Rozmowy w oczekiwalnii – pieniądz leży…w ziemi

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kiedyś na wsi matka mu powiedziała, że ziemia żywi. Przecież to było niedorzeczne. Ziemia odziedziczona po ojcu była zapadliskiem, które po wiosennych roztopach zamieniało się w jedno wielkie błoto. Druga część pola była położona na wzgórzu, które orali koniem, ponieważ żaden traktor URSUS nie był w stanie tam wjechać. Byli więc biedni, bo żywicielka ziemia do uprawy była ekstremalnie trudna. 

Szkoda, że nie mógł mamie pokazać, że jednak miała rację. Żył z ziemi, bo skrywała prawdziwe skarby. Zwykł mówić, że pieniądz nie leży na ulicy, a właśnie w piachu wydm, sztolni dawnej kopalni, czy w lasach Wrzeszcza. Był człowiekiem kretem. 

Reklama
Advertisement

Za to co wyciągnął z ziemi w osławionym rejonie Wałbrzycha, kupił wielką działkę w leśnym odcinku ul. Jaśkowej Doliny z domem, który się wydawał idealnym do postawionego celu. Tutaj była jego baza. Pieszczotliwie nazywał ją kopcem kreta, kiedyś zobaczył taką reklamę w telewizorni – pasowało świetnie. Przed domem parkowało auto, którym poruszał się na co dzień. Odważne, trochę przypominało jego samego – człowieka kreta. Trzymał się tej marki od lat. Kiedyś po koncercie Maleńczuka, w którym jak zwykle czekał na utwór “Synu”, w którym Maciej opowiadał o życiu w luksusie, lexusie – poszedł do salonu tej marki w Gdańsku Oliwie, twierdząc, że historia tej piosenki, przypominała mu jego własną. 

Przypomniał sobie, jak wszedł do salonu LEXUS’a zaraz po skończonej robocie. Ubłocone z dodatkiem psiej kupy, wysokie taktyczne buty, jakich używają służby specjalne Mossadu, połączył z t-shirtem, który był tylko raz biały, kiedy kupił go gdzieś w Mediolanie w ordynarnie drogim butiku. Na twarzy miał szczególny instagramowy makijaż – podkład z pyłu z przedwojennej cegły, policzki zaś rozświetlał mu jego własny pot. 

Niczym niespeszona obsługa zaprezentowała mu kilka modeli. Na górze salonu w części biurowej, zastanawiano się czy klient będzie w stanie obsłużyć telefon z tak dużą warstwą zaschniętego osadu  na rękach. Odpowiedź pojawiła się szybko. Już po chwili, szefowa oznajmiła z dumą – zobaczcie, nasz klient zrobił przelew z telefonu, co prawda najpierw musiał zmyć błoto z paluchów, bo ekran nie reagował na dotyk, ale nasza Pani Kasia wskazała mu delikatnie łazienkę. Zaksięgowano 600 000 szefowo za tego malinowego LC w wersji cabriolet – oznajmił interkom księgowego.  – Ach – włączyła się znów Kasia – chyba się zakochałam – to 100 % samiec bez rurek i brody, bez latte w ekologicznym kubku. Ciekawe do jakiego zadania specjalnego potrzebuje taki nieszablonowy wóz, to człowiek zagadka – szepnąła rozmarzona. 

Szybko zrzucił miłe wspomnienia do kosza pamięci. Miał teraz głowę zaprzątniętą czymś innym. Do jego ogrodu, na tyłach ul. Jaśkowa Dolina, wjechała podwyższona wojskowa zielona ciężarówka STAR, wyglądającą jak z prawdziwego demobilu. 

Czekał. Nic się nie działo. Nagle, z tyłu pojazdu, delikatnie i subtelnie zaczęła otwierać się specjalna winda, ta którą często widzimy na samochodach dostawczych, które wożą ciężkie kontenery z napojami. Platforma płynnie zjechała za ziemię, kryjąc coś pod siatką z kamuflażu wojskowego. Z cienia wyszli ci dwaj. Skośnoocy, niscy, z niespotykaną szerokością barków. Ich oczy dosłownie świeciły, a może to był efekt jego niesamowitej ekscytacji.

 – Вот ваш пакет. Там нет никакого воздействия. Надо просто следить за температурой, она 25 градусов и не более. Widząc jego zakłopotanie, drugi Azjata, przetłumaczył łamaną polszczyzną. – Ma to, co chciałeś. Nie emituje. Ważna temperatura. Bardzo.

