To nie jest kraj dla aniołów – recenzja filmu „Anioł”

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Zło jest jak baśniowe stwory. Znienacka wyłazi z zakamarków i atakuje niewinne istoty, burząc otaczający je spokój. I choć próbujemy wytłumaczyć logicznie jego pojawienie się, to finalnie po prostu akceptujemy jego obecność bez dodatkowego wytłumaczenia. Luis Ortega na szczęście nie jest jednym z tych gości, którzy uważają, że zło rodzi się w człowieku bez przyczyny. I to właśnie dzięki reżyserskiej dociekliwości biografia seryjnego mordercy, Carlosa Eduardo Pucha, nie zostaje sprowadzona do bezrefleksyjnej filmowej wizji lokalnej z miejsca zbrodni. Ortega wchodzi w psychologię mordercy znacznie głębiej.

Filmowy Carlitos (Lorenzo Ferro) to człowiek oksymoron, uosabia jednocześnie cechy największych zwyroli w historii kina, jak i naszych ulubionych bohaterów z teen drama. Spróbujcie sobie tylko wyobrazić mieszankę osobowości Antona Chighura i postaci Ashtona Kutchera z „Różowych lat 70.”. Jakby tego było mało, Carlitos jest pełnokrwistym hipisem, nosi oldschoolowe dzwony, słucha argentyńskiego rock’n’rolla i nie wierzy absolutnie nikomu po trzydziestce. Właściwie nie wierzy nikomu. Staje w opozycji do wszystkiego i wszystkich. Jest niczym maleńkie oczko w iglicy, przez które nie sposób przetkać nić. Nie jest to jednak ułomność niechciana – wręcz przeciwnie! – bohaterowi nie zależy na harmonii między nim a światem. Wyzywa go na otwartą wojnę.

Wyznając wiarę w równość oraz wspólnotowość przestrzeni i rzeczy, Carlitos grabi rezydencje mieszkańców miasta. Jeśli jednak wyobraziliście sobie teraz ubogiego chłopca z blokowisk, dla którego łobuzerka jest jedyną możliwością na przetrwanie, to szybko musicie wyrzucić ten obraz z głowy.

Główny bohater traktuje włamania niczym dziedzinę sztuki, w której nie chodzi o liczenie zysków, lecz czerpanie przyjemności z doznawanych emocji. Nastolatek nie wyjeżdża z rabowanych mieszkań kabrioletem z workiem złota na tylnym siedzeniu. Wybiera przedmioty, które ma kaprys przywłaszczyć, tak jak płyta Billy’ego Bonda (argentyński muzyk rockowy) czy stary motocykl.

Bogate apartamenty kontrastują z przestrzeniami ciasnych mieszkań bohaterów, wyposażonych w meblościanki ze sklejki i kiczowate tapety, pokrywające ściany. Ukazuje to różnice klasowe pogłębione przez kryzys gospodarczy, który dopadł Argentynę w latach 70. Szubrawstwo jest więc dla Carlitosa czymś w rodzaju fantazji, w ramach której może realizować ideę wolności i równości, zaś zdobyte łupy mają być emblematem jego walki przeciwko społecznemu wykluczeniu klas niższych.

Wraz z poznaniem Ramóna (Chino Darín) – rówieśnika, który dryg do chuligaństwa odziedziczył po ojcu – niewinne wybryki chłopca zamieniają się w bezwzględny bandytyzm. Współpracę ze swoim nowym kamratem rozpoczyna od spektakularnego włamu na sklep z bronią. Od tej pory spust rewolweru zostanie pociągnięty przez pozornie wątłe palce Carlitosa wielokrotnie.

Nie jest on jednak specjalistą od wyrachowanych i dobrze zaplanowanych morderstw. Główny bohater często zabija bez powodu, jakby chcąc urozmaicić swoje napady. Jest w nim coś, co moglibyśmy nazwać, wynikającą z poczucia tymczasowości i przemijalności ziemskiego bytu, lekkością życia. Ale nie lekkością w rozumieniu Kunderowskej beztroski, lecz ponurej nieistotności ludzkiego losu. Trudno jednak dziwić się chłopcu dorastającemu w atmosferze narodowej anarchii, w której obie strony konfliktu gotowe są mordować w imię idei. Kiedy matka pyta Carlitosa: „czy uważa, że normalny człowiek mógłby dopuścić się zbrodni, których popełnił”, chłopiec z pełnym przekonaniem odpowiada twierdząco. Rozlew krwi jako metoda rozwiązywania konfliktów został wpisany w koegzystencje jego generacji.

Podobnie jak Lyncha czy Kubricka, Ortegę zajmuje jednak poszukiwanie źródła rodzącego się w bohaterze zła. Carlitos walczy przeciwko różnicom klasowym, ale dotyczy go także inny rodzaj wykluczenia. Przez cały czas trwania filmu w powietrzu unosi się seksualne napięcie, związane z powstrzymywanym przez niego uczuciem do Ramóna. I o ile Carlitos spogląda na świat z przymrużeniem oka, to kiedy w grę wchodzą prawdziwe emocje, nie potrafi potraktować ich z podobnym dystansem. Szczególnie kiedy opresyjna i homofobiczna społeczność wyraźnie akcentuje swoją nienawiść wobec inności.

„Anioł” jest niczym latynoska wersja Thelmy i Louis. Bohaterowie wyrażają stanowczy sprzeciw wobec rzeczywistości i uzurpują sobie prawo do decydowania o swoim losie. W świecie zakazów i nakazów walczą o wolność, nawet jeśli jedynym sposobem jej osiągnięcia miałby być skok w przepaść niczym w finale filmu Ridleya Scotta. I zdaje się, że w tej refleksji Ortega zawiera swoją najważniejszą tezę na temat zła, sugerując, abyśmy jego źródeł doszukiwali się nie w jednostkach, lecz otaczających ich systemach politycznych i społecznych regułach…

Przeczytaj również

Walentynki

Kolokwialnie mówiąc, miłość powinna być jak dobry monopolowy: siedem dni

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter

Reklama