Joachim Lamża: Robota dla zawodowców

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Warszawiak, który do pracy w filmie czy serialach przyjeżdża z Trójmiasta? 

Los mi pomógł i jestem z tego powodu szczęśliwy. Związałem się z Trójmiastem rodzinnie, bo moja żona pochodzi z Gdyni. Ja sam spędzałem tam dzieciństwo, siostra mojej matki wyszła za kapitana żeglugi i ja jeździłem do nich na wakacje jako dzieciak, jeszcze w latach 50-tych. Przeniosłem się tam kilkanaście lat temu, dzieci które mi się urodziły w Warszawie zabrałem z betonu, bo miałem tam nad rzeczką trawnik i tak zostało. Akurat byłem wolnym strzelcem w teatrze, mogłem się przeprowadzić. Muszę jeździć do pracy, ale nie narzekam, bo dzięki temu dystans mam duży do tego co się dzieje w kraju, z perspektywy Gdyni nie trzeba się tak angażować. Założyliśmy z żoną fundację kultury Liberty, od 16 lat robimy festiwal kultur świata między Gdynią a Sopotem, w pięknym plenerze. Wracam do Warszawy tylko jeśli coś mnie zawodowo naprawdę zainteresuje. Jak ten serial „Kod genetyczny”. Praca przy nim to była przyjemność.

Przysyłają panu scenariusz? Dzwonią?

Dzwonią, widocznie jeszcze jestem częścią tego świata. Cieszę się, że dzwonią, jak się nadarza okazja, a tym razem się nadarzyła dobra, scenariusz był fajny. Wyjątkowa historia, a dla mnie rola dziadka, policjanta, bo tak jak widać po moim fizis i moich poprzednich rolach, czułem się zamknięty na tej półce czarnych charakterów, począwszy już od tych Niemców, których grałem za komuny. Juliuszowi Machulskiemu, który chciał mnie zatrudnić w Vabanku powiedziałem „mam już dość, nie będę Niemcem”. Zaszantażowałem go, że jeżeli będzie scena, w której powiem w kinie na głos, że ostatni raz gram Niemca, to się zgodzę grać u niego. I Machulski na to przystał. Po akcji nocnej w Vabanku jest moja scena, bo ja ją wymyśliłem, jak zrzucam ten mundur i mówię „ostatni raz robię za Niemca, nie zrobicie ze mnie szuflady”. Chciałem uciec od tego wizerunku. Znudził mi się. Najprościej grać na czarno, ale to nie jest ciekawe. Jak cherubinek zrobi komuś na ekranie krzywdę to wszyscy są zaskoczeni, a kino na tym polega, żeby nie było nudy. 

W Kodzie genetycznym nie ma nudy? 

Reklama
Advertisement

To jest rola nie wprost. Jest policjant, który siedział 3 lata, ale za co? Nie wiemy na początku. Problemem jest za co, ze szlachetnych pobudek siedział w więzieniu plus do tego przeszłość rodzinna i konflikt, utrata córki, zięć, który wychowuje sam wnuka, nie panuje nad tym. Mój bohater męczy się w tej sytuacji, chciałby być sam prawie ojcem, nie może. Skomplikowana jest też postać chłopaka, wnuka, jest podwójność roli, która jest ciekawa, nie jest szablonowa, nie jest tylko czarna, ale właśnie kolorowa, chociaż traumatyczne rzeczy towarzyszyły temu życiorysowi. Jak się coś czyta z zainteresowaniem, 8 odcinków, jest trochę tego papieru, a jak dostaję coś to czytam od samego początku do końca, bo chcę być widzem i jeżeli się nie wynudzę jako widz to już jest dobrze, do tego dodaję co kto może pomyśleć i wtedy jest szansa na fajne, ludzkie kino. 

A to jest bardziej kryminał? Czy bardziej film o relacjach? 

Jedno i z drugim powiązane, konglomerat fajny dla widza, zagadka zawsze jest ciekawa.

Jak się pracuje z aktorami nowego pokolenia? Bo mówi się, że to pokolenie najmłodsze traktuje pracę w sposób dosyć frasobliwy. 