Drugi z przybyszy w tym czasie odpalił mały wózek widłowy, wyjechał z przesyłką do wnętrza ogromnego garażu. Nawet się nie pożegnali, tylko bez emocji wsiedli do ciężarówki i odjechali. W lusterku zauważył, jak zdjęli z twarzy profesjonalne silikonowe maski.

 Podwiesił przesyłkę na specjalnym wysięgniku zakotwionym w wysokim stropie garażu. Obniżył ją, weszła dokładnie w otwory montażowe. Silnik kreta, znalazł się na swoim miejscu. Przejechał jeszcze po nim detektorem, nic, cisza, żadnego skwierczenia. Zabezpieczony lepiej niż w jaskini, w której miał czekać na koniec świata. On dał mu nowe życie. 

To był atomowy reaktor wspomagający zasilanie wentylacji, który pełnił kiedyś swoją wachtę na łodzi podwodnej. Mały, ale wydajny. Z datą przydatności do użycia do 2090 roku. Wystarczy.

Przodem do precyzyjnie wyciętego otworu w betonowej ścienia garażu stał ON. Kret. Tuba wykonana z aluminium lotniczego, z potężnym wiertłem z przodu. Szkło kabiny, pochodziło z myśliwca F16, odporne na wysokie temperatury, jakie miały panować. W ziemi naturalnie. Jego maszyna do sięgania po zakopane skarby.

Był dokładnie taki jak 35 lat temu, zobaczył go na okładce komiksu Papcia Chmiela „Tytus, Romek i A’Tomek”. Tyle tylko, że teraz był prawdziwy. 

Wszystko stało się tak nagle. W niecałe 10 sekund śruba osiągnęła swoją prędkość obrotową, by podobnie jak maszyna drążąca tunel pod Martwą Wisłą w Gdańsku, wykonać swoją pracę. Wbił się z łatwością w ziemię, ryjąc na bezpiecznej głębokości kilku metrów pod korzeniami wrzeszczańskich drzew. Wysunął się na wzgórzu Podleśnej Polany niedaleko III Liceum Ogólnokształcącego tak zwanej „Topolówki”. Na konsoli zapikał alarm. Dlaczego teraz? Lecz czerwona dioda była nieubłagana. Ktoś naruszył strefę domu i ogrodu jednocześnie. 

Przeprosił w myślach dżdżownice za zakłócenie spokoju i ruszył w stronę małego stawku, który niedawno siłami miasta zamienił się na niewielki skwer wypoczynkowy na rogu ulic Jaśkowa Dolina i Na Wzgórzu. Zostawił Kreta w stawie, zimna woda pobudziła go do działania. Przez specjalną aplikację – lornetkę w swoim smartfonie, zobaczył jak tych dwóch znanych mu już „kurierów” – wynosi jego najważniejszą skrzynię – właściwie lotniczy kontener, używany kiedyś do części zamiennych do bombowca CASA. 

Ruszyli autem z wypożyczalni, ryjąc jak jego piękny trawnik. Wskoczył efektownie do Lexusa, momentalnie namierzając skrzynię zaopatrzoną w zdublowany GPS. Zaczął podać deszcz, więc instynktownie przekręcił jedną z designerskich manetek wystających z osłony zegarów. Jechali ul. Migowską w stronę Moreny, efektownie skacząc na jej progach zwalniających. Teraz pomyślał, uderzając precyzyjnie w lewą stronę zderzaka ściganego auta. Rozległ się suchy trzask, a potem auto złodziei koziołkowało, by pokryć się pierzynką otwartych kurtyn i poduszek powietrznych. Zaparkował Lexusa na jezdni, która mieniła się mieszkanką kolorów – wypływających płynów ustrojowych z rozbitego pojazdu skośnookich.  – O, zhivyye vory, nikogda ne delayte etogo snova, potomu chto ya peredam vashemu bossu yego gruz s otkrytym reaktorom – coś pamiętał z tego pięknego przecież języka *

***Dwa dni później w salonie Lexus Trójmiasto***

– Dzień dobry. Szukam Pani Kasi, mam potrzebę blacharską. Taka, taka… szkoda parkingowa do zrobienia.  

*O, żywi złodzieje, nigdy więcej tego nie róbcie, bo przekażę waszemu szefowi jego ładunek z otwartym reaktorem. 

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką. Klinika stomatologiczna Perfect Smile Clinic Wrzeszcz odwrotnie, jest jak najbardziej prawdziwa. Lexus Trójmiasto, jest też jak najbardziej realny, szukajcie tego salonu, gdzie strój szczęśliwie nie rekomenduje Klienta w Gdańsku Oliwie, obok słynnej hali widowiskowej.

Reklama