Mateusz Banasiuk: Reżyser życia

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Czekamy na Mateusza Banasiuka w pokoju hotelowym Hotelu Sofitel.  Jest to jeden z najbardziej filmowych gmachów w stolicy, w którym nagrywane były kultowe polskie filmy, począwszy od „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” po „Skazanego na bluesa” . Mateusz przychodzi przed czasem. Dystans rozpływa się w powietrzu kiedy rzuca beztroskie „cześć”. Gaduła. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ma w nim niczego z niedostępnej gwiazdy. Od lat gra w teatrze, jest w obsadzie najpopularniejszych seriali w Polsce, domaga się go świat fabuły, jego głos słychać w audiobookach.

100% – tyle z siebie daje w każdej aktywności zawodowej, na 100% jest też ojcem. Czy doba Mateusza Banasiuka jest dłuższa niż zwykłego zjadacza chleba, czy to zwyczajnie aktor dobrze poukładany? Z Mateuszem Banasiukiem, jednym z najbardziej rozrywanych aktorów w Polsce rozmawia Dagmara Kowalska

 

Teatr, kino, dubbing, telewizja…

I muzyka.

Oto wielowątkowe życie artysty. Jest taki moment w ciągu dnia, w których znajdujesz czas na relaks?

Reklama
Advertisement

Rzeczywiście, jestem bardzo zajęty. I lubię to. Ale staram się też pamiętać, że w kreowaniu ścieżki zawodowej takie samo znaczenie mają propozycje przyjęte jak i te odrzucone. W zeszłym roku musiałem między innymi zrezygnować z kilku propozycji spektakli z powodu zobowiązań filmowych, ale świadomie też odmówiłem udziału w kilku programach rozrywkowych. Mam tę przygodę już za sobą, wiem jakie to potrafi być kuszące, ale też ryzykowne i na razie ten etap uważam za zamknięty, bardziej skupiam się na tematach aktorskich. A muzyka? To dla mnie sposób na odreagowanie, na kreację, na tworzenie czegoś na co mam absolutny wpływ. Jak jestem na scenie w teatrze czy na planie filmowym, mam ograniczony wpływ na to co powstaje, bo głównym kreatorem jest reżyser, są koledzy aktorzy i jest tekst, którego trzeba się trzymać, a w muzyce jest wolność.

W muzyce możesz sobie pozwolić na więcej. Która z Twoich codziennych aktywności najbardziej Cię angażuje?

Jeśli chodzi o zawodowe sprawy, to zdecydowanie jest to kino, film. Po pierwsze dlatego, że to jest zawsze dla mnie coś wyjątkowego, więc chcę się do tego odpowiednio przygotować. Po drugie dlatego, że role, które dostaję wymagają ode mnie długiego okresu przygotowawczego. Ostatni film, nad którym pracowałem, czyli „Furioza”, mocne, gatunkowe kino, które swoją premierę będzie miało w najbliższe wakacje, to było dla mnie sześć miesięcy ciężkiej harówy.

Na czym ta harówa polegała?

Przede wszystkim były to treningi na siłowni i treningi ze sztuki walki. To był boks, trochę walki ulicznej, ponieważ w filmie, o którym wspomniałem, gram chuligana.

Ale Ty na co dzień jesteś bardzo aktywny, wydawać by się mogło, że sztuki walki i aktywność fizyczna nie sprawią Ci żadnego problemu.

Rzeczywiście pewne rzeczy przychodzą mi łatwo, ale to było dla mnie absolutnie nowe, więc na pierwszych zajęciach uczyłem się po prostu chodzić w odpowiedni sposób, potem wyprowadzać po kolei ciosy, bardzo powoli, żeby na planie to było automatyczne i naturalne. Nie miałem dublera. Nie po to producenci zapewnili mi treningi i sam spędzałem po kilka godzin dziennie trenując, żeby wyręczać się kaskaderem. W filmie jest tylko jeden taki moment, w scenie która zagrażała mojemu życiu i zdrowiu, co mogłoby zaważyć na losach całej produkcji, gdyby coś mi się stało. Poza tym, wszystko wykonuję sam, podobnie jak moi koledzy grający pozostałe role. Na tym też polega autentyczność tego filmu. Ale chciałem przesiąknąć zupełnie tematem, stać się jednym z tych o których opowiadam. Nie da się takiej roli przygotować w miesiąc. A sceny walki muszą wyglądać prawdziwie, tak, żeby widz, który ogląda film, aż poczuł ten ból.

Dobrze, że wspomniałeś o „Furiozie”. Ciekawi mnie czym jest tytułowa furioza?

Furioza pochodzi od słowa furia. Z czym kojarzy ci się furia? Dla mnie to są naprawdę silne emocje, skrajne, takie jak złość.

Coś, nad czym nie możesz zapanować.

Dokładnie. I taka jest też ta grupa, która nazwała się Furioza. To jest elitarna grupa kiboli i to są ludzie, którzy mają ze sobą ogromną więź, braterską i są uzależnieni od adrenaliny. Cechuje ich także wielka miłość do swojego klubu sportowego.

Pokazujecie historię od strony kibiców? Tych, których zwykliśmy nazywać kibolami?

To nie jest film dokumentalny, ale rzeczywiście pokazuje konkretną grupę społeczną, zdradza pewne tajemnice, pozwala wniknąć w świat, który dla większości ludzi jest absolutnie zagadkowy. Scenariusz powstawał bardzo długo i zwróciliśmy ogromną uwagę na to, żeby nie było ściemy, chcieliśmy, żeby ten film był wiarygodny tak samo dla ludzi, którzy nie są związani z tym światem, jak i dla osób, które wiedzą co to znaczy. Mam nadzieję, że się udało. I kibole i dziennikarze, nawet policjanci pomagali nam tworzyć tę historię, wyszedł kawał mięsistego scenariusza.

Czy dzięki Furiozie będziemy w stanie zrozumieć trochę to środowisko?

Niezależnie jakie byłoby to środowisko, czy opowiadamy o ludziach, którzy walczą w powstaniu czy o ludziach, którzy są superbohaterami i ratują świat, czy to są chuligani, kibole, zawsze najważniejsze są emocje i na tym nam zależało najbardziej, a jeżeli ich nie ma, nie ma sensu opowiadać żadnej historii.

Emocje i obsada na pierwszym planie. W „Furiozie” jest i jedno i drugie. Dobrze myślę, że doskonała obsada z punktu widzenia aktora jest bardzo ważna. Czy chodzi o współpracę z ludźmi, od których można się czegoś nowego nauczyć? Miałeś taką możliwość?

Obsada jest kluczowa. Najwięcej miałem do czynienia z Weroniką Książkiewicz, z Mateuszem Damięckim.

Nie pierwszy raz.

Tak, już jakiś czas jesteśmy wszyscy w zawodzie, więc od czasu do czasu spotykamy się w różnych produkcjach. Po raz pierwszy miałem do czynienia z Januszem Chabiorem, to wielka osobowość, wspaniały aktor. Podobnie z Łukaszem Simlatem, z którym co prawda braliśmy udział w tych samych produkcjach, między innymi w serialu „Pod powierzchnią” produkcji TVN, ale na planie się nie spotykaliśmy, nasze wątki się nie krzyżowały. Z Weroniką występujemy razem w spektaklu „Sex, miłość i podatki” w teatrze Komedia. Wydaje mi się, że w „Furiozie” stworzyła przełomową dla siebie postać, pokazuje zupełnie inną twarz, twarz jakiej nie znamy, bardzo interesującą.

Zgaduję, że tu postawimy kropkę, bo więcej przed premierą filmu nie powinieneś mówić?

Nie chciałbym za dużo zdradzać. Nadmienię tylko, że wątek pomiędzy moim bohaterem a postacią, którą gra Weronika był dla mnie punktem wyjściowym do budowania postaci i źródłem najsilniejszych emocji. Podobnie miałem z Goldenem, którego gra Mateusz Damięcki, tylko tutaj towarzyszyły mi już zupełnie odmienne uczucia. Praca z Weroniką i Mateuszem była wielką przyjemnością, bo zresztą tak jak wspomniałaś przed chwilą, na planie bardzo dużo zależy od partnerów. Grywałem w różnych produkcjach. Czasem wychodziły lepiej, czasem trochę gorzej. I często jakość, efekt końcowy były rezultatem zgoła innych czynników niż dobór aktorów. Ale wiem jedno. To kogo masz za partnera może bardzo pomagać albo przeszkadzać. Na szczęście tak jak wspominałem, tu miałem świetnych partnerów i wszystko wskazuje na to, że „Furioza” się udała. Liczę na to, że zostanie wysoko oceniona przez widzów. Oczywiście mam „lekkie dygot”, bo film to magia i na sukces nie ma gotowej recepty. Przecież na pewno zdarzyło się Tobie oglądać dobre, rzetelnie zrobione obrazy, w których coś „nie kliknęło”. I trudno czasami nawet profesjonalistom znaleźć odpowiedz dlaczego tak jest. 

Coś nie zażarło.

Film to trudna dziedzina sztuki.

Trudniejsza niż teatr?

Nie wybacza błędów. W teatrze jest o tyle łatwiej, że gramy co wieczór, więc zawsze jak coś nam nie wyjdzie to trudno, idziemy do przodu.

Poza tym możesz improwizować.

W filmie też można, zawsze można zrobić dubel, powtórzyć, dążymy do ideału. W teatrze za każdym razem to coś w rodzaju warsztatów aktorskich. Ludziom się wydaje, że musimy odtwarzać za każdym razem to samo, ale tak nie jest. Zawsze jest trochę inaczej.

Bo jest inna publiczność, bo jest inna przestrzeń, bo często jeździcie po kraju, bo nie gracie tylko w jednej przestrzeni.

Inny dzień, inny nastrój, z czym innym wchodzisz na scenę, inaczej kolega powie swoją kwestię, ty jesteś czujny i inaczej odpowiesz. Są widzowie, którzy po kilka razy chodzą na przedstawienia i za każdym razem mówią, że zwrócili uwagę na coś innego. Każdy spektakl jest inny, niezależnie czy gram dziesięć razy czy gram 300 razy. Za każdym razem jest to dla mnie wyzwanie i każdy występ zaczynam od zera, muszę się skupić, zastanowić o co chodzi i co mój bohater ma do załatwienia. Myślę o widzach, którzy przychodzą do teatru i możliwe, że tylko raz spotkają się z tą sztuką, więc staram się, żeby za każdym razem z mojej strony była zagrana na najwyższym poziomie. Bo widzowie poczynili pewien wysiłek, przyszli do teatru, ładnie się ubrali i z trudem znaleźli miejsce parkingowe przed teatrem.

To prawda!

Kupili bilety i ten wieczór postanowili spędzić z nami, więc właśnie dla nich staram się, żeby to co mam do zagrania, opowiedzenia, było zawsze jak najlepsze. Niezależnie czy to jest komedia czy dramat.

Właśnie! Widziałam Cię w Teatrze Komedia w Warszawie, w którym grasz w przedstawieniach komediowych i farsach, sama nazwa teatru zobowiązuje, ale widziałam cię też w „Zaklętych rewirach” i zastanawiam się, która z tych form jest dla Ciebie trudniejsza? Bo mam wrażenie, że mimo wszystko dramatyczne role kreuje się jednak łatwiej. Łatwiej jest kogoś wzruszyć, sprawić żeby zapłakał, niż rozśmieszyć go do łez.

– Żeby widz zapłakał w teatrze… to jest wielka sztuka, ale czasem się udaje. W Teatrze Warszawy mam przyjemność grać w dwóch przedstawieniach, w reżyserii Adama Sajnuka. „Zaklęte rewiry” to był mój debiut, rzadko to gramy, jest tam aż dziesięciu aktorów i trudno nas wszystkich połączyć w tych samych terminach. Za każdym razem jak wracam na scenę w „Zaklętych rewirach” coraz trudniej jest mi wcielać się w postać młodego chłopaka, który pojawia się na początku przedstawienia, a coraz łatwiej w tego z końca, dojrzalszego bohatera i to też dużo mi mówi o mnie samym. Przez ostatnie lata grałem sporo ciekawych ról, także w życiu prywatnym bardzo dużo się u mnie zmieniło i czuję, że już jestem coraz mniej wiarygodny jako młody chłopak, student, którego grałem do niedawna bardzo często. Czuję się dzisiaj dużo dojrzalszy i takie też dostaję rolę w kinie i teatrze. Rzeczywiście czuję, że się zmieniłem i właśnie granie „Zaklętych rewirów” pozwala mi to odczuć.

Czyli można powiedzieć, że bardziej wyczerpujące i wymagające rolę grasz teraz w Tatrze Komedia w spektaklach, które wymagają od Ciebie skupienia, błyskawicznej reakcji i rytmu, który jest najważniejszy w farsie.

I po „Zaklętych rewirach” i po spektaklach w Teatrze Komedia zwykle muszę 20 minut po przedstawieniu zostać sam w garderobie. Wszyscy już wychodzą, widzowie opuszczają teatr, a ja jeszcze siedzę i dochodzę do siebie, bo te role wymagają ode mnie wiele i wiele mnie kosztują. Gram taką sztukę „Seks, miłość i podatki” w Teatrze Komedia, tu co chwilę muszę się przebierać, wszystko w ogromnym tempie. To jest farsa, dużo się dzieje z przymrużeniem oka, niby nic, a ja jestem wykończony kiedy schodzę ze sceny. W tym spektaklu biegam w butach na obcasach, to jest koszmar, nie wiem jak kobiety są w stanie całą imprezę z uśmiechem na twarzy wytrzymać w szpilkach, ja po dwóch godzinach na deskach teatralnych mam dosyć. Niedawno z kolegami rozmawialiśmy jak to możliwe, że aktorzy są w tak dobrej formie fizycznej, często w lepszej niż ludzie, którzy pracują za biurkiem. Dlatego, że muszą biegać po scenie, na planie, role tego od nich wymagają, cały czas są aktywni.

Nie mogą nie być aktywni. Widziałam ten wysiłek z perspektywy widza np. w Teatrze Kwadrat czy Komedia, kiedy aktor jest naprawdę zmęczony, widać jak z pot leci mu ciurkiem po twarzy. Widzów zasiadających w pierwszych dwóch rzędach ostrzegam, czasem dosłownie można to poczuć na własnej twarzy. (śmiech)

Niestety, polecam siadać od czwartego rzędu w górę. A tak serio, to ostatnio zeszliśmy ze sceny z kolegami i powiedzieliśmy sobie, że nie da rady, nie ma opcji, żeby odpuścić choćby na chwilę, bo inaczej cały spektakl siada i widz się wyłącza, odpada. Naszym zadaniem jest, żeby cały czas trzymać to napięcie, a to wymaga pracy i poświęcenia.

Słowem, wszystkie Twoje aktywności zawodowe i film, teatr, serial wymagają oddania i energii.

Każdy jest inny, ja lubię angażować się w to co robię. Nawet gdy pracuję głosem. Obecnie nagrywam dla Storytela bardzo fajną rzecz w reżyserii Marysi Sadowskiej i również daję z siebie maksa.

Żeby nikt nie pomyślał, że wchodzisz do studia, przeczytasz tekst i idziesz do domu.

Nie, to nie tak. Przy nagrywaniu dubbingu czy audiobooka również musisz uruchomić emocje. Zwykle jestem w stanie wytrzymać w takiej pracy przed mikrofonem nie więcej niż trzy godziny. A często po nagraniu muszę wsiąść w samochód i pojechać na próbę do teatru albo na plan filmowy. Tak było wczoraj. Najpierw rano nagrywałem Storytela, potem pojechałem na plan i wieczorem jeszcze zaliczyłem trening, bo przecież muszę być w formie.

A dzisiaj jesteś z nami. Zuch. I nie zapominajmy, że wczoraj poświęciłeś czas także swojej rodzinie.

Dziś po naszym spotkaniu koniec, mam wolne.

Ty jesteś aktorem, Twoja partnerka jest aktorką, jak łączycie aktywności zawodowe z obowiązkami domowymi? Wasz syn ma zaledwie dwa lata, ktoś się musi nim zajmować kiedy obydwoje jesteście na planie.

Nasza praca różni się od pracy większości osób tym, że nie pracujemy od poniedziałku do piątku, w określonych godzinach, tylko często w weekendy, w święta, w nocy lub wstajemy skoro świt. Ale nie pracujemy na okrągło. Połączenie obowiązków zawodowych z domowymi wymaga od nas pewnej organizacji, musimy znać swoje kalendarze i próbować zgrywać się ze sobą dzięki czemu udaje nam się wspólnie wychowywać dziecko. To jest dla mnie priorytet i wielka frajda, uwielbiam spędzać z moim synem czas, staram się go jak najlepiej wykorzystać. Kiedy masz dziecko, nie masz czasu na nic nie robienie. Henio wymaga od nas dużego zaangażowania, jest bardzo żywiołowym dzieckiem i angażuje swoich rodziców do każdej zabawy, nie daje chwili wytchnienia i to jest cudowne! Cieszę się, że trafił mi się taki „egzemplarz”.

Dzięki temu też dojrzałeś, prawda?

Na pewno, wszystko na mnie wpływa, to jakie role dostaję, to co mi się wydarza w życiu prywatnym i to działa w dwie strony. Bo to jak się zmieniamy wpływa na nasze role i to jakie role gramy wpływa na to jak się zamieniamy. Mamy do czynienia z żywą materią i dzięki temu mam wrażenie, że każde nowe wyzwanie to nowy temat, nowy rozdział, dla mnie bardzo ciekawy, a ja jestem otwarty na to co przygotował dla mnie los. Na razie wszystko tak fajnie się układa, że nawet nie chcę nic sobie projektować chociaż mam oczywiście marzenia, są role, które chciałbym zagrać. Ciekawa byłaby rola w kinie sensacyjnym, kinie akcji. To by mnie teraz zainteresowało.

Jesteś już w takim momencie w życiu zawodowym, że możesz sobie wybierać to, co chcesz zagrać lub powiedzieć: dziękuję za tę rolę, ona mi niekoniecznie pasuje?

Tak i nie, bo mogę wybierać z tych propozycji, które dostaję. Weźmy np. te wspaniałe magazyny, które mam przed sobą (przyp. red. komplet magazynów Anywhere.pl) to są propozycje, które dostaję i ja mogę jedynie wybrać spośród nich, nie mogę powiedzieć: poproszę coś z tamtego stolika. Wybieram spośród tego co do mnie przychodzi, co i tak jest, wydaje mi się, dużym luksusem, bo przychodzi do mnie naprawdę sporo różnych propozycji. Spośród nich mniej więcej połowę muszę odrzucić, bo nie byłbym w stanie tego wszystkiego ze sobą połączyć. Poza tym myślę, że sporo zagrałem, w teatrze, w telewizji czy w filmie i teraz szukam nowych wyzwań, czegoś co wpłynie na mój rozwój i popchnie moją karierę do przodu. Myślę, że taką funkcję spełni rola, którą gram w „Furiozie”, ja naprawdę długo czekałem na taki film, na taką rolę, na takiego bohatera. To jest iście hollywoodzka historia.

Bardzo jestem ciekawa tej historii i ciekawa jestem co z niej wyniknie, a gdyby Pan, Panie Mateuszu dostał do wyreżyserowania jakiś spektakl teatralny, to co by Pan powiedział?

Skąd wiedziałaś?

Patrzę sobie na Ciebie i tak mi się wydaje (śmiech).

Nosi mnie i chodzą mi po głowie pewne historie, ale bardziej myślałem o kinie.

Kiedy?

To naprawdę trudna sprawa zrobić coś swojego, wszystko rozbija się o czas i pieniądze. Nakręcenie filmu w Polsce kosztuje kilka milionów złotych, czasem nawet kilkadziesiąt. Ja chciałbym zacząć od zrealizowania małej formy, mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi się spełnić to marzenie. Bardzo chciałbym w przyszłości reżyserować. Piszę trochę w wolnym czasie, mam kilka fajnych historii do opowiedzenia, które zwykle tuż przed snem przychodzą mi do głowy. Od razu je zapisuję. Chciałbym się w tym kierunku rozwijać, ale jednocześnie nie rezygnując z aktorstwa, bo reżyserię chciałbym potraktować jako pewnego rodzaju uzupełnienie, tak jak muzykę i sport, któremu ostatnio poświęcam dużo czasu. Jakoś tak mam, że muszę mieć dużo różnych aktywności, bo różnorodność jest dla mnie kluczowa.

Tego ci życzę w takim razie. I żeby doba była dłuższa.

Jest ok, wszystko jest kwestią organizacji, poukładania sobie harmonogramu dnia i umiejętności rezygnowania z pewnych rzeczy. Ja np. już prawie nie imprezuję, częściej wieczorem można mnie spotkać na treningu niż na melanżu, ale w tym momencie właśnie tego potrzebuję.

Trzymam kciuki za debiut reżyserski i zróbcie coś muzycznego z Biljgunem. Wiem, że były takie plany.

Nagraliśmy muzykę, ale nie wiemy co z tym zrobić.

Wydać!

Chyba zrobimy to rzeczywiście sami, bo nie wierzę w to, że wyślemy nasz materiał do jakiegoś wydawnictwa i ktokolwiek nawet do tego materiału zajrzy. Wiem jak wygląda rynek muzyczny, trzeba się spotkać osobiście, a my ludzi z tego świata nie znamy. Cieszymy się muzyką, ona z nas wypływa, to jest nasza pasja. Nagraliśmy materiał, zapłaciliśmy za to z własnej kieszeni i to jest chyba ten czas, by puścić naszą muzykę w świat, żeby żyła własnym życiem.

Może właśnie to jest ten moment, w którym ktoś to usłyszy i sam do was zadzwoni?

Managerowie zgłaszajcie się do nas.

Dzięki wielkie za wspaniałą rozmowę. Trzymam za ciebie kciuki. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy coś, co sam wyreżyserujesz.

Dziękuję, a tymczasem z zapasem zapraszam do kin na „Furiozę”.

 

fot.: Kamil Banaszek

Reklama