The Cure – intrygująca gra pozorów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ostatnie ogłoszenia Open’er Festiwalu rzeczywiście przyspieszyły tętno wielu miłośnikom muzyki. Ja, mimo że kocham Thoma Yorke’a i nie mogę doczekać się występu Andersona .Paaka oraz The Chemical Brothers, najbardziej ucieszyłem się z jednego z najświeższych newsów. Otóż czwartego lipca na gdyńskiej Orange Main Stage wystąpi formacja The Cure – żywa legenda post-punku i gotyckiego rocka.

To koncert, na który czekam najbardziej. Co prawda nie każda płyta Brytyjczyków przypadła mi do gustu i nie zawsze mam ochotę na słuchanie wszystkich ich piosenek, ale jest w cure’owej filozofii coś niezwykle frapującego. Coś, do czego mam wyjątkowo silny emocjonalnie stosunek.

Reklama
Advertisement

W działaniach ekipy dowodzonej przez Roberta Smitha porusza mnie wyjątkowe potraktowanie konwencji. To zespół, który zawsze dość bezpośrednio określał się stylistycznie. W tzw. mrocznym okresie (zdefiniowanym m.in. przez “Faith” oraz “Pornography”) panowie grubą kreską odrysowywali klisze wspomnianego wcześniej gotyckiego rocka. Później, gdy zaczęli flirtować z pop-rockiem, wyciskali z własnych kompozycji maksimum przebojowego potencjału. Niezależnie od wybranego tonu, zawsze brnęli w groteskową przesadę. Smith śpiewał albo o konsumującej duszę pustce, albo o miłości będącej lekiem na całe zło. Ich utwory fetyszyzowały gatunkowe pozory, nadając kompozycjom teatralnego uroku.

To wrażenie nierealnej egzaltacji potęguje oniryczne, transowe brzmienie. Najsłynniejsze piosenki grupy mają monotonną strukturę przywodzącą na myśl egzystencję w nieskończenie zapętlonym śnie. Obrazy malowane przez poszczególne dźwięki pochodzą jakby z równoległego wymiaru. Opowiadają o niby prawdziwych uczuciach, ale jednak opierają się na zdystansowanej narracji rozmywającej znaczenie słów oraz melodii.

Swoistym dopełnieniem tej urojonej gry pozorów jest image frontmana. Tapirowana fryzura oraz niedbała szminka, czynią ze Smitha ekscentryczną figurę ni to błazna, ni to upiora. Jego wygląd potwierdza przejaskrawienie sztuki uprawianej przez formację. Jest uosobieniem banalności, jaką odnajdziemy tylko w smutno-przerażającym uśmiechu lalki. Osobliwy wizerunek lidera grupy zestawia martwą posępność oblicza marionetki ze sztampowością ludzkich rozterek. Ból, żal, radość i zadowolenie, o których śpiewa, są wtrącone w standardy stylistycznej umowności, tak samo, jak symbolizujący człowiecze emocje make-up.

Cała ta aktorska symulacja efektownie komentuje łączący nas wszystkich egzystencjalny problem. Co powinniśmy zrobić, jeśli wiemy, że nasze czyny nie mają wpływu na bieg historii? Jednym ze sposobów jest skrajny, często wyniszczający ciało i duszę nihilizm. The Cure raczej nie polecają tej strategii. Brytyjska formacja wyznaje nieco inny pogląd na tę palącą kwestię. Preferują pielęgnowanie owej banalności istnienia, a nawet bycie dumnym z tego, jak szablonowymi osobnikami jesteśmy. Robert Smith i spółka zdają sobie sprawę ze śmieszności dylematów ludzkości, które nie znaczą absolutnie nic dla kosmicznego porządku, jednakże widzą w tej komiczności nieocenioną wartość. No, powiedzcie sami, czy jest coś piękniejszego niż niewinna naiwność człowieka przeświadczonego o jakimś uniwersalnym znaczeniu swojego prywatnego melodramatu? Inne zwierzęta mogą nam tylko pozazdrościć tak oryginalnej mentalności. Członkowie The Cure zdają sobie z tego sprawę jak żadni inni przedstawiciele show-biznesu.

Reklama