natomiast z projektem muzycznym to jest zawsze ryzykowne i prawdę mówiąc, obserwując historię show-biznesu, dochodziłem do wniosku, że rzadko zdarzało się powodzenie takiej kompilacji. Bracia zdarzali się na naszym muzycznym podwórku, ale tata z córką czy mama z synem to były bardzo nieliczne wyjątki i bardzo nieliczne zjawiska muzyczne. Byłem pełen obaw. Słucham tej płyty i coraz bardziej się boję. Może rytm powinno się zmienić, zawsze jesteśmy chorzy na tym punkcie i nie patrzysz na piosenkę jako całość, tylko coś ci przeszkadza: tu może smyków za dużo, może bas powinien być krótszy, a może chórek głośniejszy, a może wokal schowany. To jest zboczenie zawodowe. Więc jestem pełen obaw, ale też pełen entuzjazmu.

Myślę, że gdybyście mieli dalej poprawiać i poprawiać, to byśmy się tej płyty nie doczekali. Dobrze, że jest. Płyta nosi tytuł „Droga”. Czy to jest wasza wspólna droga opisana słowami różnych autorów, m.in. Patrycji i Twoimi?

Myślę, że tak. Pytanie o rodzinę przynosi wyzwanie. Dziecko opuszcza dom, czasem wyjeżdża, zmienia miasto, czasem zmienia kraj. Znamy to z literatury, z filmów, z życia, z opowieści. Związki rodzinne w takiej sytuacji się rozluźniają. Jakiś czas temu graliśmy koncert w Sztokholmie. Zobaczyłem tam przepiękny dom starców, ale byłem zaskoczony, ponieważ powiedziano mi, że kiedy rodzice umierają, ich ciała się kremuje, ale urn z prochami swoich rodziców nie odbiera 70% dzieci. To jest Szwecja, zimny kraj, niby wiodący ekonomicznie, niby fajny, niby równy, ale po drodze zdarza się coś takiego, że związki rodzinne się rozluźniają. Jednak u nas jest kompletnie inaczej. Jeśli Patrycja nie zadzwoni w ciągu jednego dnia, to jestem tak wkurzony następnego, że musi do mnie zadzwonić dwa razy. Muszę wiedzieć, czy się dobrze czuje, czy dobrze spała, czy z gardłem jest wszystko w porządku, czy Filip jest zdrowy, czy wrócił ze szkoły, czy nie dostał lachy, czy się znów zakochał i dopiero po serii odpowiedzi jestem spokojny, mogę się napić piwa. 

Wiesz, ale to słychać na nowej płycie. Nagraliście 13 utworów i każdy jest inny, jest trochę takich do potańczenia, część jest bardziej melancholijna. Które wolisz?

Ja mam 65 lat, wolę melancholię, bo do potańczenia…

A mnie się wydaje, że nie.

Płyta musi się rządzić trochę takim rytmem jak spektakl, czyli jakbyś robiła koncert dzisiaj, to mówi się, że robi się reżyserię szybko-festiwalową, czyli „pan, pani, szybka, wolna”. Tak się planuje, żeby nie zanudzić słuchacza. Przygotowujesz spektakl muzyczny, który trwa mniej więcej 60 minut, 65, 55. W ciągu tej godziny robisz wszystko, żeby słuchacz nie ziewał, nie drapał się, nie patrzył na zegarek. Z płytą jest podobnie. Trzeba zbudować dramaturgię, żeby to było w miarę atrakcyjne.

Za chwilę chciałabym, żebyśmy porozmawiali o tym, kto z wami pracował przy płycie, ale jeszcze na moment wróćmy do początku, czyli do tego momentu, kiedy podjęliście decyzję o nagraniu płyty. Zdaje się, że to było w Hiszpanii? Nie po raz pierwszy byliście tam razem.

Mamy swoje stałe miejsca.

Właśnie. I tym razem zażarło. A co zażarło?

Alkohol. Ktoś napisał, że gdyby nie alkohol, to płyty by nie było. Może jest w tym trochę prawdy. Ja tam zawiozłem organki, Patrycja ukulele, był piękny, słoneczny dzień i zachciało nam się grać. W związku z czym, w naturalny sposób, czerwone winko, białe, drinki, ukulele i coś wyszło. Punkt zwrotny. I zaczęło się to realizować, a mając kilka dni wolnego czasu, z tyłu głowy mieliśmy ten projekt. To była kwestia uruchomienia koła zamachowego. Maciej Wasio, młody człowiek z zespołu Ocean, dostał od nas maila, przygotował coś i za dwie godziny powstała piosenka. Tak się to koło zaczęło toczyć.

