Aleksandra Konieczna: Błyskotliwa ryzykantka

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Dla aktorki i reżyserki Aleksandry Koniecznej po erze teatralnych spełnień nastał czas spektakularnych sukcesów w kinie. Nagradzana za rolę Zofii Beksińskiej w „Ostatniej rodzinie” oraz Igi Cembrzyńskiej w „Jak pies z kotem” stała się obiektem pożądania filmowców. Jan Komasai Borys Lankosz zaprosili ją do swoich najnowszych produkcji, a to tylko część filmowych planów aktorki. Potrafi taktownie prowokować, wie, co jest ważne, słucha świata, przygląda się mu, jest entuzjastką życia, a pomysły na sposób pracy nad rolą znajduje wszędzie, nawet podczas wywiadu.

Aleksandra Konieczna:Przed naszą rozmową chciałabym zobaczyć Twój charakter pisma. 

Magdalena Juszczyk: Piszę trochę jak cyrylicą.

 Pięknie.

Mogłabym z takim pismem zostać ministrem kultury?

Tak, nawet w Moskwie.

To jest żartobliwe otwarcie naszego spotkania. Początek zaplanowałam inny, ale skoro zaczęłaś od charakteru pisma, to spytam, czy można do niego porównać aktorstwo? Na ile charakter pisma przekłada się na to, jak się w tym zawodzie malujesz na ekranie czy scenie?

Muszę chwilę pomyśleć o tym… Poszłam kiedyś do grafologa, żeby mi powiedział, kim jestem, jakie cechy ujawniam. Napisałam dwa zdania, z których wyczytał nonszalancję, wysokie poczucie własnej wartości…


Reklama
Advertisement

Potwierdzasz to? Tak się czujesz?

Często nie. Albo grafolog się mylił, albo to poczucie własnej wartości czymś zabiedzam, nie wiem. Bardzo zamaszyście stawiam wielkie litery, te wszystkie zakrętasy takie mocne – to świadczy ponoć o silnej seksualności. I teraz, odpowiadając na Twoje pytanie: szukam zazwyczaj głosu, brzmienia postaci (i nie chodzi o intonację). Każda postać pisze inaczej, to pewne. Nigdy w ten sposób nie pracowałam, by sobie wyobrażać charakter pisma, a to jest ciekawe, zrobię tak przy następnej okazji, daję Ci słowo. Zainspirowałaś mnie. Dziękuję Ci.

Ja też dziękuję za docenienie tego przypadkowego pomysłu. Nasze spotkanie powinnam zacząć od opisu: Aleksandra Konieczna – aktorka teatralna, reżyserka teatralna, aktorka filmowa, aktorka telewizyjna…

Aktorka wszechstronna.

Aktorka wszechstronna i kamikadze, jak sama o sobie powiedziałaś na festiwalu w Gdyni. Po tym, co zobaczyłam, obserwując Cię dziś w relacjach międzyludzkich na planie sesji zdjęciowej i przy kawie w kuchni, przedstawiłabym Cię jako ryzykantkę, która ryzyko wnosi w bardzo delikatny sposób.

Chyba tak jest. Nie wiem, z czego to się bierze. Z wrażliwości? Może trochę z nudy? Może z nonszalancji? A może po prostu z patrzenia, z obserwacji, z tego, że żyję, doświadczam? Czuję się coraz bogatsza i dojrzalsza, coraz więcej wiem, a równocześnie chcę się kontaktować z ludźmi, którzy są w różnych momentach swego życia, na różnych poziomach życiowej „kamienicy”. Ja czasem też spadam na parter, czasem do piwnicy – bywa się na różnych poziomach tej architektury losu. Czasem też chyba po prostu chcę, żeby nie było nudno, więc wywołuję napięcie. Też chcę rozśmieszać, rozbroić coś, kontrapunktować. Jestem zodiakalną Wagą, pomimo iż do horoskopu nie przywiązuję dużego znaczenia, to jednak jest we mnie coś immanentnego dla tego znaku, na przykład zawsze staram się dbać o elegancję i o takt. Robię to również z powodów interesownych – gdyby ktoś wobec mnie postępował niezbyt przyjemnie i nie czułabym idących za tym dobrych lub przynajmniej neutralnych intencji, to stawiałabym opór. Więc w drugą stronę staram się działać tak samo: dbam o dobre „opakowanie” i mam tak od zawsze. To jest u mnie niewykoncypowane, bezwiedne, nieświadome.

Aktorka, która ma ogromne osiągnięcia w teatrze, pracowała z najwybitniejszymi twórcami teatralnymi, sama też reżyserowała na nie byle jakich scenach, do świata kina wchodzi bez pychy dyktowanej teatralnym zapleczem i nie na prawach gwiazdy. Skąd ta skromność?

Wydaje mi się, że nie ma takiej możliwości, kiedy tak zwany sukces przychodzi późno i niespodziewanie. W ogóle za nim nie tęskniłam, nie byłam rozżalona – pracowałam w teatrze w wielkim spełnieniu, we współpracy z dobrymi reżyserami stworzyłam wiele ważnych ról. [Spektakle w teatrach: Polskim, Dramatycznym, Rozmaitości; współpraca z Janem Englertem, Krzysztofem Warlikowskim, Grzegorzem Jarzyną, Krystianem Lupą, René Polleschem, Piotrem Cieplakiem, Pawłem Miśkiewiczem; reżyseria m.in. w Teatrze Narodowym, Teatrze Dramatycznym i TR Warszawa – przyp. M.J.] Kiedy powierzano mi takie role, czułam, że mam szczęście dostępując tych wszystkich spotkań. Swoje cowieczorne spełnienie, trud, a także poczucie rozwoju i sensu miałam zapewnione, nie tkwiłam gdzieś na uboczu i nie rozmyślałam: czemu nie ma mnie w kinie? Jakoś nie myślałam o filmie – nie przyszedł do mnie, ja do niego też nie przyszłam. Natomiast jeśli chodzi o „Ostatnią rodzinę” – pierwsza duża rola w świetnie napisanym scenariuszu – to warto tu poruszyć kwestię inteligencji aktorskiej. Moim najbliższym partnerem był wybitny aktor Andrzej Seweryn. Nie miałam tremy, nigdy nie jestem stremowana w aktorstwie, kiedy dochodzi do istoty sprawy, czyli kiedy zaczynam swoją robotę. Boję się ewentualnie, że nie podołam czemuś, ale wchodzę we wszystko bardzo głęboko. Natomiast tutaj podczas pierwszych prób prawie nie miałam szansy wbić się z jakimkolwiek swoim zdaniem. Janek Matuszyński rzucił nagle: Ola, powiedz coś jeszcze, bo Ciebie mam tak mało. Może po prostu nałożyło się na naszą pracę to, że opowiadaliśmy o rodzinie Beksińskich: o tym demonie, Zdzisławie Beksińskim, i drugim demonie, synu, Tomaszu Beksińskim. Dwaj aktorzy bardzo silni w swoich rolach – ja nic nie miałam do powiedzenia. I wtedy mnie olśniło: to jest dokładnie jak w tej rodzinie! Zosia odzywa się tylko wtedy, kiedy chłopaki dadzą jej głos, ona działa tylko w przestrzeniach, na które oni jej pozwolą. A przecież i tak mocno działa, bo jest czymś w rodzaju uziemienia, ważną częścią tej rodziny, jej szarą eminencją. Ona nie musi dbać, żeby istnieć – ona istnieje.

Bez niej oni przepadną.

Bez niej oni przepadną i bez niej oni przepadli. Jakieś licho aktorskie we mnie, inteligentnie to rozbierając, pomyślało sobie: co ja tu będę przy Sewerynie! Może zastosować takie środki wyrazu, żeby tego prawie nie było widać? Uwielbiam takie aktorstwo, to jest dla mnie ideał – tak grać, żeby widz patrzył i myślał: co to, amatorka? Za co oni jej płacą? Kiedy zobaczyłam „Ostatnią rodzinę”, pomyślałam: Boże, ja tam nic nie zagrałam, właściwie powinnam producentom kasę zwrócić, gdyby nie to, że już w całości ją przeżarłam! [Aleksandra Konieczna otrzymała za rolę Zofii Beksińskiej Nagrodę za pierwszoplanową rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2016 r., Orła Polską Nagrodę Filmową w kategorii: Najlepsza główna rola kobieca, Nagrodę za „wielką kreację aktorską” na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” – przyp. M.J.]

A zatem mniej znaczy więcej.

To był mój sposób na ten układ, na tę konstelację bohaterów filmu i aktorów w nim grających – rozrzedzić środki wyrazu, nie docisnąć, rozmazać, żeby tego prawie nie było. Wydawało mi się, że to jest na tyle subtelne, że może zostać niezauważone, a jednak zauważone zostało. Bardzo mnie ucieszyło, że coś tak subtelnego działa. Natomiast Iga Cembrzyńska [zagrana przez Aleksandrę Konieczną w filmie Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem”, rola ta przyniosła aktorce Nagrodę za drugoplanową rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2018 r. – przyp. M.J.] jest postacią kompletnie inną – taką, że mogłam naprawdę „pojechać” jak na skórce po bananie i tej jazdy nie skończyć, rozerwać się w kroku. Jest to postać tak wychylona, tak kolorowa, tak niezrównoważona – środki wyrazu nie mogły być stonowane, one musiały być mocne. Miałam też bardzo mało czasu. Trzeba to było też uprawdopodobnić – dla siebie, by sobie napalić w sercu. W swoim wyobrażeniu niewiele miałam i bardzo bałam się omsknięcia w kicz. Jeżeli chodzi o robotę, o „charakter pisma”, to były też inne środki wyrazu, świadomie podejmowane przeze mnie decyzje. Tego się mgiełką nie zagra, tu trzeba bardzo ostrego rysunku. Konstanty Stanisławski podaje najprostszą moim zdaniem definicję aktu twórczego – aktorskiego, ale też każdego twórczego: jest to zejście do podświadomości i świadomymi sposobami nieprzeszkadzanie jej. Czyli po prostu muszę bardzo głęboko zanurkować w jakiś rodzaj niewiedzenia, w ten sen, w oniryczną część tej osoby, która tu na przykład jest dodatkowo jeszcze otumaniona alkoholem, kacem, brakiem alkoholu we krwi, rozdrażnieniem z tym związanym. Musiałam wejść w swoją podświadomość – też kiedyś alkohol piłam, na szczęście limit mam wyczerpany i teraz już nie piję, ale pamiętam świetnie ten czas. Wychodzę stamtąd i staram się pamiętać, co tam się zadziało i tylko w drobiazgach, strzępach jestem w stanie to zapisać, zapamiętać. Potem z tych strzępów powstaje coś. W teatrze też tak pracowałam, wchodziłam bardzo głęboko i szybko wychodziłam. To musi być higieniczne. Głębokie wejście i zostawanie tam grozi deprechą. Jeśli zostanę, nie zapamiętam na powrót wszystkich swoich PIN-ów kart kredytowych, miejsca parkingowego, gdzie zostawiłam auto, tego, jak działa moja skrzynia biegów… Wiem, że kiedy wchodzę głęboko, to później muszę się dłużej regenerować. Te wiwisekcje na mózgu są bardzo niebezpieczne.

Na tym właśnie zasadza się największe ryzyko w tym zawodzie?

Myślę, że akurat ryzyko w tym trudnym zawodzie jest bardzo duże. Nie czuję się na siłach, żeby mówić w imieniu wszystkich aktorów, na czym polega największe ryzyko w tym zawodzie. Ja staram się świadomie wchodzić i wychodzić, a gdy się ma tę świadomość, robi się to w miarę higienicznie. Choć zdarzają się rzeczy takie, jak przy filmie „Jak pies z kotem”. Przyjechałam do domu, spakowałam walizkę, zostawiłam swojego oniemiałego ukochanego mężczyznę i pojechałam spać do hotelu kilka ulic dalej. Po prostu to był ten moment, kiedy nie byłam w stanie stamtąd wyjść… Ale oczywiście za chwilę podałam mu SMS-em adres. Poprosiłam o herbatę, ktoś zapukał i usłyszałam: room service, zapytałam, jaki room service, odpowiedź brzmiała: sraki, Ola, otwieraj! To był mój facet. Powiedział: pakuj się! Jeszcze trzy dni filmu, wytrzymamy.

Jak sprawić, żeby taki życiowy „room service” w trybie stałym mieć? Po swojej bardzo niestandardowej pracy dźwigać wyzwania, jakie niesie tak zwane normalne życie?

Nie ma takiej możliwości. To byłoby bardzo nudne, nie miałabym życia. A gdybym nie miała życia, to nie mogłabym uprawiać aktorstwa – proste. To działa w dwie strony, jedno musi zasilać drugie, inaczej się nie da. Bardzo lubię życie i do życia natychmiast po przedstawieniach wracałam. Lubiłam robić kolacje, lubiłam dbać o moją córkę, ogarniać dom, robić pranie, wyprowadzać psa (zawsze miałam zwierzęta) – być blisko życia. Po prostu lubić je, ale też interesować się i ciekawić nim. W moim życiu, powiem szczerze, były może ze dwa takie dni (nawet niecałe!), kiedy nie byłam go ciekawa. Nawet nie myślałam, że to jest depresja albo jej początek. Po prostu myślałam: strzelę samobója. Dla mnie, tak pazernej na życie, tak go chciwej, to był moment absolutnego stopu. Przypomniało mi się zdanie z Prousta – nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytałam w literaturze bardziej smutne zdanie: drzewa, nie macie mi już nic do powiedzenia. A ja uwielbiam drzewa… I takich momentów miałam dwa, nie trwało to dłużej niż dwa dni. Myślę, że to jest potwornie niewdzięczne względem Stwórcy, siły wyższej – ktokolwiek nas zaplanował w tych idealnych, genialnych komputerach, jakimi jesteśmy. To jest absolutnie niewdzięczne, nie chcę tego.

Zakładam, że teatr nie jest przestrzenią, w której zawsze idzie się ku słońcu, więc przypuszczam, że gdyby nie potęga Twojego ducha, to można by wiele razy dojść do tej otchłani. Zaryzykowałabym zatem stwierdzenie, że Twoje usposobienie i bycie entuzjastką życia decyduje o tym, iż mając określone doświadczenia w teatrze, nigdy się w tę otchłań nie osunęłaś.

To, o czym mówisz, to jedno, bardzo ważne, ale ja mam zawsze z tyłu głowy, że tu chodzi jednak o dawanie. Ja daję. Daję dużo z siebie. Do teatru przychodzą ludzie co wieczór, za to płacą, tego pragną, to jest im potrzebne do refleksji. Niektórzy potem o tym mówią, przychodzą po spektaklach, piszą, że jakiś moment, albo rola, albo scena, gdy jakaś postać tak i tak się zachowała – to im coś dało. Myślę też, że mnie samej każda rola daje co innego. Co dała mi na przykład postać Igi Cembrzyńskiej? Mnie się zawsze wydawało, że miłość to jest odpowiedzialność, a odpowiedzialność to miłość. I ten film jest o tym (choć jest też o wielu innych rzeczach). Dla mnie dotychczas to był prosty ciąg przyczynowo-skutkowy: miłość/odpowiedzialność, odpowiedzialność/miłość. Byłam raczej tą osobą – i myślę, że nią pozostanę – która z miłości wykupuje recepty, jeśli są przepisane przez lekarza, a nie je zostawia i myśli o ułożeniu z miłości piosenki, bo to lepiej posłuży zdrowiu chorej bliskiej osoby. Dzięki temu filmowi już nie mam takiej prostej oceny osób, które tych recept nie wykupią – bo może nie mogą ich wykupić, bo może zapomniały, bo może nie mają pieniędzy, bo może nie mogą dojść do apteki, bo może nie dają rady, bo może mają inne jakieś pomysły, bo może w ogóle myślą, że można jeszcze inaczej leczyć: właśnie miłością, dotykiem? Moja kotka bardzo ciężko teraz choruje. Do wszystkich cieniusieńkich żył zakładają jej wenflony, jakieś pompy infuzyjne, a ona tylko się wystawia i czeka, żeby ją kiziać. Patrząc na mnie z miłością wielkimi zielonymi oczami, mówi mi: guzik mnie obchodzą ból i śmierć, ważne jest kizianie! Kiziaj mnie. Uznałam zatem: co tam śmierć, ważne kizianie. Wiesz, ja nigdy jeszcze nie dotykałam dziennikarza podczas wywiadu. Możemy się pokiziać? Nie będzie to tzw. zły dotyk? Nie posądzisz mnie o coś takiego? Ani wasz wydawca?

Ależ skąd! Jestem tym dotknięciem zaszczycona. Czy ja Ciebie również mogę dotknąć?

Masz tak gładką skórę, że chciałabym ją teraz wąchać, ale to może już w innym programie…

Posuniemy się już za daleko. Chociaż… niby dlaczego?

[Głośny śmiech obu rozmówczyń]

Z teatru, który zawsze był dla Ciebie łaskawy i dobry, przeszłaś do serialu. Mówię o takim typie seriali, które nie są kinem artystycznym w paru lub kilkunastu odcinkach, lub w kilku sezonach. [Aleksandra Konieczna zagrała m.in. w serialach: „Klan”, „Na Wspólnej”, „Diagnoza” – przyp. M.J.]Zapominasz o wielkiej sztuce i zaczynasz myśleć wyłącznie o codzienności i środkach finansowych, jakie grając tam zyskujesz?

Jest magia teatru, do którego zawsze tęskniłam, i jest po prostu życie – płacenie rachunków i jakaś ciągłość finansowa. Jest świadomość tego, że w serialu pod względem artystycznym będzie cieniej i że będę szła na kompromisy, ale tego też potrzebuję, bo serial da mi rozpoznawalność, co jest ważne dla sposobu myślenia producentów filmowych. Ryzyko jest, ale równocześnie ja jako aktorka staram się po prostu zrobić swoją robotę dobrze. Gorzej mnie oświetlą, zrealizują wszystko najprostszymi sposobami, bo tam brak czasu, to jest często taśmowa produkcja, pojawiają się takie klapki: ma być zagrane to, co jest napisane. Zachęcają mnie wtedy lub nawet przymuszają do ilustracyjnego aktorstwa. Wówczas się buntuję. Po prostu mój organizm aktorski się buntuje: nie będę ilustracyjnie grała pewnych rzeczy, nie zgadzam się! Źle znoszę, gdy reżyserzy realizujący seriale będące w codziennej emisji mówią mi, że widz czegoś nie zrozumie. Nie ma co z widza robić durnia. 

Po zagraniu w „Belfrze” na pewno masz też inne spojrzenie na serial jako gatunek. Można być już spokojnym o jego kondycję?

Konkurencja bardzo goni i napiera. Po pojawieniu się platform takich jak Netflix, HBO i Showmaxproducenci, reżyserzy i całe ekipy twórców seriali stracili wcześniejszy komfort. Nie da się już realizować scen w sposób, o którym często dowcipkowaliśmy, że gdy zapomnisz jakiś tekst, to zawsze możesz powiedzieć coś, co wydłuży scenę, a tobie pozwoli przypomnieć sobie kwestię. Takie zdania, które możesz powiedzieć zawsze, w każdym serialu: Wiesz co? Szczerze? Albo: To może zrobię ci herbaty? Albo: Płacz, to ci przyniesie ulgę. I właśnie ten komfort został zdewastowany, wycięty przy korzeniu! Nie ma wyjścia – musimy iść w stronę serialu na poziomie europejskim czy wręcz światowym.

Będzie nowe rozdanie w kinie z twoim udziałem – sięgają po Ciebie twórcy interesujący: Borys Lankosz, Jan Komasa. Filmy obu reżyserów są w produkcji. 

Premiera ekranizacji wspaniałej powieści Joanny Bator „Ciemno, prawie noc” w reżyserii Lankosza odbędzie się 20 marca. W roli głównej Magda Cielecka, a do Wałbrzycha na plan zjechało mnóstwo świetnych aktorów, by grać w epizodach, w bardzo mocnych, wspaniałych charakteryzacjach. Nieco później pokazane zostanie „Boże Ciało” Janka Komasy. Mam dużo nadziei z tymi filmami związanych.

Ambitne rzeczy, interesujące, więc chyba nudzić się w sztuce filmowej nie będziesz?

Bardzo bym chciała nie nudzić się w sztuce filmowej. 

Olu, było mi bardzo miło spotkać się z Tobą. Naszych czytelników i widzów zapraszamy do obejrzenia twojej sesji zdjęciowej – to owoc współpracy z fotografem Bartkiem Maciejewskim. Wszystkiego dobrego w zawodzie i w życiu!

Dziękuję.

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama