Andrzej Franaszek: Biograf Tytanów

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Polacy czytają mało, ale jeżeli już sięgają po książkę, to często jest to biografia. Lubimy wiedzieć, jak żyli inni i wolimy prawdę od fikcji, choć często w życiu prywatnym, społecznym i politycznym nie potrafimy ich odróżnić. Wśród potężnej oferty polskich książek biograficznych dzieła 48-letniego Andrzeja Franaszka to crème de la crème: łączą w sobie wspaniały warsztat pisarza, sumienność naukowca, błysk wyrafinowanego intelektualisty i pokorę żywotopisarza, który potrafi powściągać własne ego. Książki „Miłosz. Biografia” z 2011 roku i dwutomowy „Herbert” (tom pierwszy „Niepokój” i tom drugi – „Pan Cogito”) z 2018 roku to obowiązkowe pozycje na półce każdego Polaka, któremu nieobce są ambicje umysłowe oraz żywy kontakt z kulturą narodową.

 

Z Andrzejem Franaszkiem rozmawia Andrzej Saramonowicz.

 

Po co w ogóle są nam biografie?

Dobre pytanie, bo nie do końca jest to oczywiste. Przecież nie jest powiedziane, że musimy czytać o cudzym życiu, a dokładniej, o życiu realnej postaci, a nie bohatera stworzonego przez Manna czy Dostojewskiego. 

A jednak to robimy. Dlaczego?

Reklama

Przychodzą mi do głowy dwa wyjaśnienia: pierwsze, że żyjemy w kulturze ciekawości, którą charakteryzuje głód tak zwanego autentyku i jednocześnie przymus podglądania. Kilka lat temu popularne były programy telewizyjne opierające się właśnie na podglądaniu, dziś podglądamy poprzez internet. Współcześni ludzie mają wielką chęć opowiadania o sobie, bezpośredniego wtajemniczania innych w ich życie, w jego różne pasma, często zadziwiająco intymne. Są też przesyceni fikcją, tworzoną przez media, portale społecznościowe i pragną tak zwanego „kontaktu z prawdą”. 

A to drugie wyjaśnienie?

Wydaje mi się, że żyjemy w schyłkowej epoce, która chętnie pochyla się nad własną przeszłością. Zwrot w tył – to taki nostalgiczny gest naszych czasów. Tyle nowego się wydarza, że zwracamy się do przeszłości, by pomogła nam wytłumaczyć sobie to, czego nie rozumiemy we współczesności. 

Skoro już przeanalizowaliśmy potrzeby odbiorcy, chcę Cię teraz namówić na odwrócenie spojrzeń. 

Czyli? 

Przyjmijmy na chwilę teoretyczny punkt widzenia osób opisywanych. Jak wygląda ich prawo do prywatności? Do czego nas dopuszczają, a do czego nie? Czy nie jest tak, że twórca kontaktuje się ze światem wyłącznie w swoich utworach lub działalności publicznej, ale w niczym więcej? I do niczego więcej – skoro swojej prywatności we własnej twórczości nie ujawnia – nam prawa nie daje?

To jest sprawa dość indywidualna. Już nawet na poziomie bohaterów moich książek – czyli Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta – widać zasadniczą różnicę, bo Miłosz dużo mówił o samym sobie. Owszem, były obszary w jego życiu, w które poza najwęższym gronem przyjaciół, nie chciał wtajemniczać nikogo, ale generalnie rzecz biorąc w swojej twórczości – nie tylko poetyckiej, ale i eseistycznej oraz w wywiadach – bardzo chętnie swój życiorys pożytkował i przywoływał, zmieniając go w niewielkim stopniu, a często w ogóle tego nie robiąc.

A Herbert? 

Postępował dokładnie przeciwnie. Chciał, by jego życie było praktycznie niewidoczne. O którymś z fascynujących go malarzy, bodajże o Piero della Francesca, pisał, że ów tak się cały roztopił w swoim dziele, że prawie nic nie wiemy o jego życiu. Że pozostały po nim tylko obrazy. Myślę, że Herbert też o tym marzył. I nosił poza tym w sobie – jestem o tym przekonany – świadomość istotnej różnicy między swą twórczością a własnym życiem.

Że życie sobie, a twórczość sobie?

Pod żadnym pozorem nie należy tego rozumieć trywialnie, czyli że we własnym dziele nawoływał do szlachetności, a w życiu codziennym był od niej daleki. Ale jeśli w swojej twórczości, jak to czynił Herbert, postulujesz szalenie wysoki poziom czystości, krystaliczności i jasności, to siłą rzeczy musisz sobie zdawać sprawę, że na tym tle twoje osobiste dzieje zawsze będą wyglądać na skłębione, zagmatwane, dalekie od ideału.

Jak wyznaczasz granicę, co Ci wolno ujawnić, a co nie?

Za każdym razem muszę to robić na nowo. Kiedy pisałem biografię Miłosza, pocieszałem się, że on sam wyznaczył te granice wcześniej. Zostawił po sobie świadomie zestawione archiwum. Należy przyjąć, że jeśli czegoś nie zniszczył, to zaakceptował, że w przyszłości będzie to użyte przez jego biografa. I że dotyczy to także spraw wielce dla niego bolesnych.

Czy mógłbyś podać konkretny przykład takich bolesnych spraw, do których pozwolił nam zajrzeć?

Miłosz nigdy nie rozmawiał na temat choroby psychicznej swojego syna, a bez wątpienia było to dla niego źródłem potężnej traumy. Ale całą sprawę, także swoje olbrzymie wyrzuty sumienia, opisywał w listach do księdza Józefa Sadzika, przyjaciela z Paryża. Z czasem te listy odzyskał i mógł je fizycznie zniszczyć, ale tego nie zrobił. Co więcej, oddał je do archiwum.

Jak myślisz, dlaczego?

Wydaje mi się, że pokazując się w całej złożoności, Miłosz pragnął – świadomie czy podświadomie to w tej chwili sprawa mniejszej wagi – być lepiej przez potomnych zrozumiany. No i z pewnością zakładał, że będzie dla tych potomnych postacią ważną.

Kiedy myślę o pisaniu biografii – czysto teoretycznie, przecież żadnej nigdy nie napiszę – to wydaje mi się, że chciałbym tak opisać czyjeś życie, jak sam bym chciał być przez kogoś innego opisany. Czyli według zasady: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. A jak Ty, autor potężnych biografii wielkich ludzi, to widzisz?

Nie zapominaj, że obraz samych siebie, jaki nosimy, może być, i zazwyczaj jest, daleki od obiektywności. Większość ludzi, zapewne także my obaj, nie jest w stanie się rozpoznać i dotrzeć do wewnętrznych mechanizmów, które nimi kierują. Jakże często wydaje nam się całkowicie szczerze, że mamy rację, a przecież błądzimy. I niejednokrotnie dopiero inny człowiek może nas wyprowadzić z niewiedzy o sobie samym. W każdej terapii potrzebny jest przewodnik.

Czyli biograf jest rodzajem terapeuty? 

Tak daleko bym się nie posuwał. (śmiech) 

Ciekawe, jakby Miłosz z Herbertem przyjęli tę Twoją terapię… 

Zmuszasz mnie do zastosowania dość kuriozalnej figury, ale mam nadzieję, że gdyby Miłosz z Herbertem ożyli i mogli przeczytać moje książki o nich, to nie poczuliby się przeze mnie skrzywdzeni. Bardzo bym chciał, żeby tak było.

A czego byś nie chciał, by zrobił Twój biograf?

W jednym z wierszy Miłosz napisał, że największym wrogiem człowieka jest uogólnienie. Więc ja teraz – wzbijając się na wyżyny błyskotliwej parafrazy – powiem, że największym wrogiem biografa jest uproszczenie. 

