Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Felieton nie będzie o tym, że w imię wspólnego dobra odebrano nam w ostatnich tygodniach wszelkie swobody: zamknięto kina, teatry, odwołano imprezy masowe. Przy okazji dokonano zamachu na zdrowie psychiczne i fizyczne. Tekst nie będzie traktował też o odwołanych wyjazdach zagranicznych, o rezygnacjach, anulacjach, pieniądzach oddanych i tych, co przepadły. Nie będzie o oczekiwaniu na lepsze jutro, o głodzie wspomnianych wyjazdów, chociażby nad polskie morze, w sumie to dokądkolwiek, byle tylko było gdzie spać, gdzie pójść zjeść i móc wpatrywać się w słońce, morze, góry, las. Nie napiszę o tym, że w obliczu epidemii i wirujących na wietrze plastikowych rękawiczek zapomniano o dziurze ozonowej, ekologii, o ochronie planety przed zagładą. Ani słowem nie zająknę się o polityce, co do której zawsze byłem, a z biegiem czasu jestem coraz bardziej sceptyczny.

Wzdycham głośno za utraconymi możliwościami, które wydawały się przecież wcale nie jakieś nie z tego świata – spotkania na kawę, pójście do kina, wyjście do knajpy, podróże. Już zdążyłem do wszystkich tych dobroci przywyknąć i uznać, że tak będzie zawsze. Że będzie można za trzysta złotych polecieć do Hiszpanii albo na Maltę, że wyzwaniem podczas weekendowego popołudnia będzie wybór sernika w kafejce, że wybiorę się do kina, skąd wyjdę zachwycony albo z poczuciem straconego czasu.

Należę do tych wybrańców, którzy mają do dyspozycji kawałek ogrodu i własny kawałek miejsca do pracy w domu. Na szczęście potrafię sobie też zorganizować inne aktywności po odejściu od biurka. Trzeba posprzątać wszystkie zakamarki jeszcze dokładniej niż zwykle, dosiać trawę na ogrodzie, podlać ją, pouczyć się hiszpańskiego, poczytać coś przyjemnego, posłuchać ulubionych kawałków, obejrzeć nowy serial, zadzwonić do przyjaciół, napisać felieton, odpowiedzieć na maile. Tak naprawdę moje życie nie zmieniło się o 180 stopni, bo home office zawsze był u mnie regułą, bo większe zakupy raz w tygodniu to standard, bo czasopisma papierowe na szczęście nadal kupić można i sernik na wynos też. Film prosto z kina trafia na VOD, co jest pewną opcją. Nigdy nie byłem imprezowiczem, duszą towarzystwa, królem parkietu ani fanem powrotów do domu nad ranem. Tęsknota, o której felieton ten między wierszami opowiada, to tęsknota za wolnością wyboru, za możliwościami, z których skorzystać kiedyś mogłem, choć przecież nigdy nie musiałem.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama