Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Erico poznałam w Barcelonie. Na kolacji u naszej wspólnej przyjaciółki, zjawiskowej, wenezuelskiej szefowej kuchni. On miał gitarę, ja miałam głos. Więc zaraz po “hola! Que tal?” zaczęła się muzyka. Go with the flow.

I tak skończyło się dopiero w środku nocy, bo w międzyczasie na kolację do Claudii przyszli goście, a my, z przerwą na kęsy pyszności i łyk wina, graliśmy niezmiennie.

To jest właśnie Barcelona nic nie planujesz, wszystko wydarza się samo, w idealnym czasie i przestrzeni.

Barcelona wie kiedy i kogo ze sobą połączyć.

 
Reklama
 
Reklama

Gośćmi na kolacji byli przyjezdni z różnych stron świata. Piękna Pani z Filipin, Amerykańskie – “babes” – ziomalki, para ze Szwecji, mocno spięty mąż i nieco bardziej wyluzowana małżonka.

Rozmawiali, jedli, pili wino i słuchali nas. Naprawdę nas słuchali! Nie z grzeczności. Słuchali z zainteresowaniem i refleksją. Zaśpiewałam swoje polskie piosenki z freestylowym akompaniamentem Erico i one ich poniosły. Język polski nagrodzony został gromkimi brawami i szeregiem pytań o słowa i ich znaczenie.

Tak oto narodził się dwugłowy polsko-brazylijski, muzyczny potwór.

To była piękna noc.

Woody Allen! “Puma, Erico, Barcelona!”, wiesz…

Po kolacji udaliśmy się z Erico w góry.

Tak. Barcelońska magia polega również na tym, że w środku nocy, z buta, przedreptać możesz nad morze lub w góry.

W owych górach, z nieziemsko piękną panoramą na całe miasto, zapaliliśmy śmiesznego papierosa.

Położyliśmy się na ziemi, gapiliśmy w gwiazdy i księżyc całą noc, wdychając wszechświat każdą komórką naszych dusz i ciał.

Woody Allen, wiesz…

O tym, kim jest Erico i z jakiej planety spadł na Barcelońską Gracię, dowiedziałam się dopiero później.

Brazylijska wyspa Ilhabella – wiedzieliście, że taka istnieje? Ja nie.

Pochodzi on z Sao Paulo, ale wychował się na wyspie (tej, o której istnieniu nie miałam pojęcia), jego Papa to jeden z bardziej znanych Brazylijskich gitarzystów, dlatego Erico na gitarze gra od dziecka, sam się nauczył. Jak na geniusza przystało, wiadomo!

Z wyspy swej wyjechał na europejskie poszukiwania inspiracji. Z tobołkiem jednym i gitarą.

 
Reklama

W Barcelonie mieszkał w hipsterskim hostelu – za sprzątanie, gotowanie i zabawianie gości. Fair enough.

I tak sobie szurał ulicami w swoich nieodłącznych klapkach i z nieustającym, astmatycznym katarem.

Zagraliśmy razem tysiąc koncertów, nigdy nie wiedząc co i jak grać będziemy. Po prostu, podążając za sobą i swoim flow.

Cóż to były za piękne czasy. Jak bardzo tęsknię za tą pasją i wolnością.

Erico w końcu wyjechał z Barcelony i zrobił to stylowo!

Zbudował sobie rower. Tak. Nie, nie w przenośni. Dosłownie, własnymi rękami.

I na tym rowerze do Portugalii pojechał…zbierać winogrona.

Poważnie!

Jechał tak wiele dni. Z nieco już mniejszym tobołkiem i gitarą.

Woody Allen, no weź…

 

fot.: Julia Malinowska / Barcelona’ 2019

Reklama