Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Niedawno w mojej wyobraźni doszło do spotkania z kumpelą, z którą w realu obiecujemy sobie wspólną rozmowę od kilku dobrych miesięcy. Tak więc siedzimy sobie z T. u mnie na poddaszu, popijamy whiskey (każdy, kto zarzeka się, że nie pije, prędzej czy później ujawni się jako konsument alkoholu, wystarczy tylko odpowiednie towarzystwo). W pewnym momencie T. pyta mnie o moje perypetie sercowe (tu pada odpowiedź), a następnie próbuje zgasić mój entuzjazm wartkim komentarzem – „Ostrożnie, nic nie zakładaj”. Rzucam jej maślane spojrzenie, dopełnione nutką ironii w grymasie twarzy, odpowiadając:

– Nadal się zapalam, tylko inaczej.

Reklama

I nie mam tu na myśli częstotliwości zapłonu, lecz jego rodzaj. Kiedy bowiem masz te naście lat i budzą się w Tobie hormony, każda napotkana dziewczyna, z wyjątkiem tych dalekich od Twoich wyobrażeń na temat ideału, wydaje Ci się boginią. Jeśli jesteś wrażliwcem, poświęcasz się pisaniu dla niej wierszy i automatycznie w swojej głowie zaczynasz pielęgnować obraz jej jako przyszłej żony. Jeśli jednak myślisz inną częścią ciała, również będącą pod wpływem serca, w głowie masz obrazy opatrzone etykietą – „dozwolone od lat 18., chyba że złamiesz hasło”. Sam pamiętam moment, kiedy poznałem definicję pojęcia kobiecości. Połowa lat 90. „Słoneczny patrol”. Biegnące po mokrym piasku ratowniczki w czerwonych kostiumach. Ten widok, który zawstydza, a jednocześnie wzbudza ekscytację. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, jak piękne może być kobiece ciało. Mijały lata. Stałem się grafomańskim piewcą zakochania, piszącym na poziomie uroku osobistego ówczesnych adresatek tychże wierszyków. Wielu z nas po latach budzi się z kacem, przypominając sobie dawne obiekty westchnień, za które wówczas dałoby sobie uciąć sobie rękę. Na szczęście, do dziś możemy klaskać. Kiedy już więc zweryfikowałem swoje możliwości pisarskie i zrozumiałem, jakie błędy popełniałem dotychczas, poprawiło się również moje życie romantyczne. Najpiękniejsza jest wszak konfrontacja z rzeczywistością – przeżywasz bolesne rozczarowanie własnymi wyobrażeniami na temat świata, w którym przyszło Ci funkcjonować, a chwilę później jedziesz już autostradą w kierunku kolejnych wyzwań. Bo w życiu nie ma miejsca na próżnię, sentymenty. Dobrze definiuje to  stwierdzenie – im bardziej wierzysz w przyjaźń, tym mniej masz przyjaciół. Trywialne, lecz  oczyszczające. 

Wracając do spotkania z T.:

  Co znaczy, że zapalasz się, tylko inaczej?

  Wreszcie poznałem sens słów piosenki grupy De Mono – „kochać to nie znaczy zawsze to samo”.

I bo butelce. 

Reklama