Zaraza – część druga. Co to było z tą walizką?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Właściwie nie wiem sama jak to nazwać, bo znów tylko brzydkie wyrazy przychodzą mi do głowy, a znam ich w końcu wiele, ba! ja je kolekcjonuję i używać staram się finezyjnie i z przytupem.

Moi przyjaciele z różnych stron świata nigdy tego nie zrozumieją. 

Reklama
Advertisement

Nie załapią, jak na splątanie i nocne rozkminki pomaga celnie wymierzone “no i chuj, ja pierdolę!”

Próbowałam im to wszystko jakoś wytłumaczyć, ale, no nie da się.

Nie da i chuj!

Ale ja nie o tym.

Ja o walizce i wściekłej, sfrustrowanej blondynce na Londyńskim lotnisku opowiedzieć chciałam.

Siedzę w samolocie. Lecę do Frankfurtu i nie mam nic.

Poważnie! Nic! Zero! Nada!

Z moją podręczną walizką, która, jako taka właśnie, podróżuje ze mną już wiele lat, podaję pani blondynce mój paszport i boarding pass przy wejściu do samolotu. Ona mi na to, że z tą walizką, to ja nigdzie nie polecę i jak chcę z nią polecieć, to muszę dopłacić ekstra 25 funtów.

Mówię jej na to, że przepraszam, że nie wiedziałam, bo, żeby dostać się do Warszawy w czasach zarazy, kupiłam pięć biletów na loty, które zostały odwołane i będąc w wielkim stresie nie wczytywałam się już zbytnio w to, co małym druczkiem i zawsze z tą walizką podróżuję, więc nie przyszło mi do głowy, że tym razem owa walizka stać się może kością niezgody.

Długi wywód to był, ale pełen dobrej energii i szczerego zaangażowania.

Blondyna na to, że moja prywatna tragedia kompletnie jej nie interesuje i wyskakiwać mam natychmiast albo z kasy, albo z walizki.

Mówię, nadal swym turbo grzecznym Zen – tonem, że niestety nie mam teraz przy sobie pieniędzy, bo wydałam wszystko na te bilety, co jej ta historia nie interesuje i z radością zapłacę za walizkę na lotnisku po wylądowaniu, gdy będę miała chwilę na ogarnięcie pieniędzy ze źródła innego, zwanego dalej portfelem mojego Brata.

Ona mi na to: nie!

Ja jej na to, już z Zen nieco przybladłym, że to przecież wyjątkowa jest sytuacja, bo świat zaraza podgryza, a ja z godziny na godziny musiałam swoje Londyńskie życie porzucić, bo Mama na mnie w Warszawie czeka i trochę empatii jeszcze nikogo nie zabiło, a widzę przecież, że samolot pusty leci i ta moja jedna, mała walizka chyba nikomu specjalnie nie zaszkodzi. Przecież zapłacę za nią – chociaż oczywiście wolałabym nie – ale już trudno.

I patrzę na nią tymi oczami kota ze Shreka i z jej przezroczystej twarzy bez wyrazu wydobyć próbuję choć cień pozytywnej emocji, ale ona na to, cóż, sami wiecie co.

W tym samym czasie, od 10 minut samolot jest już gotowy do odlotu i od startu dzieli go tylko moja stara, wierna walizka zapakowana skarbami typu szczoteczka do zębów, gacie i skarpetki.

Nie chcę już przedłużać tego absurdu, więc mówię, mojej nowej serdecznej przyjaciółce, że ok, że ja zostawię tę walizkę i polecę bez niej i co mam zrobić, żeby ją potem odzyskać. 

Ona mi na to, że nic nie mogę zrobić, bo oni tę walizkę oddadzą do zniszczenia.

No to tutaj już moje Zen błysnęło z lekka kłem agresji. Proszę więc o zawołanie managera.

Ona, że nie.

Proszę, żeby podała mi swoje imię i nazwisko.

Ona mi na to, że to nie jest mój interes jak ona się nazywa i że zamyka boarding i ja nie lecę!

I zastawia mi wejście do korytarza i zabiera paszport.

Wyjmuję więc telefon, żeby nagrać to, co się właśnie wydarza, a ona rusza na mnie, odpycha mnie i usiłuje wyrwać mi z ręki telefon.

Cofam się, bo nie będę się przecież tłukła z wariatką na lotnisku, bo mnie zamkną i klops z przez wirusem ucieczki.

Stoję więc tam i czuję, że zaraz wybuchnę płaczem. Czuję się bezradna, zmęczona, zrozpaczona, mam ochotę zwinąć się w kłębek i płakać. Nic więcej.

Szczęśliwie pojawił się inny pracownik tych samych linii lotniczych i po jego interwencji zostałam łaskawie wpuszczona do samolotu. Bilet kosztował 800 złotych, jak widać – zawierał specjalne atrakcje.

Weszłam do samolotu z zielonym licem i drżeniem, już nie tylko serca, ale i rąk. 

I to przecież nie chodzi o te 25 funtów za walizkę i o te gacie, co w niej zostały.

Tu chodzi o empatię. O bycie ludzkim, o energię, którą wysyła się do świata.

To mnie trzęsie, że w czasach, kiedy wszyscy tracą wszystko i życie staje na głowie jak spryciarz akrobata, ludzie nadal tryskają bezinteresowną agresją wymierzoną w drugiego człowieka.

Siedzę w samolocie przy oknie, unoszę się ponad chmurami, jakie to wszystko małe i banalne wydaje się być z tej perspektywy, ale ja…ja w tę ludzkość nadal, naiwnie może, ale wierzę.

Mam rację?

Prześpię się teraz, bo jeszcze długa droga przede mną.

Reklama