Lekcja, jaką dał nam koronawirus

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

To nie jest tak, że wybuch pandemii oraz piętrzące się krzywe chorych i zgonów to znak od naszej planety, gwiazd czy Boga. To sytuacja, która musiała się wydarzyć, a jest to znak od nas do nas samych. Jeśli ktoś może chcieć stawiać komuś zarzuty, powinien stanąć przed lustrem i wyrzucić je do siebie. Każdy z nas przyczynił się do tego, że nasza cywilizacja wygląda tak, jak teraz. Prostymi sposobami, zaniedbaniami i zachłannością.

Każdemu zależało na tym, żeby w sieci i mediach społecznościowych się wyróżniać. Zwracać na siebie uwagę. Pokazywać co to się ma i w jakich ilościach. Co się je i gdzie. Wszyscy chcieliśmy garściami czerpać i chomikować nieznaczące nic statystyki dla siebie. Wzorować się na internetowych bohaterach, których obserwujemy.

Nagle okazało się, że naszymi bohaterami są jednak panie siedzące na kasie w Biedronce i Lidlu, na które jeszcze do niedawna kurwiliśmy, że wredne i niemiłe, a teraz, chcąc nie chcąc, ryzykują dla nas swoje zdrowie. Naszymi bohaterami są też na przykład panowie przyjeżdżający wyrzucić śmieci z naszego bloku, ci, którzy podobno tak bardzo śmierdzą i wykonują zawód poniżej ludzkiej godności. Bohaterami są też lekarze, którzy zarabiają wyjątkowo śmieszne pieniądze w porównaniu z tym, ile dostają niektóre osoby za nierobienie w zasadzie nic.

Od razu mówię – sam jestem winny. Powielałem bezsensowne trendy. Dawałem się złapać reklamom i pozwalałem sobie wmówić, że potrzebuję przedmiotu X, bo tak mówi jakiś facet na Instagramie, którego obserwuję. Trendy się zmieniały, a ja, żeby nie odstawać, chciałem sobie kupić n-tą kurtkę, która gdzieś tam kurzy się w mojej szafie. Kapitalizm działał. I działać pewnie będzie, aczkolwiek po tygodniu przymusowej kwarantanny Stany Zjednoczone już wpadły w prawdopodobnie większy kryzys niż 12 lat temu, masa firm grozi upadkiem i nagle się okaże, że kilkadziesiąt procent społeczeństwa straci pracę. 

 
Reklama
 
Reklama

Każdy ma teraz dosyć związanego z kapitalizmem konsumpcjonizmu. Każdy produkuje się, że marzy o normalności, o „starych dobrych czasach, gdy można było wychodzić”. Przypomnieliśmy sobie o tym, że istnieje coś takiego jak spacer i spędzanie czasu z przyjaciółmi. Zabroniono nam wyjść ze strefy komfortu, którą jest nasz dom, a teraz opowiadamy o tym, jak bardzo tego domu mamy dosyć. Zapewne, jak to wszystko się kiedyś skończy, przez tydzień wszyscy szturmem wybiorą się do parków i lasów na spacery. I od razu wpadniemy w pułapkę, która nas doprowadziła do obecnej sytuacji. Bo pierwsze, co zrobimy po wyjściu na dwór, to wyciągniemy telefon, by pochwalić się w sieci, że wyszliśmy z domu. I znów będziemy patrzeć na świat nie własnymi oczami, lecz w pierwszej kolejności telefonem.

Zastanówmy się, czym jest świat, który zostawiliśmy trzy tygodnie temu, nim zakopaliśmy się w naszych domach z toną jedzenia i papieru toaletowego. Zastanówmy się, czy nie lepiej spróbować zbudować coś lepszego. Zastanówmy się, czy owe kasjerki i śmieciarze nie są naszymi prawdziwymi bohaterami, do których powinniśmy mieć więcej szacunku, niż internetowe gwiazdy, które sławy i pieniędzy dorobiły się na odstawianiu głupot, a swoje majątki pomnożyły przy pomocy okładania się po mordach w telewizyjnym oktagonie.

Niech to będzie czas, w którym przemyślimy sens i ilość minut, które spędzaliśmy na wpatrywaniu się w ekrany naszych telefonów i oglądanie co kto jadł na podwieczorek albo ile wydał na buty, które za rok wyjdą z mody. Spójrzmy na nasze szafy i zastanówmy się, czy potrzebujemy tylu ubrań? Czy musiały być tak drogie? Czy musieliśmy mieć wszystko w takich ilościach tylko dlatego, że mogliśmy, a i tak nic z tym nie robimy?

Pewna mądra osoba, której zdanie bardzo szanuję, miała niestety rację. Największym prima aprillisowym żartem byliśmy my sami. Z tym Was zostawiam. No i życzę Wam też zdrowia.

 
Reklama

Reklama