Diabeł i mordercy kontra wspomnienia z otchłani – polska muzyka stycznia oraz lutego

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Janusz Jurga – Occultt
Gatunek: diabelskie techno (patrz: “Climax” Gaspara Noe)
Data wydania: 3.01
https://januszjurga.bandcamp.com/album/occultt

Specjalista od leśnego ambient techno tym razem opuścił borowe terytoria i wrócił tam, skąd jego muzyka tak naprawdę pochodzi, czyli do miejskiego, klubowego środowiska. Jeśli jednak myślicie, że EPkę “Occultt” można nazwać parkietową bombą, to jesteście w błędzie. Autor genialnych “Duchów Rogowca” rzeczywiście na chwilę odciął się od fascynacji mistycyzmem słowiańskiej fauny i flory, lecz absolutnie nie porzucił zamiłowania do kreowania atmosferycznych utworów o rytualnym zacięciu. Słuchając tego materiału mam wręcz wrażenie, że Jurga stał się jeszcze bardziej radykalny. O ile poprzednie dokonania muzyka delikatnie sugerowały paranormalne atrybuty skrywane przez otaczającą nas rzeczywistość, tak tutaj nie ma już mowy o jakichś lekko niepokojących domniemaniach. Brzmienie całości dorasta do tytułu i serwuje demoniczny ceremoniał charakteryzujący się metodycznie budowanym suspensem. Jurgowskie odczytanie konwenansów elektroniki stało się pieprzniejsze i już nie zagląda wstydliwie w głąb otchłani, a pozwala, by wypełniła ona oczy, usta oraz nozdrza.

Reklama
Advertisement

Bartuś 419 – Boże błogosław morderców
Gatunek: dada-rap, dada-industrial
Data wydania: 21.01
https://enjoylife.bandcamp.com/album/bo-e-b-ogos-aw-morderc-w

Facet o pseudonimie artystycznym przypominającym czatowy nick rzeczywiście przywodzi na myśl muzycznego seryjnego mordercę.

Zamordował gatunkowe konwenanse. Wziął na warsztat komiksowy maczyzm hip-hopu i doprowadził go do kosmicznego absurdu. Melodeklamowana przez niego miejska poezja, nasączona blokową wulgarnością oraz karykaturalną metaforyką przemocy, buduje antyrapowy teatr okrucieństwa. Ponadto, przystroił groteskowy mikrofonowy performance, industrialnym brzmieniem prowadzącym cyberpunkowy fetysz XXI wieku prosto na ścięcie. Bartuś doprowadził już i tak karykaturalne klisze do stylistycznej eksplozji, czym dopisał perfekcyjny epilog estetycznej schizofrenii współczesnej muzyki popularnej.

Zamordował też modny w dzisiejszych czasach nonkonformizm. Skoro teraz głównonurtowa sztuka właściwie już automatycznie musi być rebeliancka, to wszelkie próby przełamywania barier są skazane na banalność. Bartuś to wie i Ty też to wiesz. Dlatego jego album namaszcza nonsens. Prowadzące często donikąd niedorzeczne bity uzupełnione chaotycznymi, sloganowymi limerykami, propagują kulturę światopoglądowej porażki, gdzie pozbawiony puenty mem jest ostatnią szczerą formą przekazu. Ponieważ nawet ikonoklaści budują sobie pomniki, Bartuś 419 widzi jedyne rozwiązanie w kabaretowym nihilizmie.

Wreszcie podczas występów na żywo zamordował również samego siebie i prawdopodobnie będzie to robił jeszcze nie raz. Na oczach nie do końca przygotowanej publiczności, nowy enfant terrible sceny niezależnej testuje granice własnego ciała, poddając się różnym, transgresyjnym aktom. Takie samookaleczanie idące pod rękę z czystym szaleństwem niektórzy porównują z wybrykami śp. GG Allina, a także Iggy’ego Popa. Jednakże myślę, że to przestrzelone tropy. Wspomniani artyści byli przecież rock’n’rollowcami, pragnącymi swoimi kontrowersyjnymi aktywnościami wzbudzić podziw tłumów. Tymczasem, Bartuś jest chyba najbardziej antyrock’n’rollowym twórcą w Polsce. To artysta, który brzydzi się estradową triumfalnością. Jego sceniczny spektakl to tak naprawdę dopełnienie muzyki, akcentujące odpychającą niedoskonałość każdego dźwięku oraz wersu.

ku_tzu – Architekci wspomnień
Gatunek: odrealniony ambient
Data wydania: 21.02
https://opuselefantum.bandcamp.com/album/architekci-wspomnie

W materiałach prasowych promujących album pochodzący ze Szczecina artysta pyta : “czy w pół godziny da się zmierzyć się z przeszłością?”. Ten dylemat odsłania przed odbiorcą szalenie wielkie ambicje projektu, próbującego ugryźć temat, który zdawałoby się, jest nie do ugryzienia – istotę naszych wspomnień. Dwanaście utworów skomponowanych przez ku_tzu oczywiście nie wyczerpuje poruszanej problematyki, bo przecież analiza reminiscencji to niemająca prologu ani epilogu syzyfowa praca. Natomiast reprezentującemu Opus Elefantum Collective artyście udaje się w bardzo interesujący sposób zrekonstruować specyficzne doznania towarzyszące człowiekowi podczas wszelkich retrospekcyjnych uniesień. Mamy tu do czynienia z całym spektrum emocjonalnych barw budujących spójną, ale różnorodną narrację.

Spokojny, downtempowo-ambientowy puls nadaje całości trochę odrealnionego tonu, przypominającego o subiektywności zapamiętanych chwil, egzystujących gdzieś w oddali jako quasi-imaginacje przyozdobione mitologizującym upływem czasu. Z kolei trzymający te impresjonistyczne plamy w ryzach regularny rytm, dodaje wyrazistości i prezentuje fascynujący taniec pragnącego odtworzyć najdrobniejsze szczegóły umysłu z rozmywającą rozdzielczość momentów pamięcią.

W dobie nachalnej, nostalgicznej pornografii, jaką uprawia współczesna popkultura, dobrze jest posłuchać płyty, która traktuje przeszłość jako coś więcej niż tylko efektowny rekwizyt.

NOON- Nobody, Nothing, Nowhere
Gatunek: uważna obserwacja próżni
Data wydania: 22.02
https://open.spotify.com/album/6FwmBAS5OxznTvNoMZZEdC

Mikołaj Bugajak to postać absolutnie kultowa. Warszawski muzyk, który wyrobił swoją markę wspaniałymi podkładami hip-hopowymi dla czołówki rodzimych raperów, a w późniejszym etapie kariery coraz mocniej flirtował z abstrakcyjną elektroniką, od wielu lat wydaje albumy nieschodzące poniżej bardzo wysokiego poziomu. Sięgająca niemal chmur artystyczna poprzeczka nie zmienia swej pozycji również w 2020 roku. “Nobody, Nothing, Nowhere” to kolejna wyjątkowo frapująca pozycja noonowskiej dyskografii.

Kręgosłup składającego się z czterech niezwykle bogatych aranżacyjnie utworów krążka bazuje na polemice organicznych i syntetycznych detali. Chłodne syntezatory mieszają się tu z “żywą perkusją” i smyczkami, a pojawiające się od czasu do czasu wokalne sample kroczą wzdłuż niewidzialnej granicy pomiędzy człowieczeństwem a dźwiękową próbką.

Nikt. Nic. Nigdzie. Czyżby był to album o pewnym fatalistycznym marzeniu? O pragnieniu, by dać się porwać pustce i zniknąć, przestać “być”? Ludzki głos oraz tradycyjne instrumenty mimo wszystko nie przegrywają tu z mroźną, cyfrową estetyką, więc wizja utonięcia w czeluści jednak całkowicie się nie spełnia. Może więc “Nobody, Nothing, Nowhere” wyraża przyjemność chwilowej ewakuacji ze szponów “ja”, praktykowanej poprzez medytację, czy pozbawioną refleksji, obserwację punktów na niebie? Tak czy inaczej w celebrowanej przez Noona sonicznej pustce jest coś wyjątkowo kojącego.

Reklama