Z pewnością nie upraszczasz swoich bohaterów, ale inni, niestety, uwielbiają to robić. Po opublikowaniu biografii Herberta jedna z najpopularniejszych polskich gazet napisała, że twórca Pana Cogito to alkohol, kobiety i choroba psychiczna. Czy nie boisz się, że bezwiednie dostarczyłeś „januszom” paliwa do prostackich podniet?

Jeśli dociera do mnie, że ktoś tylko tyle chce wiedzieć o Herbercie, czuję się okropnie. I staram się siebie przekonać, że nie jestem za to odpowiedzialny.

Nie jesteś.

Wiem, ale i samo podejrzenie nie jest miłe. W pisaniu o Herbercie byłem jak najdalszy od dostarczania amunicji ludziom, którzy zajmują się kreowaniem polskich świętych, bezgrzesznych i niepokalanych. Ale także i tym, którzy czują przymus, by koniecznie unurzać bliskich w błocie i którzy nie spoczną, póki nie udowodnią, że wszyscy dookoła są podli. Więc pokazałem Herberta i w momentach, kiedy bywał dla bliskich bezwzględny, a w każdym razie bardzo trudny, i w takich, kiedy potrafił być szlachetny, odważny i zwyczajnie dobry. Ale czy to, że poeta bywał przyziemny i okrutny, przekreślać ma „Przesłanie Pana Cogito”? Nie.

Jestem egzemplarz człowieka: diabli, czyśćcowy i boski” – śpiewał Jacek Kaczmarski, inny poeta, człowiek o równie nieprostej biografii.

Wszyscy tacy jesteśmy, tylko niewielu z nas stać na piękne wiersze. A ten, kto na temat Herberta pragnie zapamiętać tylko tyle, że pił, zdradzał żonę i miał poważne problemy psychiczne, redukuje sam siebie, a nie poetę. 

Czy potrafiłbyś napisać biografię osoby żyjącej? Tak jak Katarzyna Kubisiowska, która opublikowała książkę o życiu Jerzego Pilcha?

Nie wyobrażam sobie tego. Zresztą historia pracy Katarzyny Kubisiowskiej, która jest notabene moją koleżanką, jawi się jako znamienna przestroga. Prace nad biografią Pilcha zaczęły się w tonacji kordialnej, a zakończyły całkowitym rozejściem z powodu potężnych różnic między wersją biografki a wyobrażeniem pisarza na temat własnego życia.

Więc trzeba nie żyć, by Cię swoim życiem zainteresować? 

Z pewnością jest to sprzyjająca okoliczność. A mówiąc całkiem serio i nie przybierając tonu jakiejś absurdalnej pychy, to potrzebny jest pewien dystans, który osoba żyjąca zaburza. Choć bywa, że mogą to też robić krewni człowieka już nieżyjącego. 

Czy miałeś z tym problem? Artur Domosławski, biograf Ryszarda Kapuścińskiego, przez wiele lat spotykał się w sądzie z wdową po pisarzu, oskarżającą go o naruszenie dobrego imienia.

Miłosz wybrał mnie na swojego biografia. Potem nie było nikogo, kto mógłby mnie kontrolować, chcieć coś autoryzować. Mam nadzieję, że tej okoliczności nie nadużyłem. Natomiast pani Katarzyna Herbert, wdowa po Zbigniewie, dała mi dostęp do wszystkich materiałów i także nie próbowała wpływać na moją pracę, za co jej jestem niezmiernie wdzięczny. Oczywiście w trakcie wieloletniej pracy nasze relacje stały się – jeśli mam prawo tak powiedzieć – nieomal przyjacielskie, a w takich okolicznościach siłą rzeczy rodzą się w biografie chęci, by nie sprawiać przykrości komuś, kogo się lubi, chociażby mimowolnej. Ale z drugiej strony cały czas towarzyszyła mi świadomość, że biograf nie może pisać książki dla bliskich swego bohatera, bo to go prowadzi na manowce.

