W Brazylii inaczej świeci słońce

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

B.I.T.T. to projekt radomskiego radiowca i muzyka, Wiktora Smutka oraz jego przyjaciela, Brazylijczyka Eltona Alvesa Ribeiro. O genezie albumu „Soundtrack”, pięknie największego kraju Ameryki Południowej, odczarowywaniu country oraz pożyteczności smutku jako emocji rozmawiamy z ½ duetu, Wiktorem.

B.I.T.T. – banalnym byłoby powiedzieć, że to aluzja do słowa „Beat”. Czy za nazwą Waszego projektu kryje się zatem coś więcej? 

Nazwę B.I.T.T. narzuciła nam brazylijska wytwórnia, wchodząca w skład międzynarodowego koncernu, który nie bójmy się powiedzieć tego otwarcie, steruje przemysłem muzycznym. Nie pamiętam do końca, co się kryje między kropkami, ale w naszej nazwie na pewno padają słowa – Bill Gates, sieć 5G, koronawirus, przekaz podprogowy itp. mroczne sprawy (śmiech). A tak poważnie, to czekamy na taki rozgłos, po którym ludzie będą knuli teorie spiskowe na nasz temat. Rozwinięcie tych 4 liter nie ma dla nas szczególnego znaczenia, więc nic się nie stanie, jak pozostanie to tajemnicą.

Na początku była podróż – tak można by powiedzieć o początkach muzycznej współpracy Wiktora i Eltona. Opowiedz coś więcej na ten temat.

Wszystko zaczęło się 7 lat temu w brazylijskim mieście Kurytyba, nazywanym przez tamtejszą Polonię „Chicago Ameryki Południowej”. Wywiało mnie tam na Światowe Dni Młodzieży. Punktem docelowym było Rio De Janeiro, jednak wcześniej mieliśmy tygodniowy przystanek w Kurytybie, skąd pochodzi Elton. Mimo że z czasem zmienił mi się trochę światopogląd, to wciąż uważam Światowe Dni Młodzieży za sztosowe wydarzenie i chyba jedyną okazję na tak niesamowite podróżowanie. Wyobraź sobie, że nasza polska grupa (ok. 20 osób) została przygarnięta na tydzień przez randomowe brazylijskie rodziny. Nie znaliśmy się wcześniej, wiedzieliśmy tylko o której godzinie i w jaki dzień mamy się stawić na lotnisku w Kurytybie. Nie mieliśmy pojęcia, czy ktoś nas odbierze. Mogło być różnie, ale poznaliśmy naprawdę świetnych ludzi. Pamiętam, jak po 16 godzinach męczącego lotu zostaliśmy przywitani przez bębny, gitary, tańce i uśmiechnięte brazylijskie twarze – niezapomniany widok. Rozdzielili nas między sobą, zapakowali do samochodów i przez kolejne 7 dni karmili, nocowali i doglądali. Podobny tydzień spędziliśmy na obrzeżach faweli w Rio De Janeiro, ale pod względem towarzyskim to nie było to samo. Pomijając fakt, że ten tydzień był bardzo bogaty w międzynarodowe związki damsko-męskie, to w Kurytybie naprawdę wydarzyło się coś niesamowitego pod względem socjologicznym. Bardzo się zżyliśmy i do tej pory mamy ze sobą kontakt. W 2016 roku część z brazylijskiej grupy, w tym Elton, odwiedziła nas przy okazji ŚDM  w Krakowie. Myślę, że łączy nas specyficzna więź – weźmy pod uwagę fakt, że z niektórymi nie szło się dogadać, jednak w obliczu przyjaźni bariera językowa okazała się nie być zbyt dużym problemem.

Potwierdza się teoria o uniwersalnych wartościach?

Pamiętam rodzinny obiad w domu zaprzyjaźnionej rodziny Nemitzów, podczas którego opowiadaliśmy sobie żarty – oni po portugalsku, a my po polsku. Może to brzmieć niedorzecznie, ale było naprawdę wesoło. Rozumieliśmy się bez słów. Wracając jednak do Eltona, to szybko złapaliśmy dobry kontakt. Elton jako jeden z niewielu Brazylijczyków znał angielski, do tego grywał na gitarze, robił foty, jeździł na desce i motocyklu – zatem mieliśmy wspólne pasje. Jeśli chodzi o naszą muzyczną współpracę, to myślę, że zaczęła się ona niejako podczas tej podróży. Warto jednak zaznaczyć, że B.I.T.T. to nie tylko Elton i ja, ale również kilka osób, które było wtedy z nami. Pierwsze ziarenko tej współpracy zostało zasiane w faweli w Rio De Janeiro, gdzie razem z moimi kumplami Rogalem i Głogim nakręciliśmy amatorski klip do jakieś przypadkowej piosenki w stylu gangsta rap. Zrobiliśmy to w ramach żartu i pamiątki z wakacji. Dobrze się przy tym bawiliśmy. Po powrocie do Polski razem z nowymi ziomalami z Brazylii próbowaliśmy nagrać kilka rapowych kawałków. Do tej pory wybrzmiewa mi w uszach melodia „Samba De Janeiro”, do której nawijamy z Eltonem. Wszystko oczywiście dla beki. Lata leciały, a my rozwijaliśmy się muzycznie. W końcu pojawił się pomysł i udało się wyprodukować pełnoprawny album, który wydaliśmy  za oceanem. Płyta co prawda powstała w kontekście produkcji filmowych, ale miło jest pomyśleć, że to niejako podsumowanie naszej przyjaźni, marzeń, wspomnień i młodzieńczych wygłupów.

Skoro już jesteśmy przy motywie podróży, to słuchając albumu „Soundtrack”, można poczuć się niczym w filmie drogi lub w dziele Tarantino – raz miałem przed oczami kolesia jadącego w hawajskiej koszuli kabrioletem przez drogę pomiędzy piaszczystymi terenami, innym razem widziałem scenę bójki w podmiejskiej knajpie, a kolejnym fawelę w Rio. Jakie obrazy miałeś w głowie, pracując nad „Soundtrackiem”?

Myślę, że obrazy, które mi towarzyszyły podczas tworzenia, były bardzo podobne do przedstawionych przez Ciebie. Cieszę się również, że w Twoim odczuciu te dźwięki są kompatybilne z ewentualną sceną filmową. Naszym celem było stworzenie uniwersalnego dzieła, które będą mogli wykorzystać w swoich produkcjach młodzi reżyserzy. Stąd to zróżnicowanie gatunkowe/scenograficzne. Bardzo chcieliśmy, aby słuchacz zasmakował również trochę Brazylii – cieszę się, że wyobraźnia przeniosła Cię do Rio.

Mówi się, że przypadki nie istnieją. Może zabrzmi to tendencyjnie, ale w czasie, gdy wszyscy siedzimy w domach i pracujemy, wy stworzyliście album idealnie odpowiadający  tej sytuacji – nie dość, że wymienialiście pomysły przez internet, to jeszcze wydaliście go właśnie tam, na platformach streamingowych oraz umożliwiających pobranie go w formie plików mp3. Czy praca zdalna nad muzycznym materiałem nie jest paradoksalnie bardziej stresująca niż siedzenie z muzykami w studio?

Szczerze mówiąc, obecna sytuacja bardziej nam przeszkodziła, niż pomogła. Mam tu na myśli promocję albumu. Teraz jest bardzo płodny czas dla muzyków, czyli jakby nie patrzeć naszej konkurencji. Album powstał na miesiąc przed wybuchem pandemii, a wydany został w jej trakcie. Dziś wszyscy pracują przez internet. Trochę też szkoda, może ten wolny czas zaowocowałby jakimś dodatkowym utworem na płycie. Co do platform streamingowych, to współcześnie wszystko dzieje się online. Nikt już nie kupuje płyt. My przy międzynarodowej dystrybucji, ze względu na koszty, nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. Pliki mp3 to zatem idealne rozwiązanie. Jeżeli chodzi o muzyków w studio, to gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Praca zdalna nie jest jakoś wyjątkowo stresująca, ale na pewno bardziej męcząca. Zamiast zwyczajnie wcisnąć „Play” i zaprezentować swoje dzieło, trzeba wyeksportować plik i wysłać maila. Przy jednej małej poprawce ten rytuał jest strasznie irytujący. W naszym przypadku sporo czasu zajmowała też sama komunikacja. Brazylia jest w innej strefie czasowej. Nie był to jakiś wielki problem, ale trochę się czekało, aż druga osoba odpowie. W takim trybie ciężko było pracować w tym samym czasie, więc raczej dzieliliśmy się obowiązkami.

Sampel to pojęcie klucz w projekcie „Soundtrack”. Nie korciło Was, aby wykorzystać własne wokale?

Jasne, że korciło. Jesteśmy umówieni z Eltonem, że jak się spotkamy na żywo, to zbroimy coś z naszymi wokalami, jednak w projekcie B.I.T.T. działamy w roli producentów i w tym wypadku wolę skorzystać z usług muzyka sesyjnego, który nagrywa materiał np. w profesjonalnym studio w Nowym Jorku, niż nagrywać te partie samemu. To ogromne ułatwienie wykorzystać sampel idealnie tłuczonego szkła, zamiast siedzieć w studio i tłuc ulubione kubki czy talerze. Produkcja muzyczna różni się od kompozycji. My tniemy koszty i optymalizujemy pracę do minimum. Ta płyta nie jest naszym artystycznym wyrazem sztuki, tylko dziełem, które powstało w konkretnym celu. Nie mieliśmy zatem egzystencjalnego problemu z użyciem sztuki samplingu, czy innych producenckich metod.

Rock, elektronika, hip-hop – Wasz album łączy różne style. Czy ma to związek z backgroundem  producenckim Twoim i Eltona, czy może z planem użycia „Soundtracku” zgodnie z nazwą w różnych filmach?

Głównym powodem różnorodności gatunkowej jest oczywiście miejsce docelowe tego albumu, czyli filmowy soundtrack. Nie ukrywam jednak, że w moich głośnikach goszczą wszystkie wyżej wymienione style muzyczne. Wychowałem się na punk-rocku, byłem basistą w thrashmetalowej kapeli Dead Hippies, na osiedlu słuchaliśmy hip-hopu i bardzo lubię ten gatunek. Miałem również mały epizod z elektroniką w projekcie 2Calories, ale akurat ta muzyka jest mi najdalsza. W każdym razie nie ograniczam się gatunkowo, więc bardzo się cieszę, że nadarzyła się okazja stworzyć coś tak różnorodnego. Myślę, że Elton podziela moje zdanie.

Najważniejszym z tych filmów jest „The Short” – Twój pierwszy autorski  krótkometrażowy projekt.  Zdradzisz jego tematykę?

Ciągnie mnie zagranicę, dlatego „The Short” będzie anglojęzyczną komedią kryminalną, której akcja rozgrywa się w Los Angeles, ale w ramach delikatnego żartu zdjęcia do tego dzieła będziemy kręcić w moim rodzinnym Radomiu. „The Short” to naprawdę szalony projekt, choć ku memu zaskoczeniu, osoby z produkcji bardzo pozytywnie reagują na scenariusz. Ten film, który opowiada o losach nieszczęśliwie zakochanego motocyklisty/recydywisty, będzie miał w sobie dużo absurdalnego humoru w stylu Monty Pythona. To bez wątpienia moje największe przedsięwzięcie, więc po premierze sam sobie przybije piątkę! Myślę, że minie jednak trochę czasu do tego momentu. W 2019 roku przełożyliśmy zdjęcia na „po zimie”, a „na wiosnę” zaskoczyła nas epidemia. Miejmy nadzieję, że niedługo świat wróci do normy.

Zmieniając temat – czym dla Ciebie jest Brazylia? Co fascynuje Cię w niej najbardziej?

Brazylia jest dla mnie rajem na ziemi, w którym nastoletnie dziecko przystawia Ci broń do skroni. Brazylia, jak i cała Ameryka Południowa to zupełnie inny świat. Ciężko to wytłumaczyć, ale dla mnie inaczej święci tam słońce. Dookoła inni ludzie, inne dźwięki i dużo szczerości. W powietrzu czuć ogromny luz. Mieliśmy okazję mieszkać u ludzi, którzy w domu nie mieli drzwi i okien, a dachem była u nich dykta. Mieli za to wielką plazmę, tablety itp. rzeczy – niecodzienny widok. Uważam, że wśród Brazylijczyków jest mało pozerstwa, a dużo ciepła i otwartości. Wszyscy są wyluzowani, a dziewczyny przepełnia świadomość własnego seksapilu – bardzo mi to pasuje! Naprawdę czuje się tam jak w raju, mimo faktu, że to bardzo niebezpiecznie miejsce. Przeżycie klasycznego brazylijskiego napadu to doświadczenie raczej nieciekawe. Miałem taką sytuację w miejskim autobusie w Rio – trzech uzbrojonych 13-nastolatków spokojnie konfiskowało pasażerom telefony. Mimo niebezpieczeństwa atmosfera w powietrzu nie jest tam zbyt gęsta. Piękne krajobrazy, góry nad morzem i Jezus – może nie tak wysoki, jak ten w Świebodzinie, ale równie niesamowity! Najbardziej jednak urzeka mnie w tym kraju język, czyli portugalski ze specyficznym dialektem – do posłuchania tylko w Brazylii!

Nie jest tajemnicą, że prowadzisz swoją audycję w Radiu Radom 87,7 – „Dziki Zachód”, gdzie prezentujesz klasykę country i rock & rolla. Co pociąga Cię w tego rodzaju brzmieniach?

W tych gatunkach pociąga mnie bardzo wiele rzeczy – od niesamowicie ciepłych akustycznych dźwięków, przez poezję zawartą w tekstach, po aspekt społeczny. Mam wrażenie, że w naszym kraju muzyka country ma gorszą sławę niż disco polo. Ludzie kojarzą ten klimat z jakimś stereotypem „kowboja przebierańca” czy głupiego wieśniaka – nie godzę się na ten stan rzeczy! Po pierwsze Dziki Zachód był bardzo rozwinięty, a kowboje wykształceni i pomysłowi. Po drugie sama muzyka country miała ogromny wpływ na rozwój gatunków takich jak rock & roll, r&b, soul, folk, rock czy nawet jazz. Mało kto wie, że Elvis Presley czy Ray Charles tworzyli w stylistyce country. Warto podkreślić, że tacy artyści jak Kenny Rogers, Dolly Parton, Johnny Cash, Glen Campbell czy Willie Nelson to muzyczni bohaterowie całego świata, nie tylko muzyki country. Sami podbijali listy przebojów, komponowali również dla największych. Mało kto zdaje sobie sprawę, ale legendarna piosenka „I Will Always Love You” wylansowana przez Whitney Houston, jest autorstwa Dolly Parton. Muzyka country skrywa w sobie tyle wspaniałych dźwięków,  niespodzianek. Zawiera piękne wolnościowe przesłanie, dlatego co tydzień na radiowej antenie odczarowuję ten gatunek muzyczny.

Chyba nie jest to łatwa robota?

Wiem, czemu ludzie z niechęcią reagują na muzykę country. Próbuję więc pokazać im drugą stronę medalu. Prawda jest taka, że ta muzyka lata temu poszła w straszną komerchę, a samo środowisko w USA lansuje dziwne wzorce. Swoje robi też społeczność polskich fanów tej muzyki – ostatnio zorganizowali pewną imprezę, gdzie mieliśmy usłyszeć Rednex, Sławomira i disco-polowy zespół Classic. Ten koncert na szczęście się nie odbył. W tej muzyce bardzo ważny jest kontekst – widok za oknem, bezkresne drogi ameryki, trud życia przepijany colą. Inne problemy były w latach 50., inaczej grało się w 80. – trzeba o tym pamiętać. W country najfajniejsze jest to, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jest sporo popowych brzmień z list przebojów, da się również zauważyć rockowy/buntowniczy pazur. Jak najbardziej doszukamy się w niej „wieśniackiej” nuty, która ma swój niepowtarzany klimat prerii. Do tego muzyka westernowa i barowe dźwięki honky-tonk. Myślę, że muzyka country dała nam bardzo wiele i za to należy jej się szacunek. Co do rock & rolla, jest to gatunek siostrzany, w którym również kocham ten niesamowity amerykański klimat.

Na koniec dokończ zdanie – Smutek to dla mnie stan…

… który jest naturalnym stanem emocjonalnym i powinniśmy go akceptować. W dzisiejszych czasach powszechnej motywacji i pozytywnego myślenia nie ma miejsca na smutek, czy dąsanie się – myślę, że nie jest to okey. Jak Ci smutno, to płacz, a jak nie, to się śmiej. W każdym razie życzę wszystkim, aby jak najmniej się smucili. Trzymajcie się tam w tej Polsce!

 

Reklama