Kiedy było łatwiej? Tam w Hiszpanii czy potem w studiu? Czy były jakieś trudniejsze momenty?

W Hiszpanii wiatr od morza wiał, darowano reszty kar. Natomiast tutaj zebranie piosenek, tekstów, ubranie tego w konkrety zamienił się w rok pracy. Po tym roku wejście do studia, przygotowanie piosenki, która trwa niby trzy i pół minuty, było bardzo poważnym wyzwaniem. To jest przygoda przypominająca skok na bungee, urwie się sznurek lub nie. Raczej się nie urywa, ale nigdy nie wiesz, co się stanie z piosenką w czasie produkcji. Czy urośnie refren, czy coś będzie spójnego, czy będzie tekst, który tak zepnie wszystkie dźwięki, że poniesie w Polskę, Europę, świat? Każdy twórca na to czeka, że będzie kochany we wszystkich miejscach, nie tylko we własnym kraju i na własnym podwórku, ale również dalej. I potem to jest dopiero mozolna praca. Pójście do studia gdzie widzisz siedem desek przed swoimi oczami, a żądają od ciebie: Śpiewaj to z uczuciem. Musisz sobie coś wyobrazić. Można sobie wyobrazić kobiety, skąpo odziane, pustynię, morze w Hiszpanii. Potem tak to trzeba przełożyć na dźwięki, żeby miało ładunek emocjonalny. Dopiero wówczas staje się piosenką i też nie do końca musi się to udać. Może być znak zapytania. Niby fajne, stało koło dobrego, ale w efekcie dobre nie jest.

Wiesz, co się mówi o rodzinie? Że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Was to powiedzenie na szczęście nie dotyczy, natomiast ciekawi mnie, czy były chwile przy nagrywaniu płyty, w których się spieraliście?

Jasne! Np. trwa refren, a ja mówię: Po cholerę refren? Niech zostanie, jak jest. To się robi płyta dla trudnej młodzieży. Przede wszystkim chodziło nam o to, żeby nasz materiał był szczery i nowoczesny, bo Patrycja i ja poszliśmy muzycznie w różne rejony. Ja bym z Perfectem tej płyty nie zrobił, ona by też tego nie zrobiła sama. Natomiast razem ten materiał jest na pewno autentyczny, bo nie ma tam żadnego wymyślonego dźwięku, wymyślonych wokali, wszystko jest dane prosto z serduszka. Mam nadzieję, że Państwo się o tym dowiedzą 25 stycznia. To jest dla mnie bardzo ważna data, to premiera naszej płyty. Teraz dzwonią telefony z pytaniem, jak idzie sprzedaż. Ruszyła nawet ta internetowa. W kwietniu chcemy zrobić koncert w Łodzi, czyli Patrycja ze swoim zespołem, zespół Perfect, plus kilka piosenek z płyty „Droga”. To zawsze jest stresujące. To jak stres przed wyjazdem. Tu w Polsce jesteśmy bezpieczni, natomiast wyjazd do Stanów, do Anglii, do Edynburga, gdzie byliśmy ostatnio, to inna bajka. Sprzedał się koncert, sprzedały się bilety, ale zawsze jesteś niepewny, czy reklama jest dostateczna, bo jak reklama jest dobra, a bilety się nie sprzedają, to już trzeba kończyć karierę lub zmieniać zawód.

Jakie zmieniać, jakie kończyć? Przecież ludzie was kochają. Ciebie, Perfect, Patrycję, wszyscy wiedzą, że jesteście szczerzy. To słychać w każdej nowej piosence, także z nowej płyty.

Dziękuję za takie słowa, ale możesz mieć dwa nieudane koncerty, które ktoś sfilmuje, puści w Internet i tak z tym zostajesz, to się od Ciebie nie odklei.

Zastanawiam się jak połączyć te dwa światy, bo z jednej strony Perfect, z drugiej strony Patrycja. Jak zbudujecie tę wspólną przestrzeń muzyczną na koncercie z dwoma zespołami?

To dość duże wyzwanie. Agnieszka Jaworska, nasza menadżerka, dba o to, żeby wszystko się udało. Będziemy mieć okrągłą scenę, obrotową, ileś punktów świetlnych, specjalną aparaturę.

Możemy się spodziewać DVD z koncertu?

Mam nadzieję, że powstanie z tego DVD. Natomiast jest to wyzwanie nawet logistyczne, techniczne, żeby to przygotować. Artystycznie myślę, że to się uda, bo jak patrzę na Patrycję i na jej kolegów z zespołu to widzę urok, młodość i energię. My mamy większe doświadczenie na scenie, bo 39-letnie, ale cieszę się na takie wyzwania, bo to jest bardzo odświeżające. Człowiek odchodzi od rutyny.

A poza tym możecie się od siebie czegoś nowego nauczyć?

Zawsze! Oczywiście. Ona wychodzi na scenę i ja ją obserwuję, ona bywa gościem u nas i byliśmy w Nowym Jorku, w Chicago, Toronto, na trzech koncertach Patrycji. Było Cudownie, a przy okazji dowiedziałem się czegoś o niej, a ona o mnie.

Powiedzmy jeszcze słów kilka o piosenkach. Są utwory, które mnie totalnie zaskoczyły, bo mam wrażenie, że i Ty, i Patrycja zupełnie inaczej brzmicie na wspólnej płycie, niż w swoich projektach. W utworze „Kontrablues” to jest wielkie wow. Byłam pod dużym wrażeniem Twojego wokalu. Jest to przepięknie zaśpiewany utwór, choć bardzo melancholijny.

Boję się takich klimatów. Ty jesteś wytrawnym słuchaczem. Przepraszam, że tak powiem, ale to jest dla kogoś, kto ma w sobie dużo nostalgii, dużo przestrzeni i troszkę czasu. Dzisiaj kupujemy muzykę trochę jak produkt, jak wszystko to, co powinno nam przynieść radość, energię i wszystkie substytuty szczęścia. Dziś, żeby się zasmucić, trzeba mieć trochę czasu, trochę higieny osobistej, duchowej i cielesnej. Bałem się tej piosenki, więc jeżeli ona znalazła uznanie w Twoich pięknych uszkach, to się bardzo cieszę. Różne są drogi każdej z tych piosenek. W niektórych coś wymyśliłem, zmieniłem melodię, w niektórych maczała palce Patrycja. Np. w pięknej piosence Darka Kozakiewicza i własnym tekście zaśpiewała ładną linię melodyczną, którą potem zagrał flugelhorn. Komponowanie tego utworu trwało jakieś półtora roku. Od winka czerwonego na dachu do końca projektu było dokładnie 18 miesięcy pracy.

Na płycie „Droga” znajdziemy też cudowne dźwięki wygrane na organach Hammonda…

W muzyce rockowej wszystko jest dozwolone. 

Tak, ale ona jest trochę rockowa i trochę bluesowa. Brzmisz na niej jak polski odpowiednik Roda Stewarta.

Bardzo ładnie to rozczytujesz i chciałbym, żeby tak wszyscy podeszli do tej płyty.

Myślę, że to jest do zrobienia, bo materiał jest absolutnie prawdziwy, jest wasz i wyczekiwany przez nas. Przypomnę tylko, że koncert promocyjny odbędzie się 13 kwietnia w Atlas Arenie w Łodzi, a płyta wychodzi 25 stycznia. Trzymam kciuki bardzo mocno i myślę, że to będzie hit. Bardzo Ci gratuluję i dziękuję za spotkanie.

Dziękuję bardzo. Wszystkiego najlepszego.

 

fot.: Tomasz Sagan

 

Autor

Dagmara Kowalska – 181 cm wzrostu, tyle samo optymizmu, uśmiechu i pozytywnej energii składa się na niskociśnieniowca z silnym uzależnieniem od medialnej adrenaliny. Mówi, od kiedy pamięta, więc wybór drogi zawodowej był naturalny. Prócz słowotoku, ma ważną umiejętność słuchania. Zawodowo raczkowała w bydgoskim radiu i telewizji, szkołę dziennikarską przeszła w mediach publicznych: Jedynce i Czwórce. Warsztat telewizyjny doskonaliła w TVN Warszawa, TVP 1, TVP Polonia i TVP Warszawa. W Chillizet codziennie nastawia słuchaczy na chillout i dzieli się historiami swoich gości. Na papier przelewa wszystko to, co nie zmieściło się w eterze. Uzależniona od teatru, kina i motoryzacji. Scena eventowa jest jej żywiołem, wszędzie jej pełno. Działa zgodnie z zasadą: im więcej zadań, tym więcej kreatywności. Zaprasza do swojego świata pełnego inspirujących ludzi. Zajrzycie?

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter