ANYWHERE          TV

Sztuka i ja. Syndrom Stendhala

boticielli

Są takie teksty, które pisze się w głowie przez lata. Są takie tematy, które są intymne, chociaż na zewnątrz nikt tak ich nie odbiera. Syndrom Stendhala jest dla mnie jednym z nich. Co oznacza? To, że płaczę jak patrzę na Nike z Samotraki.

Głupio jest płakać w miejscu, w którym gromadzi się tyle ludzi. Luwr, Bazylika św. Piotra, Wersal, stanze Watykańskie zawsze były miejscami masowych pielgrzymek turystów. Dziwnie więc czuję się, kiedy serce łomocze, oczy się szklą, a w głowie szumi od emocji, a wszystko to w towarzystwie obcych mi osób. Nagle jednak przestaję zwracać na nich uwagę.

Reklama
Advertisement

Jestem ja i Pietà, ja i Nike, ja i da Vinci, ja i piękne twarze Rafaela, Vermeera, Tycjana i wielu innych artystów, których imienia nawet nie znam. Nie muszę, bo nie jestem historykiem sztuki. Nie czuję przymusu uczenia się i studiowania epok, szkół czy kompozycji. Patrzę i czuję obraz na swój sposób i tyle mi wystarcza. Rozkoszuję się i odcinam od tego co zewnętrzne, nieświadoma tego, że to, co się ze mną dzieje ma swoją nazwę i jest opisanym zjawiskiem. Szkoda, że wszystko musimy sprowadzać do syndromu. Z drugiej strony ten nazwany syndrom pozwala mi się odnaleźć i traktować własne emocje z nabożnością. ”Mam syndrom Stendhala” — rzucam do znajomych, z którymi jestem we włoskim muzeum i liczę na to, że zrozumieją. Nie rozumieją, bo przecież to dziwne, że ktoś boi się patrzeć na to, co daje mu tyle przyjemności. 

Stendhal, francuski pisarz z XIX wieku, pierwszy raz doznał dziwnych symptomów podczas podróży do Florencji. Zawroty głowy, duszności i kołatanie serca, które ostatecznie zawiodły go do łóżka, pojawiły się po zwiedzeniu galerii Uffizi. Nic dziwnego, mnie przygniata sama lista artystów, którzy wiszą na ścianach jednego z najsłynniejszych muzeów sztuki. Giotto, Piero della Francesca, Botticelli, da Vinci, Rafael, Michał Anioł, Tycjan, Rubens, Caravaggio…i już muszę złapać oddech. Syndrom Stendhala zyskał swoją nazwę dopiero pod koniec lat 70 ubiegłego wieku i wtedy też zauważono, że we Florencji odnotowuje się największą ilość jego przypadków. 

Nigdy nie byłam we Florencji i po prostu boję się tam jechać. Może to strach przed stawieniem czoła miastu przesyconemu sztuką, przyprawiającą mnie o objawy, które nie są fizycznie przyjemnie. Może to również strach przed tym, że Florencja zawsze miała szczególne miejsce w mojej wyobraźni i nie chcę stracić tej idei, która mieszka w mojej głowie. Jak zobaczę na żywo, to może nagle zniknie? Może nie powinnam była czytać „Udręki i ekstazy”, może nie powinnam spędzić tylu godzin w Luwrze i może nie powinnam była jechać do Rzymu, który przygniótł mnie żywą historią sztuki, która jest widoczna niemal za każdym zakrętem. 

Syndrom Stendhala to, za definicją, rodzaj zaburzenia na tle nerwicowym, które objawia się przyspieszonym biciem serca, zawrotami głowy, dusznościami i dezorientacją. Wszystko to z powodu nadmiaru sztuki nagromadzonej w niewielkiej lub zamkniętej przestrzeni. W praktyce oznacza to, że muszę psychicznie się przygotować na wizytę w miejscach, w których mieszka sztuka. Nie każdy jej rodzaj, bo być może syndrom ma swoje odłamy. Dla mnie przytłaczającym pięknem jest to, co renesansowe i barokowe. Dlatego trudno mi zwiedzać takie miasta jak Paryż i Rzym. Po raz pierwszy w Rzymie byłam rok temu, wyjazd niespodzianka, bo sama nadal pewnie bym zwlekała z kupnem biletów. W pakiecie do prezentu dostałam przewodnik — książkę mojej ulubionej Bożeny Fabiani — tak, żebym mogła się mentalnie przygotować na to, co mnie czeka. Pomogło, ale nawet teraz moje ciało mocno reaguje na wspomnienie wnętrza Bazyliki, komnat Watykańskich, czy widoku Piety — tak bezczelnie delikatnej w swojej marmurowej formie. O Nike z Samotraki myśleć nie mogę, a wiersz Herberta trzymam zamknięty w licealnym pamiętniku i pozwalam sobie zajrzeć do niego raz do roku. Głupie to, przecież wiem. Brzmi jak naciągana historia kogoś, kto chce pokazać, jak wrażliwy jest na piękno sztuki. Chcecie sprawdzić, czy syndrom Stendhala istnieje naprawdę? Zamknijcie mnie samą w Luwrze i już więcej mnie nie szukajcie. 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE