Marcin Wyrostek: Gram z rozmachem

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
W zasadzie nie miał w życiu wyboru, musiał zostać muzykiem. Jego pasja zaprowadziła go na szczyty popularności. Każdy akordeon, na którym gra, jest członkiem jego rodziny. Potrafi barwnie opowiadać o swoich koncertach o czym przekonał się Rafał Bryndal w rozmowie z Marcinem Wyrostkiem.

Instrument, na który grasz wymaga rozmachu!

Zawsze trzeba grać z rozmachem. Staram się mój akordeon rozciągnąć tak, by go rozerwać, ale jeszcze mi się nie udało. Walczę więc z nim non stop 🙂

Ten model to jakiś szczególny instrument?

Tak, ten akordeon, na którym gram zrobiony jest z cedru kanadyjskiego, jest to o tyle fajne, że jest lżejszy niż te standardowe, bo cedr jest leciutki, poza tym jest statycznym drewnem, więc się nie odkształca i dobrze rezonuje.

Pięknie wygląda. Ja kiedyś, jako dziecko miałem w domu Weltmaistera, mój ojciec trochę pogrywał, chciał, żebym i ja grał. Pamiętam ten stary instrument, który trochę inaczej wyglądał.

Ale do dzisiaj one są bardzo pożądane. Instrumenty koncertowe Welmeister naprawdę dobrze brzmiały, miały fajny kanał, czyli brzmienie casotto.

Kiedy pojawił się w twoim życiu akordeon?

Mój dziadek sprzedał krowę i kupił akordeon.

Gdzieś to przeczytałem ale myślałem, że to fake.

Reklama

To prawda. Mój tata bardzo chciał grać na akordeonie i mój dziadek kupił mu ten akordeon. Tata zaczął grać na jakichś zabawach, imprezach, właściwie przez całe życie muzykował. Jak się urodziłem i miałem dwa dni, tata spojrzał na moje ręce i powiedział mamie: Marcin będzie akordeonistą. Nawet nie brał pod uwagę innych ewentualności, że mogę np. nie mieć słuchu. Po prostu zostało postanowione. Na szczęście wstrzelił się w kierunek, który jest dla mnie sposobem na spędzanie życia.

I to stało się twoją pasją, miłością, wszystkim. Powiedz, czy akordeoniści powinni mieć jakieś szczególne dłonie?

Przede wszystkim powinni mieć silne ręce, bo clue akordeonu to miech, którym tłoczymy powietrze, więc trzeba mieć parę, żeby to powietrze sprężać. Jak się gra na instrumencie dętym to wystrzeliwuje się dźwięk, ale żeby to zrobić, to trzeba ten miech mocno napiąć, potrzeba dużo siły i oczywiście trochę ćwiczeń z tymi palcami. Przede wszystkim opuszki palców muszą być delikatne, wrażliwe. Kiedyś zacząłem grać na gitarze, ale od niej zaczęły mi opuszki twardnieć, i traciłem to. Gitarę musiałem odstawić, ale to było dawno temu.

 
Reklama

Jest jeszcze tzw. guzikówka?

Tak.

To trudniejszy instrument do grania.

Ale za to pozwala sięgnąć ambitus dwóch oktaw, a nawet trzech, czego nie można zrobić na instrumencie klawiszowym. Te złożone akordy… nie sięgniesz tego normalnie instrumentem klawiszowym. Teraz większość akordeonistów gra na akordeonach guzikowych, ale ja miałem to szczęście, że w latach 90. mój nauczyciel, który przyjechał z Białorusi do Jeleniej Góry i prowadził klasę akordeonu, przywiózł ze sobą taką guzikową garmoszkę, i byłem jednym z pierwszych, którzy się przerzucili na akordeon guzikowy.

Wzbudzałeś od razu zachwyt i szacun.

Była to o tyle ciekawa historia, że to też było możliwe dzięki mojemu tacie, który przypadkiem, w Jeleniej Górze, na pchlim targu zobaczył akordeon guzikowy. Było tam wtedy mnóstwo różnych instrumentów, bo jakaś ukraińska orkiestra wysprzedawała się po koncercie. Jak mój tata to zobaczył, dał im jakąś zaliczkę, sam pojechał do domu po przyczepę i kupił chyba ze 30 instrumentów, m.in. akordeon guzikowy. To był więc zupełny przypadek, ale wiedziałem, że mój nauczyciel też ma akordeon guzikowy, tak więc jeden był w szkole, a drugi w domu.

Reklama

Jak miałeś takiego tatę, to nie miałeś wyjścia.

Nie miałem. Mój tata był zaangażowany w każdym momencie. Jeździł ze mną na konkursy, koncerty, wyjazdy, graliśmy razem. Miałem wspaniałe dzieciństwo i dzięki rodzicom, mamie i tacie, mogę robić to, co kocham.

 
Reklama

Szkoła muzyczna, potem wyższa szkoła – Akademia Muzyczna, na której też wykładasz. Twój przełomowy moment to chyba wyjazd na Śląsk?

Tak, 20 lat temu. Jak wyjechałem na Śląsk to był rok 2000. Postanowiłem sobie, że zajmę się akordeonem, muzyką, koncertowaniem, bo wcześniej grałem różne rzeczy, jakieś chałtury.

Grałeś na ulicy?

Grałem. Grałem w różnych miejscach. Jak byłem w liceum to imałem się też rożnych innych prac, od zbierania truskawek po warsztat samochodowy.

A pierwszy utwór, którego się nauczyłeś?

 
Reklama

Na akordeonie?

Tak.

Reklama

To była jakaś melodia ludowa, mam nawet nagranie z pierwszego popisu. Ale to też była fajna historia. Wracałem do domu z akordeonem na plecach i moja starsza siostra mnie odprowadzała. Mijaliśmy jakąś cukiernię i ona powiedziała: Popatrzmy co tam jest. Zajrzeliśmy przez szybę i wyszedł właściciel cukierni. Zapytał co tam mam i czy potrafię na tym grać. Zagrałem i w zamian dostaliśmy pączki. Byliśmy mega szczęśliwi.

Pierwszy twój job.

I pierwszy manager. Szliśmy dalej do domu i wyobraź sobie, moja siostra łapie mnie za ramię i ciągnie w kierunku kolejnej cukierni. Tak to się zaczęło.

Akordeon był na Śląsku bardzo popularny.

Ja się o tym przekonałem dopiero, gdy przyjechałem na studia, a najbardziej po programie „Mam talent”. Dużo osób, które spotykałem, zaczęło się przyznawać do tego, że mają w domu akordeon, gdzieś w szafie, na strychu.

Ja też miałem.

Czyli człowiek się z tym ujawnia. Okazało się też, że wielu muzyków z akademii, profesorów na wydziale jazzu czy klasycznym, jako dzieci grali na akordeonie, więc na Śląsku ten instrument to było coś jak jazda na rowerze. Każdy grał na akordeonie, każdy jeździł na rowerze jak był dzieckiem.

Teraz, gdy wracamy w muzyce do korzeni, ten akordeon coraz częściej wykorzystywany jest szczególnie w muzyce folkowej.

Akordeon zakorzenił się w wielu nurtach ludowych, na całym świecie właśnie przez swoją uniwersalność, przez to, że jest mobilny, że można sobie samemu zaakompaniować. Byłem zdziwiony, gdy na festiwal we Włoszech czy w Stanach przyjeżdżali akordeoniści nawet z Nowej Zelandii. Pomyślałbyś, że Nowa Zelandia, Brazylia czy Wenezuela mają akordeonistów? Ten instrument jest bardzo popularny na całym świecie, w przeróżnych nurtach muzycznych.

Reklama

No choćby słynny akordeonista Astor Piazzolla, choć on grał na bandoneonie, prawda? Czym on się różni od akordeonu?

To jest taki malutki akordeon, odmiana jednogłosowego instrumentu, gdzie gramy jedną partię lewą, drugą prawą ręką. Jest bardzo krzykliwy, otwierasz miech, jest jeden dźwięk, zamykasz i jest drugi dźwięk. Piazzolla grał na tym instrumencie bardzo charakterystycznie. Moja pierwsza płyta to była fascynacja Astorem Piazzollą. Zaraz po studiach kiedy z pasji do muzyki powstał zespół Tango Corazon Quintet, graliśmy muzykę Piazzolli, to był nasz debiutancki, pierwszy album. Do dzisiaj go gramy.

 
Reklama

Z akordeonem, z bandoneonem kojarzy mi się tango, ale też Paryż.

Tak, we Francji brzmienie akordeonu rzeczywiście jest rozwibrowane, rozstrojone i ten styl muzyczny jest tam bardzo popularny tzw. musette.

Opowiadasz o tym swoim studentom na akademii muzycznej?

Tak, opowiadam im o wyjazdach, festiwalach i rozmowach z różnymi profesorami i pedagogami. Pamiętam spotkanie z Frederic’iem Deschamps z Paryża, Prof. Peterem Soave  z USA czy Prof. Wiaczesławem Siemionowem z Rosji, to są główne filary naszej światowej akordeonistyki.

Jeszcze jest Richard Galliano.

To jest muzyk, który od wielu lat mnie inspirował i nadal inspiruje, dwa tygodnie temu byłem na jego koncercie w NOSPR’ze w Katowicach. Rozmawiałem z osobami, które z nim grają, wszystko staram się przekazywać moim studentom na Akademii Muzycznej w Katowicach. Cieszę się, że już jest otwarty Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej z kierunkiem akordeon na studiach dziennych w Akademii Muzycznej w Katowicach. To kolejny krok milowy, żeby ten instrument się rozwijał.

Mówisz o tym wszystkim z takim błyskiem w oku, to jest niesamowita przyjemność spotkać człowieka, dla którego muzyka i instrument są taką pasją, ale były chyba momenty, że miałeś już dość. Przeczytałem gdzieś, że myślałeś, żeby rzucić zawodowe granie, wtedy momentem przełomowym był program „Mam talent”.

Reklama

Był rzeczywiście. Miałem momenty, kiedy pomimo wszelkich moich starań i prób realizowania marzeń, żeby grać i koncertować pojawiały się też te prozaiczne myśli, że trzeba się z tego utrzymać. Nigdy na to w ten sposób nie patrzyłem, ale w końcu dostrzegłem, że to jest potrzebne. Zacząłem myśleć, że chyba jednak może to być tylko moje hobby, że trzeba poszukać normalnego zajęcia. Tyle tylko, że po 25 latach grania szkoda było to wszystko zostawiać. Cały czas przedłużałem sobie ten moment, do 2009 roku dałem sobie deadline. Postanowiłem, że jeśli nic się nie zmieni, to zrobię sobie chwilę przerwy, żeby zregenerować organizm, a potem poszukam normalnej pracy. Pamiętam, że ludzie, którzy mnie spotykali, pytali co robię, mówiłem, że gram na akordeonie i kiedyś jeden gość zapytał, co robię poza tym?

A ty miałeś za sobą wszystkie najlepsze konkursy na świecie.

Tak to wyglądało. Okazywało się, że to w żaden sposób nie przekładało się na życie, że zawsze wracałem z jakiegoś konkursu, dochodziła mi jakaś linijka pod nazwiskiem i tyle, oczywiście poza doświadczeniem, spotkaniami i przygodą.

I tu nagle „Mam talent”.

Znalazłem się tam za sprawą ludzi, którym jestem bardzo wdzięczny. Pamiętam, jak wiele osób wysłało wtedy na mnie smsy. W tym programie miałem swój cel, swoją prywatną misję, żeby się dostać dalej i pokazać jak gram. W tamtym czasie pamiętam koncerty edukacyjne, które często grałem dla dzieci, które dziś też uskuteczniam. Opowiadam dzieciakom rożne ciekawostki o akordeonie, one zamykają oczy, ja gram im muzykę instrumentalną, różne utwory z bajek.

Dźwiękogród?

 
Reklama

Tak, taki mój projekt.

Widzisz, przygotowałem się.

Pięknie i jestem pod ogromnym wrażeniem, dziękuję 🙂 To projekt edukacyjny, żeby przez zabawę zainteresować dzieci muzyką. Żeby, jak wyjdą z sali koncertowej, miały dobre wrażenia, żeby wiedziały, że było fajnie i chciały wrócić, to mój cel. Ale też jestem wdzięczny dzieciom, że w tamtym czasie, kiedy już zaczynałem powątpiewać, one swoimi reakcjami na koncertach, dawały mi tę nadzieję, że trzeba do nich jakoś dotrzeć, do publiczności. Wiedziałem, że to działa i to była dla mnie ta energia, dzięki której cały czas działam, organizuję swoje wydarzenia. W tym roku chcę świętować mój jubileusz, choć nie chcę tego na wyrost tak nazywać, ale to dla mnie bardzo znaczące. Od 25 lat grałem z tatą, siostrą, w rodzinnym składzie. 20 lat temu wyjechałem na studia do Katowic, do mekki muzyki jazzowej, do znakomitego miejsca, gdzie zamieszkałem i podjąłem moją decyzję życiową – muzyka i koniec. 15 lat temu powstał mój zespół, to są przyjaciele, z którymi gram do dzisiaj, niezwykle pozytywna ekipa. I 10 lat temu był „Mam talent”. Co 5 lat wydarzało się w moim życiu coś ważnego, a nawet wielkiego. Jak patrzę z perspektywy czasu to może fajnie, że ta moja droga była taka wyboista, mam co wspominać, mam pewne sytuacje w pamięci, które mnie ukształtowały. Dzięki temu przeżyłem bardzo dużo różnych, szalonych przygód.

Reklama

Wyobrażam sobie. Ale nagrałeś też kilka płyt, ostatnio świąteczną z kolędami, prawda?

Tak, to płyta do pośpiewania z akompaniamentem, bardzo klarowne aranżacje, różne smaczki i pozycje, ale takie, żeby można było pośpiewać. Do płyty dodany był też śpiewnik.

To bardzo cenne w czasie świąt.

Siadamy przy stołach i śpiewamy kolędy. W taki sposób celebrujemy święta w moim domu i chciałem się tym podzielić przede wszystkim z osobami, u których nie ma tej tradycji wspólnego śpiewania, a pewnie dzieje się to za sprawą braku akompaniamentu. Każda z płyt jest dla mnie bardzo osobista, przykładowo album „For Alice”, tą płytą dziękowałem mojej  żonie Alicji. za ten czas, kiedy jeździłem z koncertami, a ona to dzielnie wytrzymała i na mnie czekała.

Większość to twoje kompozycje, ale jest też pan Petersburski i Antonio Vivaldi.

Tak, ale powstała też płyta z muzyką polską, gdzie jest nawet Janosik – POLACC, czyli akordeonowa wersja polskiej muzyki. Gramy dużo koncertów dla publiczności zagranicznej, wyjeżdżamy z koncertami w dość odległe miejsca, teraz w planie jest Chicago, byłem na Florydzie i w Detroit, również w Europie Wschodniej, Południowej, w Afryce. Niekiedy na lotnisku pytali mnie, co to jest, ja mówiłem akordeon, więc prosili, żebym zagrał. Strażnicy graniczni robili sobie ze mną zdjęcia, więc w te różne miejsca chciałem zabrać polską muzykę. Na płycie jest też Kilar, Szymanowski i Górecki, ale również nasze autorskie kompozycje, więc to już szósta nasza płyta. Jeszcze wcześniej był ethno-folkowy album „Coloriage” oraz koncertowy Tango Corazon Live.

Czyli koncertujesz? Przygotowujesz trasę.

Tak, teraz przygotowuję koncerty jubileuszowe. Trzy koncerty – Chicago, Copernicus Center, Filharmonia Narodowa w Warszawie, czyli nasza historyczna sala koncertowa i niesamowity NOSPR w Katowicach, w mieście, które stało się moim nowym domem, jest patronem moich wydawnictw, jubileuszu i wspiera wszelkie moje działania już od 20 lat, jeszcze przed sukcesem medialnym co jest dla mnie bezcenną wartością.

Bardzo prestiżowe sale.

Reklama
 
Reklama

Prestiżowe i stresujące, jest stres jak się wychodzi na taką scenę.

Ale to świetna akustyka.

Akustycznie świetne. NOSPR jest fenomenalny, pamiętam jak tam pierwszy raz wyszedłem, to nie wierzyłem, że to tak duża sala. Wchodzi do niej 2000 osób, choć sprawia wrażenie kameralności.

Rozumiem, że zapraszasz Czytelników?

Oczywiście, na koncertach jubileuszowych będą goście, m.in. Kayah i Viki Gabor. Z Kayah współpracuję już 10 lat, z Viki niedawno nagrałem akordeon na jej singiel. Będzie też  Magda Steczkowska, z którą się od wielu lat przyjaźnię, niesamowita osoba jeżeli chodzi o muzykę, bardzo otwarta. Będzie Stanisław Sojka, człowiek, który zawsze był dla mnie drogowskazem muzycznym, będzie również Kuba Badach, który nam zawsze towarzyszy i… resztę powiem na koncertach.

Czyli plejada polskich gwiazd, więc szanowni Państwo, jeśli tak mogę się zwrócić do naszych Czytelników, warto sprawdzać wszystkie plakaty, szukać informacji choćby na Anywhere.pl, na pewno będziemy informować o koncertach Marcina.

Serdecznie zapraszam wraz z moimi gośćmi, orkiestrą smyczkową, moim całym zespołem. Będziemy świętować, celebrować ten czas, a przede wszystkim to będzie moje podsumowanie, moja wdzięczność dla wszystkich tych, którzy wtedy na mnie głosowali i też wiernie przychodzą na koncerty. Serdecznie Państwa pozdrawiam 🙂

 

fot.: Bartosz Maciejewski

 

Reklama

Stacja Diagnoza

Cztery lata temu. Piękny, ciepły maj. Kilka miesięcy wcześniej odnaleźliśmy