Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Prolog:

Cykl „Starman” będzie traktował o podróżach. Tych artystycznych, tych które są procesem twórczym i stanowią niewidzialny element  gotowego.  Będę opowiadał o artystach, starając się przybliżyć „making off”. Metafizyczny, nie techniczny. Przyznam szczerze, że mam lekką tremę, ale to wielka przyjemność. Na pierwszą linię frontu wysyłam siebie. Poleciałem tam,  gdzie nie powinienem w poszukiwaniu odpowiedniego tytułu dla felietonów.

Starman

Warszawska Praga Północ. Niedzielny poranek. Zieleń konsekwentnie eksploduje dookoła, słońce wbija się klinem w oczy. Jeden otwarty sklep, garstka ludzi spokojnie szlifuje chodnik.
Niepewnym krokiem idę w kierunku dużego, ciężarowego samochodu.

 
Reklama
 
Reklama

– O cholera, ale wysoko!

– Wyluzuj, wsiadaj, nie udawaj. Jeździłeś kiedyś Starem?

– Oczywiście – kłamię. Przecież do takich rzeczy nie należy przyznawać się przed czterdziestką.

– No to powodzenia. Pamiętaj, trzymaj gaz!

To akurat potrafię. Żegna mnie uprzejmie z  lekko uniesionym kącikiem ust.

 
Reklama

Zostałem w kabinie. Sam. Silnik krztusił się na jałowym biegu, ledwo dyszał. Kolejny zarażony – pomyślałem. Nie wypowiedziany suchar rozbawił mnie do łez. Słońce jeszcze mocniej zaświeciło w oczy. Jak to było? Trzymaj gaz?

Z całej siły prostuję nogę. Wielka stalowa bryła rusza w mig. Silnik już nie dyszy. Zaczyna bulgotać, jakby ktoś nalewał wody do wanny. Do wanny? Nie! To raczej tłoki wielkości budowlanych wiader chochlują bezlitośnie paliwo. Ale to musi chlać! Co tam, zatankowany do pełna, jedziemy  w świat!

Coraz szybciej. To jest kierownica czy poręcz? Śmiesznie  prowadzi się tę wielką bambaryłę.  Facet znowu macha, ile czasu rozmawialiśmy przez telefon, cztery, może pięć godzin? A weź spier…

Jedziemy. Droga prosta, słońce świeci. Chyba przed chwilą byłem w Stanach, tak mi się wydaje. W Porto? Coś do mnie mówiłeś Gonçalo? Wystawa  – tak, oczywiście, of kors, claro, zrobimy tę wystawę. W dupie! Buehehhe.

Jeszcze szybciej. Jak leciał ten numer, la traalalaa. Nie ma radia w tym starym gruchocie.  Jakiś wielki dżej-bi-el wbiega mi na drogę, ledwo go mijam. Zaczynam śpiewać. A jak, nie potrafię?  Zaraz, jaki to był numer. Dawaj go, dawaj. Mocniej gaz. Silnik zaczyna wyć.

Nadaję przez CB radio:

– Bracki, brraacki jak to było, no ten wiesz, taramtam tarararara.

– „Neighborhood” stary…

– No właśnie, przecież!

Ktoś znowu macha –  cicho! Wpisuję! Teraz ja puszczam, teraz moja kolej. Zajebiście, słuchajcie wszyscy, co za numer! Mijają mnie drzewa, znaki, budynki, krzaki, hurraa!

Gaz. Blask. Trzask. Gleba.

„Starlink” Elona Muska właśnie przeleciał nad Warszawą. Właśnie przelatuje mi przed oczami.

Rozlane paliwo, dym. Coś bzyczy. Nieustannie bzyczy. Słońce jeszcze bardziej oślepia. Trzeba wstać. Wstawaj, uciekaj, to zaraz wybuchnie. Ale czemu podłoga jest sosnowa? W Starze? Chwila, chwila…

Chwytam za telefon. Chwytam się za głowę.

Epilog:

Zwariowałem zamknięty w klatce. Pokornie słuchający rozkazów. Sklep, dom, telefon. Wideokonferencje, posty, kochani to, kochani tamto. Pozbawiony wyboru, pękłem jak balon. Nie wiedziałem, że i mnie to może dopaść. Wirtualne – chociaż jak najbardziej potrzebne,  zdaje się być zimne i zachowawcze. Trudno się na nie wkurzyć, obdarzyć emocjami. Co najwyżej można z siebie zrobić kretyna i w pośpiechu usuwać posty.

Ciężarówka przejechała pod oknem. Włączyłem komputer i zacząłem pisać.

Reklama