Kiedy zwiędną tulipanki

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

„Niewidzialny człowiek” to zaskakująco dobrze uszyty thriller, który tylko z pozoru eksploruje przestrzeń wydarzeń science fiction – to sprawne studium opresji i przemocy.

Nie uważam, żeby Elisabeth Moss była nadzwyczajną aktorką. Bacznie jednak śledzę produkcje, w których występuje, bo w większości to ambitne i nieoczywiste obrazy, które dają do myślenia i wbijają w sumienie odbiorców elegancką szpilkę. Warto zaznaczyć, że przeważnie to szpilka zanurzona w feministycznym eliksirze. Moss dała się już poznać w serialach „Opowieść podręcznej”, „Mad Men” i „Top of the Lake”. Dlatego nie dziwi, że ekranizacja powieści „Niewidzialny człowiek” również wątek o charakterze feministycznym eksploruje. Staje się również metaforycznym studium ofiary przemocy domowej. Kiedy zwiędną już kwiaty po dniu kobiet, obraz ma szansę zyskać nową interpretację i przetrwać dłużej niż obowiązkowo (a przy tym w większości bezmyślnie) wręczane tulipanki. 

Reklama
Advertisement

Film rozpoczyna się jak klasyczny obraz grozy: Cecile nocą ucieka z imponujących rozmiarów nowoczesnego domu, naszpikowanego technologicznymi pułapkami. Wcześniej cudem udało jej się uśpić swojego oprawcę, Adriana. W podziemiach rezydencji znajduje się laboratorium – jak się później dowiadujemy, oprawca i mąż bohaterki to geniusz w obszarze optyki, więc nie tylko słynie ze swojej profesjonalnej sprawności, ale i ucieczka z jego domu niemal graniczy z cudem. W ewakuacji Cecile pomaga siostra i dostarcza ją do kryjówki na przedmieścia San Francisco, gdzie zaszczuta, przerażona Cecile mieszka ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, Jamesem (policjantem) i jego nastoletnią córką Sandy. Przez pierwsze dni nawet nie wychyla nosa za próg domu, ścigana złymi wspomnieniami i poczuciem bycia obserwowaną. 

Cecile nie może pozbyć się poczucia, że wciąż jest obserwowana – opiekunowie kładą to na karb stresu pourazowego. Teoretycznie Cee nie ma się już czego obawiać: media donoszą, że genialny wynalazca popełnił samobójstwo. W spadku powierza żonie pokaźną sumę, którą jego brat w charakterze pełnomocnika ma wypłacać w transzach – pod warunkiem, że w ciągu najbliższych pięciu lat kobieta nie popełni żadnego wykroczenia ani tym bardziej przestępstwa. Wdzięczna Jamesowi za pomoc i opiekę Cecile decyduje się finansować studia Sandy, umawia się na rozmowę o pracę i rozpaczliwie stara się wrócić do normalności. Jednak ciąg dziwnych zdarzeń, jak zapalająca się patelnia, samodzielnie zamykające się drzwi czy nocne chochliki straszące domowników, potęgują w bohaterce przekonanie, że coś jest nie tak, a jej oprawca może i umarł – ale chyba nie do końca. Otoczenie jest oczywiście przekonane, że niestworzone historie o śladach na wykładzinie i zsuwającej się narzucie to wytwór straumatyzowanej wyobraźni. Dopiero krwawe wydarzenia kolejnych dni każą podejrzewać, że jest inaczej. Zanim jednak otoczenie wyjdzie poza schemat myślenia, Cecile zostanie uznana za wariatkę i, oczywiście, kilkukrotnie poleje się krew. 

Reinterpretacja klasycznej powieści grozy Herberta George’a Wellsa to udany thriller z wyrazistym rysem psychologicznym, świetnym dźwiękiem i dobrym pomysłem (scena prezentująca parę wydobywającą się w ust niewidzialnego człowieka na mrozie może na chwilę zatrzymać serce). Znacznie bardziej wartościowe jest symboliczne przesłanie filmu. Jego bohaterką jest kobieta, najczęstsza ofiara przemocy domowej. A ta, jak wiemy, może przyjmować różne formy: emocjonalne, fizyczne, ekonomiczne i psychiczne. Przemoc jest jak wirus: dotyka bez względu na wiek, odporność, poziom wykształcenia, status ekonomiczny. Państwo wybaczą, że znowu sunę truizmem. I dodam do tego jeszcze bardziej kłującą stereotypową posypkę: „jak jej tak źle było, to czemu od niego nie odeszła?”, „pewnie była z nim dla pieniędzy”, „przesadza, konfabuluje, histeryczka”, „pewnie da się to leczyć”. Ofiary przemocy domowej również w Polsce słyszą takie słowa – co w oczywisty sposób wybiela katów, a pogrąża ofiary. Dodaje oprawcom mocy, sprawia, że zmartwychwstają i w głowach poranionych kobiet rosną w siłę. Wieloletnia przemoc (bez względu na to, w jakiej postaci), pozostawia w psychice niezatarty ślad. Nie pomogą barbiturany, wieloletnie terapie, zmasowana pomoc. Zawsze zostanie blizna. Tym bardziej, że tylko ofiary przemocy wiedzą, jak było i jak bolało. Każda prawda jest inna: niepowtarzalnie bolesna i niemożliwa do cofnięcia.
Pozornie niezobowiązujący thriller staje się więc symbolicznym dramatem psychologicznym o opresji, kontroli i winach, które przemijają bez kary. 

Film obejrzałam dzięki uprzejmości sieci Cinema City.

„Niewidzialny człowiek”, reż. Leigh Whannell, wyst. Elisabeth Moss, Aldis Hodge, Storm Reid, Oliver Jackson-Cohen, dystrybucja United International Pictures.

Reklama