Erudyta z Białego Domu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Amerykański prezydent Donald Trump jest bardzo specyficznie uformowany leksykalnie, jak pewnie większość osobników o cechach związanych z nazwą pewnego kwiecia z rodziny amarylkowatych. I zapewne w związku z nieskrywaną miłością do siebie chętnie używa swego słownika jako magazynka z nabojami wystrzeliwanymi na organizowanych niemal co dnia konferencjach w Białym Domu (oczywiście z zachowaniem odpowiednich 6-feetowych odstępów pomiędzy uczestniczącymi w nich dziennikarzami, ale już nie stojącymi naprzeciw nich oficjelami). Ukułem kilka spostrzeżeń po obserwacji tych prasowych spotkań, co akurat nie jest trudne, bo są one transmitowane na żywo w internecie.

Przełożenie na polski trumpowego języka nie jest wcale proste, choć pozornie – dzięki ewidentnie mało dyplomatycznej jego formie – może się tak wydawać. Polega on bowiem na silnym akcentowaniu emocji i dzięki temu opiera się głównie na określeniach skrajnych. W tym świecie rzeczy są czynione w sposób „piękny”, „wspaniały”, „cudowny” – to w odniesieniu do poczynań aktualnie urzędującej administracji. Są natomiast sprawy „brzydkie”, „paskudne”, „okropne” – to oczywiście te, za które odpowiedzialność ponoszą wszyscy ci, którzy nie pałają największym entuzjazmem do aktualnego lokatora najważniejszego budynku w Ameryce. I nie ma znaczenia, jaki temat aktualnie jest na wokandzie, bo Donald Trump zawsze znajdzie miejsce dla słowa „piękny” i niemal zawsze dla jego przeciwieństwa.

Jednym z powodów tej dość uproszczonej formy komunikacji, jaką stosuje pierwszy obywatel USA, jest z pewnością jego telewizyjne doświadczenie jako sędziego w reality show The Apprentice. Kulminacyjnym momentem każdego z odcinków były wypowiadane przez Trumpa słowa „You’re fired”, oznaczające mało czułe pożegnanie z kolejnym eliminowanym uczestnikiem show. Amerykanom musiało się to spodobać, bo nie dość, że telewizyjny juror-biznesmen zasiadł w Białym Domu, to wcześniej nakręcono aż 15 sezonów i 192 odcinki tegoż programu.

Innym i chyba najważniejszym powodem tej specyficznej erudycyjnej sławy prezydenta Stanów Zjednoczonych jest – okazywana wielokrotnie – bezczelna swoboda w manipulowaniu faktami w zależności od aktualnych potrzeb. Działo się to i dzieje do tej pory w przypadku zarówno relacji międzynarodowych, jak i wewnętrznych spraw Ameryki, gdzie zawołanie „Your’re fired” nie jest już li tylko uciechą dla milionów telewidzów, ale ma jeszcze dodatkowe konsekwencje polityczne. To zresztą było do przewidzenia jeszcze w czasie kampanii z 2016 roku, kiedy to Trump na spotkaniach z wyborcami wychwalał swoje najwyższe z możliwych wykształcenie i obwieszczał, że zna wiele pięknych słów. Tak jakby ktoś w ogóle miał w to wątpić.

 
Reklama
 
Reklama

W czasie pandemii koronawirusa mogłoby się wydawać, że amerykański prezydent trochę jednak spuści z tonu, koncentrując się na skutecznym wspieraniu poszczególnych stanów przez rząd federalny, na którego czele sam stoi. Nic bardziej mylnego. Na jednej z ostatnich konferencji rugał już nie tylko dziennikarzy, których stacje uznał już dawno za głównych wrogów, ale także przedstawicieli mediów nie kryjących się z ostentacyjnym popieraniem jego poczynań. Zastanawiające jest tylko to, że ta kolejna odsłona znanej powszechnie przypowieści o szatach cesarza dzieje się w kraju będącym żywą reklamą zachodnich demokracji, a nie w Korei Północnej, bo tam wiadomo, co się stanie jak nie podoba ci się umiłowany przywódca. Ameryka najwyraźniej dość powoli dojrzewa do obywatelskiego powiedzenia blondwłosemu dżentelmenowi jego własnej frazy: „You’re fired”.

Reklama