Tinder i sklepy spożywcze – Textual Relationships

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Spotkanie ze „zwykłym”, czyli nieznajomym Czytelnikiem, gdy tekst przebrnie już przez gąszcz wydawców i krytyków, a także krytykantów, gdy ucichnie w internecie i oschnie z ciepłej farby drukarskiej w kioskach, i trafi sobie spokojnym żywotem do zmęczonych oczu, zapracowanych rąk Owego Zwykłego, a potem gdy posłuży papierem do wypchania przemokniętych butów, to wtedy, och, jaka ulga, wtedy słowo ciałem, nie inaczej, się staje i powrotnie osiąga swój stan upragniony. Anonimowy.

Jak uwolnić się z kieratu autorstwa, więzów nazwisk i zależności wydawniczych, codziennej walki o chleb, pieniądz i rachunki? Ukojenie przynieść może schyłkowy moment procesu, ciepłe rozejście się tekstu po kościach.

Reklama
Advertisement

Napisałam raz krótką przypowieść o miłości i jak często, zanim miałaby ujrzeć światło publikacji, wysłałam ją w zaufaniu przyjacielowi z Łodzi, jako tak zwanemu najważniejszemu, Pierwszemu Czytelnikowi. Każdy pisarz ma takich Pierwszych na podorędziu kilku. Przyjaciel wydrukował opowiadanie, wziął psa na spacer i na jednym z łódzkich osiedli wstąpił do zakumplowanego sklepu spożywczego. A w nim, kupując chleb, jajka, coca-colę, odczytał na głos ekspedientce tę moją małą rzecz o miłości. To była rzecz o miłości mojej i jej współudziałowców, a więc w zasadzie bardzo jednostkowa, ale jak się okazywało, napisana z takim morałem, że zataczała krąg jakoś uniwersalny. Bo najpierw przeszła po plecach dreszczem mojemu przyjacielowi, gdy czytał ją po cichu w domu, a potem ta pani w sklepie, kasując zakupy czytnikiem kodu, zaśmiała się i zapłakała w tej samej chwili, że: – To historia przecież o mnie! – powiedziała.

I to, ten moment właśnie, spotkanie pisarza, poprzez tekst, ze „zwykłym”, co oznacza, nieznajomym sobie czytelnikiem, nieznajomym sobie, co oznacza ani wrogiem, ani przyjacielem, ani żarliwym przeciwnikiem, ani gorącym fanem — ta właśnie żywa, osobista reakcja pani ekspedientki w łódzkim sklepie, wzięła mnie za serce, ale i po dziś dzień uważam, że to właśnie dla takich spotkań, dla takich momentów : pisze się.

Zarazem, takie spotkanie z czytelnikiem, gdy tekst przebrnie już przez gąszcz wydawców i krytyków, a także krytykantów, gdy ucichnie w internecie i oschnie z ciepłej farby drukarskiej w kioskach, i trafi sobie spokojnym żywotem do zmęczonych oczu, zapracowanych rąk Owego Zwykłego Czytelnika, a potem gdy posłuży papierem do wypchania przemokniętych butów, to wtedy, och, jaka ulga, wtedy słowo ciałem, nie inaczej, się staje i powrotnie osiąga swój stan upragniony. Anonimowy.

Wzruszenie pojedynczego odbiorcy, a i jego, jeśli rzetelna, niepochlebna reakcja, mają właśnie względem nadawcy — coś z anonimowości, niosą mu swój autonomiczny zwrot, zawrót dziejowy.

Jak uwolnić się z kieratu autorstwa, więzów nazwisk i zależności wydawniczych, codziennej walki o chleb, pieniądz i rachunki? Z pomocą przyjść może Roland Barthes, ale nawet jego „Śmierć autora” jako tekst wyraźnie nie odcina się od Barthes’a. Większe ukojenie, świadectwo pierwotnego zadatku Czystej Formy w utworze zada to prozaiczne, poczciwe spotkanie z odległym sobie Czytelnikiem. Finalny i schyłkowy moment procesu, to ciepłe rozejście się tekstu po kościach.

Z pewną niefrasobliwością, założyłam konto na Tinderze. Bałam się, że nie będę na nim anonimowa i że ktoś weźmie mnie tam za taką, jaką sobie mnie wyobraża, za taką, jaką mnie widzi i mnie czyta. A to nigdy nie jest tak. Nigdy. Nawet długi esej nigdy nie jest tym, którym jest. Nawet ja, nawet ty. Chciałam więc oddzielić siebie od „tekstu”, tekstu, który całe życie piszę ja o sobie, Ty o sobie — i rozstawić swój straganik na tym targowisku społecznościowym jako czysty „autor”. Bez „dzieła”. By dać się przeczytać fenomenologicznie. Ale to i tak nigdy nie jest tak. Nigdy. Zawsze włożą nas między inne książki. Kolorami, wielkością, alfabetycznie.

