Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Dawno, dawno temu w 2017 roku, kiedy pójście do lasu nie było taką kontrowersją, jak ostatnio, grupka znajomych postanowiła obejść sobie święto i spaliła w lesie skręta.

Dwa lata później, w sądzie po raz pierwszy stawiło się sześcioro oskarżonych. Prokuratura oskarżyła siedmioro uczestników zdarzenia, ale jeden od razu przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze.

Sześcioro pozostałych do winy się nie przyznaje.

Najobszerniejsze wyjaśnienia złożył oskarżony Mariusz, który twierdzi, że zorganizowana impreza miała charakter prywatny, a on sam jest co prawda zafascynowany marihuaną, ale nie jest praktykującym użytkownikiem i sam osobiście nie odurza się tą substancją.

 
Reklama
 
Reklama

Oskarżony Łukasz podkreślał, że uczestnicy spotkania dołożyli wszelkich starań, by w lesie nikt ich nie zauważył, a na wszystkich ulotkach było wyraźnie podkreślone, że impreza ma charakter zamknięty.

– To była impreza towarzyska, happening – tłumaczył.

Dodał też, że sam jest oburzony samą insynuacją, że mógłby brać narkotyki, nigdy tego nie robił i jest „gorącym zwolennikiem walki z narkomanią”.

Jego żona, Danuta, zeznała, że była jedynie osobą towarzyszącą mężowi. Zaprzeczyła, że brała udział w kręceniu i na pewno nie uczestniczyła w konsumpcji krążącego na imprezie skręta.

– Było to tylko i wyłącznie spotkanie grupy znajomych! – Tłumaczyła przed sądem.

 
Reklama

Zaprzeczyła też, że do wykonania ciasteczek z substancją psychoaktywną wykorzystano jej piekarnik, jak sugerował prokurator. Żaliła się, że jej dobre imię zostało zniszczone i przez całą sprawę „ucierpiał jej stan psychiczny”. Wyraziła też głęboki żal, że w ogóle uczestniczyła w tym spotkaniu.

Do winy nie przyznał się też oskarżony Sylwester, który stwierdził, że od lat po prostu interesuje się nie tyle narkotykami, co w ogóle całą medycyną i chemią. Zaprzeczył, jakoby był organizatorem tego „zwykłego spotkania znajomych” i wyjaśnił, że przedmioty używane na leśnym spotkaniu były elementami jego prywatnej kolekcji, której nigdy nikomu, poza tym razem w lesie, nie pokazuje publicznie.

– Lubię patrzeć na bonga, faje i grindery – przyznał szczerze przed sądem.

Pewnie przynajmniej część z Was zastanawia się jak to jest możliwe, że prywatna impreza na kilka osób była reklamowana ulotkami albo po co urządzać happening na zamkniętym dla kilku osób spotkaniu z kolekcjonerskimi egzemplarzami, których się nie używa?

Czyli, że co? Siedzieli w lesie, patrzyli na faje i z obrzydzeniem podawali sobie skręta, którym nikt się nie zaciągał, jedząc babeczki z marihuaną, których nikt nigdzie nie upiekł?!

J’accuse! Ktoś tu kłamie!

I jestem to troszkę ja, bo leśna impreza, o której piszę nie dotyczyła świętowania międzynarodowego dnia marihuany, za jaki nieoficjalnie uznaje się 20 kwietnia, ale urodzin Hitlera.

Grupka znajomych na prywatnym spotkaniu w środku lasu zapaliło nie skręta, a swastykę, Hitlera to nawet nie lubią, z ideologią nazistowską się nie identyfikują, a wafelki ułożyli w znany np. w Białymstoku hinduistyczny symbol szczęścia ironicznie!

Na razie się chyba tego nie dowiemy, bo wyrok miał zapaść w połowie 2020, a jesteśmy tu, gdzie jesteśmy i od wczoraj (20 kwietnia) możemy już wejść do lasu po krótkiej, nikomu niepotrzebnej przerwie, więc ostrzegam, że można się w tych lasach natknąć na dwie zupełnie różne grupy znajomych świętujących tę samą datę.

*Bądźcie ostrożni w tych lasach, bo teraz jest taka susza, że nie zaleca się palenia ani zioła, ani swastyk, ani ogólnie niczego.

Reklama