Get the London look

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

London, zone sixth

Dzwoni telefon. To Andrzej, jest biznesmenem z Polski, który trudni się wynajmem mieszkań. Pół godziny później spotykamy się,, aby obejrzeć pokój. 

Reklama
Advertisement

Okolica spokojna, park, tani sklep. Dla mnie, świeżego Londyńczyka wszystko jeszcze ładne, inne i ciekawe. Furtka, białe drzwi, dziura na listy, kawałek trawy, wchodzimy. To spokojna okolica – mówi, blisko do przystanku. Gdzie pracujesz? Fotografuję – dziwnie spojrzał.

Wchodzimy. Sień, dziwny zapach, mnóstwo butów na podłodze. Ładniej było na zewnątrz, źle się tutaj czuję. Ten pokój zwalnia się pojutrze, możesz go mieć. A ten? Tutaj mieszka paru chłopaków, otwieram drzwi.

Angielski wysłużony i skąpany w piwie dywan, rząd chłopów siedzących obok siebie opartych o ścianę, wygięte materace, mebli brak, kanapki z Tesco. Zmęczone spojrzenia patrzą na mnie. Dłonie trzymające puszki piwa są opuchnięte. Pracownicy sektora budowlanego. W kiblu spotykam tylko pająka.

Do kiedy dasz znać? – pyta. Kolejny chętny będzie za pół godziny, muszę wiedzieć czy ci rezerwować ten pokój.

I tak każdego dnia, zmieniają się tylko twarze i ilość cuchnącego piwa na podłodze. Polscy biznesmeni podobni, te same ubrania, ten sam styl rozmowy i zapewnienia, że blisko na przystanek.

Trafiam w końcu na czysty dywan. Dziewięciu lokatorów, każdy z innej części Polski, każdy z inną historią, zwyczaj trudną. Pieniądze, długi i kobiety. Przegrani z tych pól bitewnych lądowali w strefie numer sześć, największego miasta The Great Britain.

Zaliczka plus funty za pierwszy tydzień i portfel już chudszy. Brak pościeli i poduszki. 

Życie to niespodzianka, domowe ciepło to wspomnienie, które boli kiedy kładę się spać.

Łapię robotę, pierwszą lepszą, taką na początek, a potem zmienię na coś lepszego w lepszej dzielnicy.

5:15, pobudka. Bilet do strefy trzy. 

Tam jest spotkanie o 6 rano. Okolica jak z filmu gangsterskiego. Dźwięki miasta, klaksony samochodów, wysokie budynki, wąskie uliczki, z których wylatuje para. Tłumy ludzi pędzą z kubkami kawy „take away“, taki rześki poranek. Wchodzę w jedną z uliczek. Zbierają się chłopaki, są trzy vany. Oglądam się jeszcze za ludźmi, którzy biegną z kawą w garniturach.

Pojawia się więcej facetów. Nikt kawy nie pije, mają za to spojrzenia wyzute z emocji. Trudno coś wyczytać z tych oczu. Czuję stres, to nie moje środowisko. Sportowe buty, ubrania Everlast, GAP, jakby wszyscy trafili tego samego dnia na wyprzedaże tych samych marek.

Ej nowy! Od dziś jesteś Paczryk – chyba jakiś brygadzista do mnie woła. 

Mamy na robocie pseudonimy i tym się tutaj posługujemy.

Jeździsz dziś z Siwym.

Nie chcę być Paczrykiem, kurwa.

Wskakuje na pakę wcześniej, jakaś łapa ląduje na moim barku.

Przejebane, nie daj się zajechać, Siwy będzie chciał cię przegonić.

Miękną mi nogi, ale nie pokazuję tego. Po drodze próbuję podpisać jakieś dokumenty, skaczę jednak po całym vanie. W środku tylko palety, foteli brak.

Po trzech tygodniach dostaniesz wypłatę, za pierwszy tydzień, a potem ci nadpłacimy jak zostaniesz na dłużej. Pasuje?

Co 15 minut wyskakuje z wozu dwójka ludzi. Ja dojeżdżam do końca z moim partnerem od roboty.

Bierz torbę i gazety!

Torba zgina mnie w pół. Chłop się śmieje, zapalając papierosa. Przed nami bloki, wysokie pewnie z milionem schodów.

Wchodzimy w klatkę.

Nie obchodzi mnie to czy zaczynasz od dołu czy od góry, masz się spieszyć co bym za Ciebie nie musiał robić.

2 godziny później jestem w połowie drogi. Moje kolana zdziwione bardziej niż ja ilością schodów.

Najgorsze są skrzynki na listy umieszczone na dole drzwi.

Wtedy trzeba się schylać z cała torbą i wkładać. Gazeta nie może wystawać, ma wpaść do środka. Niektórzy potrafią zadzwonić ze skargą odnośnie źle włożonej lub braku gazety. Wtedy kara finansowa, więc staram się wkładać ten papier jak należy. 

Koszmarem są psy. Potrafią wpierdolić palec przez taką dziurę. Najstarsze bloki to także wszelka patologia. Baby z wałkami, cyckami na wierzchu i petami. Łatwo dostać wpierdol, wdać się w przepychankę. Ludzie nie lubią tych, co roznoszą ulotki. W takich miejscach brak zaufania jednego do drugiego.

Przed końcem roboty, kiedy mam już ponad dwadzieścia kilometrów w nogach, z resztką gazet na plecach, Siwy podjeżdża swoim vanem, otwiera okno i mówi – Paczryk, ale to trzeba szybciej zapierdalać!

Po robocie, jak jestem blisko, wpadam do strefy jeden, popatrzeć jak inni piją piwo w cenie godziny latania z gazetami. Wracając po 17 widzę wagony pełne ludzi, dobrze ubranych, garnitury, krawaty, czytają gazety, pełni życia mimo, że są po pracy.

Ten widok utrzymuje się jeszcze do dwójki. 

W strefie numer trzy zostają jeszcze jakieś garnitury, ale np. z dziurawymi lub źle dobranymi skarpetkami. Nie czytają też gazet. 

Dalej strefa cztery. To już siedzący jak ja i wpatrujący się w jeden punkt. Na ich twarzach widzę zmęczenie i brak nadziei. Jakby pogodzeni z losem, że już zawsze o tej porze, tym samym pociągiem, wymęczeni będą musieli wracać do swoich domów.

Jadę dalej, obserwuję w piątce lub szóstce jeszcze twarze nowych. Z nadziejami. Dużo się rozglądają, szukają znajomości. Każdy z nadzieją na zarobek i lepsze życie. Wszyscy są gotowi poświęcić wiele dla miasta. Z początku jest wiele sił, potem Londyn zaciska pasa. Trudniej o marzenia. 

Pracujesz, a miasto wysysa cię. Ci, którzy nie ruszą szybko do jedynki, utoną gdzieś niżej. Na ich miejsce przyjdą nowi marzyciele. Mało który z nich wysiądzie w jedynce i zostanie.

Reklama