Wstawiłam zdjęcie, które pokazuje pół mojej twarzy. Z grzeczności i obliczalności — o której uczyliśmy się na antropologii słowa — należy przecież pozostawić Drugiemu jakąś możliwość kontaktu wzrokowego. Napisałam w opisie, że szukam kobiet i mężczyzn do wspólnego czytania i pisania; to znaczy, że każdy czyta i pisze swoje, ale we wspólnym towarzystwie, z odżywczymi dyskusjami w międzyczasie.

I wcisnęłam enter. „Ale gdzież ! Moje wydumane obawy ! Jakże niby ktoś miałby mnie tu znać wcześniej? Przecież wszyscy moi znajomi chodzą W Tym Czasie na wydarzenia artystyczne, a pisać piszą po redakcjach i w domu z kotem, jak ludzie, i z tym takim spreparowanym daniem w puszce Huel. No przecież co za bzdurne wymysły; kto by się tam zresztą na Tinderze identyfikował? Im więcej krzywej fikcji, tym wyższa adrenalina. Nicki, zabawne opisy, hashtagi. Na zdjęciach czasem całe twarze, a czasem tylko mięśnie, klatki piersiowe, usta, włosy, tył głowy, zegarki i okulary, wybiórcze, niepowiązane ze sobą części ciała i garderoby, jak w biurze rzeczy znalezionych”. I oto, pierwsza moja „para” na Tinderze, rozmawiamy. Chłopak robi doktorat, przyzwoita wymiana zdań złożonych, „a co byś chciała pisać razem?”. Tłumaczę, że nie-razem, tylko obok-siebie, i że już piszę, że tylko szukam towarzystwa do coworkingu.

Mówię, że zajmuję się tematem nacjonalizmu. Że piszę o nim teraz rzecz. I wtedy mój rozmówca z doktorską przestrogą, może szukający tutaj seksu, może czegoś więcej, a może czegoś mniej, w te słowa z grubsza: „Trudna sprawa, trzeba uważać, jedna dziennikarka z Wyborczej opublikowała rozmowy z dziewczynami nacjonalistkami i to było bardzo burzliwie odebrane przez środowisko”.

„To byłam ja”, odpisuję mu. Kurtyna.

Więc gdy spełnia się najgorszy ze snów, o tym, że nie jesteśmy anonimowi ani w sieci, ani jako autorzy, wtedy okazuje się nagle, niejako ziszcza się ta wizja, dzięki i w której możemy doświadczyć, jak „mieliśmy” się poczuć, gdy najgorsze nadejdzie. To test. Oto jest. Najgorsze nadchodzi.

I nic się takiego nie dzieje.

Dalsza pogawędka z „moim” tinderowym doktorantem, okazuje się oczyszczająca. Nie wiedząc, kim jestem, pisze uprzednio o tej “dziennikarce od nacjonalistek” zupełnie neutralnie i godnie, a potem, gdy sama się przed nim odszyfrowuję, wysłuchuje mnie, otacza wsparciem, wspomina nawet sam z siebie o Jacku Dehnelu, że tenże nie wiedzieć, czemu, lubi dokuczać, zwłaszcza kobietom itp.

Wysłuchuję i ja chłopca opinii na temat reportażu. W ten sposób dowiaduję się, jak ów zabrzmiał dla kogoś, kto nie ganił tej publikacji, ani jej nie bronił publicznie, tylko kto jest Zwykłym Odbiorcą. Ten moment, podobnie jak wtedy, gdy ekspedientka w łódzkim sklepie porusza się do śmiechu i do płaczu po wysłuchaniu mojego opowiadania, jest dotykaniem palca Boga z fresku Michała Anioła.

Autor

Magda Ruta – Urodzona w Łodzi pisarka i aktorka. Absolwentka Université Sorbonne-Paris IV, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Warszawskiego. Aktualnie reporterka Gazety Wyborczej. Publikowała w Tygodniku Powszechnym, Kulturze Liberalnej, Twórczości. Pracowała w agencji prasowej Label News w Paryżu, Polskiej Agencji Prasowej w Krakowie oraz TVP Kultura. Kocha ciszę, taniec, pływanie, naturę, zwierzęta. Małe kina i rozmowę.

Przeczytaj również

90’s Kid

Odległa galaktyka. Świat, w którym rządziły przegubowe Ikarusy i Jelcze

Reklama