Ludzie pomniki

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jednym z naszych ulubionych  sportów narodowych  jest stawianie pomników. Żywym i martwym, zasłużonym mniej lub bardziej, o różnym statusie. Żeby jednak tylko tych kamiennych! My  bardziej kochamy te mentalne! Potrzebujemy herosa, bożka, którego będziemy czcić, całować po paznokciach u nóg. Mamy kompleks słowiańsko-amerykański! Chcemy żyć jak Amerykanie, mieć swojego Spidermana, Brada Pitta, Reagana, a mimo to ciągle tkwimy we wschodniej porywczości i poczuciu bycia narodem klasy b. To nasze męstwo ubrane w patetyczne symbole długo było piękną zasłoną do ukrycia różnych lęków. Taki stan rzeczy sprzyja tworzeniu ludzi nie do ruszenia. Świętych krów przecież nie wolno krytykować, bo inaczej oskarżą człowieka o herezję. I nie chodzi tu o hejt dla sportu, ale o konstruktywną krytykę. Na szczęście Polacy coraz częściej wietrzą kapelusze, ucząc się dystansu do historii, autorytetów i codzienności. Każde pojęcie jest bowiem z natury subiektywne, bo to my mu nadajemy rangę. Warto szanować dorobek przeszłości i jego twórców, ale to wieczne porównywanie się, a co za tym idzie, stawianie się od razu w gorszej pozycji od człowieka lepiej doświadczonego, to błąd. Kluczowa jest tu postawa zerowa – kiedy utwór zmienia swoją pozycję na liście przebojów, głosy na tak oraz na nie się zerują, zaczyna się nowe rozdanie. Pojawia się nowy artysta, konkuruje ze starym, ale na tych samych zasadach, bez faworyzowania żadnej ze stron. Podobnie jak wtedy, gdy chcesz zmienić swoje życie z jakiegoś powodu – zaczynasz wszystko z czystą kartą. Musisz zneutralizować wpływ swoich dotychczasowych doświadczeń na teraźniejszość, by nie zwariować. 

Jak fajnie byłoby, gdybyśmy przestali żyć przeszłością, dzielić na pokolenia i podcinać skrzydła młodym, wmawiając im,  że nigdy nie będą wystarczająco dobrzy w swoich dziedzinach. Dajmy im po prostu robić swoje. Inaczej będziemy mieli pokolenie wojujących ze sobą wyrobników. 

Reklama

Reklama