Czy każdą biografię pisze się inaczej? Czy może pracuje się według jakiegoś klucza? Schematu, który mówi, że książka biograficzna musi wyglądać tak i tak?

Myślę, że nie ma takiego schematu, przeciwnie – olbrzymia różnorodność autorskich taktyk. Są w końcu biografie do złudzenia przypominające powieści.

W takim razie jak się do tego zabierasz? Najpierw starasz się całkowicie zrozumieć człowieka, którym się zajmujesz czy zaczynasz pisać, a zrozumienie przychodzi z czasem?

Poruszam się instynktownie, idąc za głosem ciekawości, ale też smaku. I swego rodzaju miłości do człowieka, o którym piszę. Wolałbym znaleźć mniej górnolotne słowo niż miłość, ale to akurat pasuje najbardziej. Tak czy inaczej: jeśli odnajdujesz w sobie autentyczną ciekawość, poczucie smaku, miłość i empatię, to nie musisz niczego ukrywać z życia osoby opisywanej. Znajdujesz tylko właściwą formę, by to opisać. 

A konkretnie jak to wygląda?

Mówiłem już o Miłoszu i jego chorym psychicznie synu. Dla mnie było oczywiste, że muszę to opisać. Dać świadectwo, jak Miłosz to odbierał, jaką pracę sumienia to w nim wywołało, jakie poczucia winy. To była potężna część życia poety, bez której nie sposób go zrozumieć. Natomiast nie muszę opowiadać ze szczegółami wszystkich oskarżeń, które ów chory psychicznie syn przeciwko ojcu formułował. 

A w przypadku Herberta?

Jeśli wiem, że Herbert wypił morze alkoholu, to nie mogę tego ukrywać, ale niekoniecznie muszę przywoływać najbardziej drastyczne detale jego pijaństw, nawet jeśli je znam. I jeśli wiem, że relacje w małżeństwie Zbigniewa i Katarzyny Herbertów były często bolesne, bo poeta dostarczał żonie sporej dozy cierpienia, to tego nie przemilczam. Ale nie opisuję detalicznie awantur czy detali kolejnych zdrad. I nie chodzi o to, jak już powiedziałem wcześniej, by nie ranić wdowy, ale przede wszystkim, by nie zejść do poziomu plotki czy brukowca. Podobnie jak na przykład w małżeństwie, także podczas pisania biografii trzeba kochać swoich bohaterów nie tylko za coś, ale również mimo czegoś. Być jednak po stronie tego bohatera. Pisanie o kimś przeciwko niemu wydaje mi się pozbawione sensu.

A czego się dowiedziałeś o Herbercie, co sprawiło Ci przykrość?

Trudne były dla mnie właśnie jego relacje z kobietami. Nie chcę żadną miarą zrobić z niego jakiegoś demona i playboya, ale ponieważ jestem jakby uwrażliwiony na takie zachowania, więc łatwość podrywania, a potem porzucania, jaką objawiał Zbigniew Herbert, bywała dla mnie trudna do przyjęcia. Z problemami też akceptowałem rolę, jaką Katarzyna Herbert godziła się pełnić w małżeństwie, całkowicie podporządkowując się potrzebom męża. W ogóle częste poświęcanie się różnych kobiet dla Herberta było dla mnie dość irytujące. Jak również to, że w późnym wieku ujawniła się w poecie jakaś kłopotliwie nieprzyjemna pamiętliwość, upór i niechęć do wybaczania.

Czy dzięki Twojej książce poznajemy bardziej Herberta Zbigniewa Herberta czy Herberta Andrzeja Franaszka?

Mam nadzieję, że zdecydowanie po prostu Zbigniewa Herberta. Oczywiście żaden biograf nie jest przezroczysty i to, kim jesteśmy, wpływa na to, jak postrzegamy innych. Herbert był na przykład człowiekiem dość skrytym, ja zaś bywam raczej, wstyd przyznać, wylewny. Być może dlatego jego skrytość mnie zastanawiała, przez co, niewykluczone, podkreślam ją mocniej niż gdybym sam był człowiekiem wielkiej dyskrecji. Ale to są rzeczy, myślę, dopuszczalne.

A co jest niedopuszczalne?

Kiedy używamy cudzej biografii jako wehikułu, który ma nam umożliwić opublikowanie własnej opowieści o świecie. Na przykład wspomniany już wcześniej Ryszard Kapuściński w swoim słynnym i bez wątpienia wspaniałym „Cesarzu” posłużył się życiem Hajle Selassje, by stworzyć uniwersalną metaforę władzy i przypowieść o gierkowskiej Polsce. 

Nie powinien tego robić?

Nie chcę być kategoryczny i śmieszny w stawianiu jakichś ograniczeń, kimże zresztą jestem, by osądzać Kapuścińskiego, powiem jedynie, że ja bym tego nie uczynił. Nie posłużyłbym się życiem kogoś niedawno zmarłego do stworzenia paraboli czy powieści, jak niedawno Manuela Gretkowska, tworząc na kanwie życia Jerzego Giedroycia i Agnieszki Osieckiej. Ale może przemawia przeze mnie zazdrość i brak fabularnego talentu…

Czy chodzi ci o to, by biograf pozostawał zawsze wyłącznie dopełnieniem, a podmiotem osoba przez niego opisywana?

Dokładnie o to.

Podkreślasz, że chcesz w swojej pracy być maksymalnie przeźroczysty. Ale nie byłbym sobą, gdybym Cię nie zapytał, do którego z Twoich bohaterów jest Ci po ludzku bliżej? Do Miłosza czy do Herberta? 

Czesława Miłosza znałem osobiście i choć żadną miarą nie miałem zaszczytu należeć do kręgu jego przyjaciół, spotykałem się z nim przez lata i sądzę, że mnie po trosze lubił. Jestem przekonany, że już nigdy nie poznam nikogo, kto by tak silnie wpłynął na moje życie, pomijając, rzecz jasna, moich najbliższych. Dużo się od niego nauczyłem o świecie, a przede wszystkim o Polsce.

A jak było z Herbertem? 

Nigdy w życiu nie rozmawiałem z nim twarzą w twarz. Napisałem do niego ledwie parę listów, i to nie jako wyznawca, lecz młody dziennikarz z „Tygodnika Powszechnego”, prosząc o różne materiały dla pisma i starając się o wywiad.

Do którego nie doszło.

Niestety, nie.

Więc nie byłeś z nim tak blisko emocjonalnie, jak z Miłoszem.

I to chyba widać po obu moich książkach, bo ta o Herbercie jest bardziej zdystansowana. (śmiech)

Czyli do Miłosza Ci bliżej.

To naprawdę nie jest takie proste. Poznałem Miłosza już jako człowieka bardzo sędziwego, o którym wszyscy mówili, że niezwykle złagodniał. Wcześniej był inny. Wiem o wielu osobach, które poświęciły mu całe życie i potem nie miały już życia własnego. I prawdą jest, że on pozostawił po sobie całkiem sporo ludzi pokrzywdzonych i przetrąconych. Miał tak silną osobowość, że inni oddawali mu wszystko z siebie, a on szedł dalej zapatrzony w swoją poezję.

Herbert był mniej zapatrzony w siebie? 

Być może potrafił silniej ranić, ale robił to bardziej nieporadnie, w chwilach gniewu czy jakiegoś impulsu. Natomiast znacznie bardziej zależało mu na byciu dobrym człowiekiem niż na byciu wielkim artystą. 

Miłoszowi odwrotnie?

Dla Miłosza bycie wielkim artystą było kwestią fundamentalną. Miał zresztą tego świadomość i wręcz zarzucał sobie, że miłość własna to jego pierworodny i najważniejszy grzech. Herbert z kolei przechodził różne fazy. Kiedy popadał w depresję lub był w ciągu alkoholowym, lepiej było go nie spotykać. Ale kiedy udawało mu się opanować demony, stawał się przyjacielski i czuły. I z pewnością w takich momentach troszczyłby się o mnie i chciałby mi we wszystkim pomóc, a nie tylko interesowałby się wyłącznie tym, czy przeczytałem jego wiersze. Więc naprawdę trudno mi powiedzieć, z którym z nich łatwiej by mi było wytrzymać w przyjaźni.

Piszesz teraz biografię malarza i pisarza Józefa Czapskiego. Z jakich powodów go wybrałeś?

Z wielu powodów. Choćby dlatego, że odpowiada mi jego rozumienie patriotyzmu: niezwykle mocno zanurzonego w polskości, ale nie rezygnującego z pierwiastka krytycznego. Czapski uważał, że zadaniem intelektualisty czy artysty jest wskazywanie błędów, a nie pokrzepianie serc i utwierdzanie rozmaitych, jakbyśmy to dziś powiedzieli, „januszy” w przekonaniu, że są świetni. Jak obaj wiemy, taki patriotyzm został w ostatnich latach zagłuszony przez tępy szowinizm, nacjonalizm mający pokryć nasze kompleksy. I dlatego warto przypominać o Czapskim. Podoba mi się też jego życiorys. Arystokraty, który jest demokratą z przekonania, a równocześnie arystokratą ducha. Wspaniałego, wrażliwego na ludzkie cierpienie malarza i przenikliwego autora. Człowieka metafizycznego, o głębokiej duchowości. A przede wszystkim szlachetnego i dobrego człowieka.

Ale masz świadomość, że o dobrych i szlachetnych ludziach pisze się najtrudniej? 

Niestety to prawda. No i muszę też zawsze pamiętać, że jako biograf piszę o ludziach, którzy przerastali mnie swym talentem i duchowością. Że nigdy nie stanę w pełni na ich wysokości. Ale mogę przynajmniej próbować podskoczyć.

 

Andrzej Franaszek (1971) – krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki Miłosz. Biografia(Kraków, 2011), za którą otrzymał m. in. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich, Nagrodę Nike Czytelników „Gazety Wyborczej”, Nagrodę im. Kazimierza Wyki oraz Nagrodę Ministra Kultury i Edukacji Narodowej. Jest także autorem prac Ciemne źródło. Esej o cierpieniu w twórczości Zbigniewa Herberta(Londyn, 1998; wyd. II: Kraków, 2008) oraz Przepustka z piekła. 44 szkice o literaturze i przygodach duszy(Kraków, 2010), licznych szkiców, a także scenariuszy filmów dokumentalnych. W roku 2018 Wydawnictwo Znak opublikowało dwutomową biografię Zbigniewa Herberta jego autorstwa.

 

Galeria

Autor

Andrzej Saramonowicz – reżyser, scenarzysta, pisarz, dramaturg i dziennikarz. Autor największych polskich hitów komediowych w XXI w. (m.in. „Ciało”, „Testosteron” i „Lejdis”). Jest jednym z najchętniej czytanych i najwyrazistszych niezależnych publicystów w kraju. Jego teatralny „Testosteron” – od wielu lat grany nieustannie w kilkunastu krajach – jest dziś jedną z najpopularniejszych polskich sztuk na świecie. Wydał dwie powieści („Chłopcy” w 2015 i „Pokraj” w 2018), które z miejsca stały się rozchwytywanymi bestsellerami. Członek zarządu Gildii Reżyserów Polskich.

Przeczytaj również

HEART BREAKER

Poprzedni Następny ZDJĘCIA: Wojciech Jachyra MODEL: Max Barczak | |

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama