Miss Milano

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
fot.: Radek Wesołowski

To mój drugi tydzień w stolicy mody. Zabrałem tylko torbę ze sprzętem fotograficznym i wynająłem kawalerkę na trzy miesiące.

Każdego dnia wstaję wcześnie. Zaczynam od radia, uczę się języka. Ubieram dziś czarny, obcisły sweter, zakładam czerwoną marynarkę, zabieram torbę z aparatami i wychodzę. Mieszkam blisko stacji Rovereto, to czerwona linia. W Milano jest jeszcze żółta i zielona. Każdego dnia dojeżdżam do centrum. Metro jeszcze puste, zaraz pojawią się tutaj Włosi, turyści oraz modelki ze swoimi czarnymi teczkami zwanymi portfolio. 

Reklama
Advertisement

Omijam te tłumy, aby jako jeden z pierwszych pojawić się w mojej ulubionej caffeterri.

Ciao! Ciao Pietro. Bariści mnie już znają. Po dwóch tygodniach od razu mam podane espresso i brioche con chocolate. Moja kawa stoi w rzędzie obok innych. Spotykam tu znajome twarze, te same osoby o tej same porze piją ze mną kawę, czytają Corriere della Serra. Roberto każdego dnia zakłada śnieżnobiałą taliowaną koszulę, podwija rękawy i jak artysta podaje ludziom kawę, zagadując do mnie come stai Pietro. 

Większość z moich współtowarzyszy poranka stanowią mężczyźni. Prawie wszyscy ubrani w białe koszule z krawatem. Każdy facet dba tutaj o ubiór, przez co tworzy legendę tego miasta mody. Rozmowy zwykle krótkie, pięć minut i następni zamawiają espresso. Słońce wstaje, drewniany blat baru, odgłosy porcelanowych filiżanek i stuk łyżeczek, które mieszają cukier w większości przypadków. 

Ja piję czarną bez cukru.

Przez okno wpada pierwszy promień słońca, więcej ludzi pojawia się w środku, piją jakby szybciej, szybciej też czytają i wychodzą. Nie ma tu zbyt wielu kolorów. Czerń i biel, drewniana podłoga, blat, ekspres do kawy i miliony porcelanowych filiżanek czekających na swoją kolej.

Zamawiam drugą, tym razem americano, idę na górę do stolika. Otaczają mnie albumy fotograficzne, teraz z góry obserwuję ten spektakl o porannej kawie. Dochodzi dziewiąta. Już inny zapach powietrza, widok pięknie ubranych ludzi, słońce i moc tego miejsca rodzą we mnie inspirację. Łapię zieloną linię. „Treno da abbiategrasso”. Przemieszczam się do P. TA Genova. 

Kolejna kawiarnia, kolejna kawa.

Tutaj spotykam się z Sandrą, uczy mnie dziennie włoskiego. Ten język jest jak melodia, łatwiej uczyć się go we Włoszech. Sztuka, moda, uśmiech, wyjątkowe jedzenie omijają mnie na każdym rogu. Skupiam się na pięknie. Piękna jest też ta melodia języka, sama kotwiczy się w głowie. 

Każdego dnia fotografuję ulicę, ale chcę więcej. Po to tutaj przyjechałem. Chcę zostać fotografem. 

Wybieram się do jednej z największych agencji modelek na świecie Next models. Niepewnym krokiem, wchodzę do budynku. W swoim portfolio mam tylko kilka zdjęć dziewczyn z polski, plus milion reportaży ślubnych, które uprawiałem przez ostatnie jedenaście lat, mimo wszystko idę dalej.

Winda szybko zawozi mnie na ósme piętro budynku. Nawet nie zdążyłem powtórzyć regułki, którą przygotowałem, a już otwierają mi się drzwi moich marzeń o karierze. Samobójca.

Ciao, sono Pietro, reszta juz po angielsku. Uśmiechnięta pani pokazuje mi kanapę, na której mam zaczekać. Dookoła mnie ogromne zdjęcia największych fotografów i ja. Wrodzony wstyd boi się za mnie. 

Siedzę ja. W czerwonej marynarce, z marzeniami schowanymi w kieszeniach oraz stresem, który pewnie epatował ze mną już na porannej kawie. Ma na imię Giuseppe, teraz już wiem. Wtedy był ogromnym facetem z tatuażami i brodą dłuższą chyba od mojej. To nas połączyło, uśmiech, kawa, rozmowa o Anji Rubik, bo przecież ona też ze śląska i jego koleżanką jest, ale nadchodzi chwila prawdy i trzeba pokazać portfolio. W głowie bałagan. Pokazuje jakieś moje zdjęcia bookerowi z Next, który jak na złość jeszcze zna wielką Anje.

„Gdyby ubrać te wszystkie dziewczyny w modowe looki, zamienić je na modelki, zdjęcia były by świetne. Dostaniesz ode mnie najlepsze twarze. Spędzisz tutaj rok, może dwa. Rozwiniesz się, zbudujesz portfolio. Aby przetrwać spróbuj swoich sił jako model“

I naprawdę je dostaję. Zaczynam fotografować. Sam, jeszcze bez pomocy, bez studia, na ulicy, przy zastanym świetle lub w deszczu. Najlepsze twarze miały zazwyczaj dla mnie godzinę, dwie – tyle miałem czasu, aby dostarczyć zdjęcia dla Giuseppe.

Szukam make up artist. Od paru dni piszę do Simony, aby mi pomogła. Nie znam jej, ale miała najlepsze portfolio więc piszę. 

fot.: Radek Wesołowski
fot.: Radek Wesołowski

W końcu trzeba też ruszyć na Milano nocą. 

Do tej pory, fotografowałem tylko nocami. Nieśmiały omijałem skupiska pięknie ubranych ludzi, którzy wieczorami bawili się w Corso Como 10 czy w innych wykwintnych i drogich miejscach. Teraz założyłem marynarkę i w końcu wszedłem do środka.

Tak nauczyłem się, że aperitivo nie gryzie. Od tej pory wybierałem tylko najbardziej ekskluzywne miejsca, w których zamawiałem drinka i jadłem jak każdy inny Włoch lub emigrant, bez kompleksów. Poznawałem dzięki temu ludzi. Mój język zaczynał być komunikatywny, a po trzech tygodniach zarobiłem pierwsze euro jako fotograf. Odpisała też Simona, pewnie zmęczyłem ją moimi wiadomościami o potrzebie wizażu i stylizacji do sesji. Większość moich kolejnych projektów realizowaliśmy już razem.

Inaczej też już wyglądały moje dni.

Poranna kawa, zawsze w białej koszuli. Większy zakres słów powodował szerszy uśmiech na twarzy Roberto. Dzięki znajomościom z bookerami i modelkami, zacząłem pojawiać się na imprezach modowych. Dostawałem modelki od większości agencji w tym mieście. Wieczory spędzałem na aperitivo, a godzinę pomiędzy 20 a 22 w mojej ulubionej libraccio, gdzie siedząc na podłodze wynajdywałem okazje cenowe na zakup albumów fotograficznych.

Większą część mojego budżetu pochłaniała kawa oraz albumy. Każdy lot do Polski to walizka zapchana albumami. Moja głowa zapchana inspiracją, dobrym smakiem, wystawami, winem.

Milano było dla mnie gościnne. Wyglądało groźnie, bogato i dostojnie, ale skradło mnie. Wystarczyło tylko wejść do środka.

Autor

Piotr Sobik –Fotografuję, podróżuję, przyglądam się ludziom czasami coś napiszę.Odżywiam się kuchnią wegetariańską, dużo pływam, dużo rozmyślam, lubię stare Mercedesy.Autor projektu “Najważniejszy dzień w życiu”

Przeczytaj również

Reklama