Wśródwiośnie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Siedzisz sobie z tostem podlanym kawą na tarasie, patrzysz na piękne drzewa w ogrodzie. W powietrzu unosi się zmysłowy zapach wiosny. W tle słychać dźwięki Red Hotów i nagle przypominasz sobie dokument o ich gitarzyście, Johnie Frusciante, w którym 24-letnie złote dziecko gitary wygląda jak personifikacja nieszczęścia. I pomyśleć, że będąc w wieku, kiedy inni często nie mają jeszcze pomysłu na siebie, wstąpił w szeregi jednego z najlepszych bandów świata. Zabawne, że wszyscy widzą sukces, a nie myślą o drugiej stronie medalu. Dzięki Bogu artysta porzucił nałóg i rozpoczął czyste życie. Jego historia uosabia piękno i okrucieństwo tego , gdzie jednego dnia możesz być królem, a drugiego bezdomnym.  Choć dużo leży w naszych rękach, to najważniejsze jest uświadomienie sobie, że nieszczęścia nie unikniemy. Smutne, lecz prawdziwe. John, by go uniknąć, potrzebował dragów.  Walczył z maszynami, które o mało nie odcięły mu kończyn. Uciekać od cierpienia warto, ale nie za wszelką cenę.

Red Hot Chilli Peppers to w ogóle jeden z tych bandów, który stanowił soundtrack do mojego dorastania. Lato’98. Na stole w babcinym salonie usytuowanym blisko balkonowych okien, czuć promienie słońca. W TV lecą taneczne, plażowe klimaty. Mniej więcej rok później odkrywam klip z kilkoma kolesiami, którzy jadą kabrioletem przez kalifornijską pustynię. To obrazek do „Scar Tissue” –  pierwszego singla z płyty „Californication”, który stworzył francuski reżyser, Stéphanie Sednaoui. Symboliczny – syn marnotrawny, John Frusciante, choć nie ma prawka, prowadzi w nim samochód, co stanowi odniesienie do powrotu muzyka na rodzinną farmę papryczek. Chyba nie ma w tym przypadku, ponieważ od tej pory i ja jestem z nimi. Z naszej przyjaźni zapamiętam najbardziej dwie rzeczy – pierwsza to komentarz pod artykułem, który im poświęciłem. Napisał go jakiś bigot, twierdzący, że Red Hoci to dewianci, a ten, kto ich lubi to ciul. Druga to wakacje w Giżycku, kiedy to pewnego wieczora nudząc się podczas gry w cymbergaja, zagadałem do Anastazji – uroczej złotowłosej dziewczyny o wschodnich korzeniach, która wyznała mi, że jest fanką RHCP.  Obie historie pozostaną w mojej głowie, ale pielęgnować będę to drugie wspomnienie.

Reklama

Wniosek? Z wiekiem człowiek zaczyna doceniać istnienie sztuki wyboru, coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, jak ważna jest możliwość selekcji wspomnień, miejsc, ludzi itp. Pewien aktor powiedział kiedyś, że tylko idiota może być wiecznie szczęśliwy. Mógłbym przy tym pozostać i mu przytaknąć, gdyby nie fakt, że żyjemy w takim momencie historycznym, który sprzyja redefinicji pojęcia szczęścia. Czym więc jest takowe? Zgodą na bycie częścią bałaganu. Na upadek, krew, pot, brud. Reasumując, akceptacją istnienia cierpienia.  Nasza ułomność względem natury jest przeogromna. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy, więc po co płakać nad tym, na co nie mamy wpływu?  Może czytelniczko nie pójdziesz do fryzjera, ale możesz za to poczytać książkę. Może czytelniku nie odwiedzisz pubu, ale naprawić stołu nie zaszkodzi. Przeżyliśmy już jako gatunek niejeden kryzys. W wojnę też rodziły się dzieci, organizowano spektakle teatralne. Dziś  warunki są trudniejsze, ale dzieci nadal się rodzą, a teatry funkcjonują w sieci.  Mimo że nie mamy szansy cieszyć się w pełni wiosną, to możemy żyć pośród niej, otoczeni zielenią i błękitnym niebem, widzący anioły, robiące innym zakupy.

PS. Wracając do bycia idiotą – tylko głupiec nie dostrzeże w chwili kryzysu uroku banału.

Reklama