Jak w ’74 roku przyszedłem do Teatru Polskiego to 700 razy się kłaniałem wszystkim naokoło, a i tak wyszedłem na totalnego ignoranta, że się w ogóle nie kłaniam. Dzisiejsze pokolenie też mi się nie kłania, ale każde pokolenie ma swój czas i swój rytm, ten rytm w tej chwili jest zabójczy rzeczywiście, jest walka i szybkość, informatyka, media, przekaz informacji, który jest piorunujący w stosunku do tamtych czasów, już nie mówię o komunie, o tym, że byliśmy zamknięci za żelazną kurtyną. 

Jak długo kręciliście w tamtym czasie odcinek? 

Na pewno wolniej się pracowało. Taśma filmowa była droga i na metry się liczyło, bardziej się liczyła taśma niż aktor, jeśli chodzi o cennik. Więc celebrowało się ten etap przygotowania, co pozwalało rzeczywiście na efekt często artystycznie ciekawszy przez to, że czas był i większe przyłożenie, bo taśmy nie można zmarnować. Ale i w życiu nie było tej szybkości też, powolnie się kręciło seriale, miesiącami, dzisiaj mamy 8 odcinków i to kręcone jest w ciągu dwóch miesięcy.

Czyli wszystko się dzieje jesienią.

Jak trzeba zrobić zimę naftalinę się rzuca i w maju może być śnieg. Sam jeździłem w Kochanku wielkiej niedźwiedzicy saniami po asfalcie i wjeżdżałem na podwórko śmierdzącej naftaliny, bo było opóźnienie zdjęciowe. Dzisiaj tak nie ma, dzisiaj jest szybko, pieniądz swoje rzeczy wymusza na kręceniu, każda scena jest precyzyjnie określona w scenariuszu, wszystko jest dokładnie napisane w godzinach takich i takich, musi się to zmieścić, bo za tym stoją pieniądze, to normalne.

Produkcja się bardzo wyspecjalizowała. A jak jest z aktorstwem? 

Robiąc jakąś scenę w teatrze mam na to dwa miesiące, w serialu czasami mam 10 minut. Rozmawiamy z reżyserem co i jak, a potem gramy szybkie 4 duble i schodzimy, i ma być zagrane na 100 proc. To jest dużo trudniejsze, i nie jest psychicznie przyjemne. To jest naprawdę robota dla zawodowców. Mimo jakiegoś zawodowstwa, które mam i lat w aktorstwie, nie jest to przyjemne przychodzić tak na plan, mało tego, czyta się scenariusz, czyta się scenę, którą ma się zagrać, wyobraźnia tańczy, bo chce się człowiek przygotować i tu popełnia się właśnie błąd. Jak się przygotujesz na 100% to później jesteś zszokowany, bo się wszystko rozleciało, raz że dekoracje, sceny, próby z aktorem, poprawki scenariusza. To jest to, że w teatrze to, co jest wypracowane, tu musi być przygotowane w ułamku sekundy i samo poczucie psychiczne nie jest takie dobre, denerwuję się przy pierwszym podejściu do zbudowania sceny, bo mniej więcej wiem, pewne prawidła są, ale jednak przegadać coś, tekst, przede wszystkim tekst omówić – to jest skomplikowane. Przyjeżdżamy, spotykamy się na scenie, przed kamerą, na kilkadziesiąt minut i nie ma prób wcześniej, nie wiem z kim będę rozmawiał, jaki to jest facet. Czasami się znamy, ale wielokrotnie nie znamy i ja nie wiem co wyjdzie z naszego zderzenia. I ten tekst jeszcze w głowie siedzi, musi być lekkość, w kinie musi być lekko, widz nie może widzieć wysiłku.

Reklama
Advertisement

Ale może ten wysiłek aktora bierze za wysiłek postaci, skoro to jest film o dużych napięciach emocjonalnych?

Nie mieszajmy. Zawodowstwo to jest zawodowstwo, to ma być zrobione, a nie że coś zrządził przypadek. Przypadkiem to naturszczyk może zrobić, ale jeśli to ma być zawodowe to musimy to przemyśleć, a jednocześnie na końcu musimy to zagrać lekką ręką, tylko ta lekkość skądś musi się wziąć. Ja też muszę mieć lekkość, żeby to zagrać lekko i udawać, że jest luz, a co w środku? Jak to jest nieprzygotowane, mamy 10 minut, podwójna gra.

Ma pan swoja ulubioną scenę w swoim dorobku?

Errata z Heniem Dederką, Errata czyli sceny pokutne w małych osiedlach. Tak to się nazywało, to była fantastyczna sprawa w tamtych latach, niedoceniona bardzo. Taki kameralny film, dużo improwizacji, co bardzo lubię, bo daje mi wolność i poczucie, że mogę sobie dryfować w temacie, który gramy. Strasznie żałuję Kochanka wielkiej niedźwiedzicy, niestety powstawał w czasie przełomów politycznych i scenariusz był zatwierdzony jeszcze w stanie wolności, Solidarności, kiedy Sergiusz Piasecki zaistniał wreszcie w literaturze i można go było kupić na łóżkach polowych na dworcu centralnym. A na planie zdjęciowym jak już kręciliśmy to nie mogłem się doprosić oryginału i musiałem z biblioteki wyciągnąć. Na planie z Januszem Gajosem zażądaliśmy książki Sergiusza Piaseckiego. Żałuję tego filmu, bo kręciliśmy już w stanie wojennym, w kryzysie. A to wspaniała literatura,. Kiedy siedziałem w Londynie, wszystko jego przeczytałem i jestem jego totalnym fanem, to niebywała postać i tak mi żal, że nie istnieje w świadomości widzów. 

Może Hollywood po to sięgnie? Sięgnął po Wiedźmina.

To jest tak specyficzna historia, to jest sprawa ducha. Z tym Piaseckim w ogóle jest problem, bo sami na planie się z tym borykaliśmy jak oddać ducha, nie samą bijatykę, czyli te całe pogranicze rosyjsko-polskie i przemyt, żeby to nie było tylko o heroinie, o spirytusie przewożonym i walką pograniczną, tylko chodziło o chęć życia, ale to był cały Piasecki, strasznie trudno to oddać. W dodatku, przy okrojeniu scenariusza, cenzury po prostu, gdzie była scena przenoszenia tytoniu na granicy to ta granica była zrobiona na Węgrzech. Żal tego, to moja ulubiona postać jeśli chodzi o taką plastykę.

Festiwal który przygotowujecie z żoną też jest trochę pograniczny czy może ponad graniczny.

Festival Globaltica przez te kilkanaście lat wypracował sobie publiczność, która już nie przychodzi na wielkie nazwiska, ale na cały festiwal. Na początku, żeby przyciągnąć widzów był Bregovic z chórem 40-osobowym, były inne wielkie nazwiska i na te nazwiska przychodzili, jednak zrezygnowaliśmy z tej drogi i postawiliśmy na różnorodność, bogactwo zespołów, które chcieliśmy pokazać, różne barwy świata, większe, poza głównym nurtem, wciąż żywą etniczną muzykę i się udało. Teraz rzadko ludzie wiedzą kto kim jest, jaką muzykę usłyszą, a jednak tłum przychodzi, wiedzą że przychodzą na dobrą muzykę etniczną i świetną zabawę. Ludzie przychodzą dla atmosfery. Wiadomo, jak zrobi się festiwal, zaczyna się od wielkich nazwisk, ale to jest w Globaltice fantastyczne, że ktoś z drugiego końca świata, kompletnie nie znany, grający na dziwnym, egzotycznym instrumencie może wzruszać, a język nie ma tu żadnego znaczenia. To jest efekt budowania przez lata wielu osób i  przy współpracy miasta Gdyni i Wojciecha Szczurka, bez tego ten niekomercyjny festiwal nie mógłby istnieć. 

Ale 16 lat to też już marka.

Tak, powoli dzieje się coś bardzo sympatycznego i muszę przyznać, że atmosfera jest wyjątkowa, przychodzą ludzie i jest tam przedziwnie, bo jest jedzenie, są dobre wina, jest etnicznie, ale przedział wiekowy zaczyna się od małych dzieci, które doskonale się bawią aż po osoby bardzo dorosłe. Przedostatni weekend lipca, zapraszam serdecznie do Gdyni. Pole namiotowe już jest i przepiękny park Kolibki, cudowne miejsce z widokiem na morze otwarte na świat.

Ostatnie pytanie – co chciałby Pan jeszcze zagrać?

Na Julię już za późno, ale Byczka Fernando…?

Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcia: Mateusz Ignacy

Reklama