Ludzka głupota, koronawirus i ludzka głupota

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie wiem, czy tytuł dobrze odda opisywaną przeze mnie sprawę, ale jeśli to w tym momencie czytacie to znaczy, że się sprawdził. W tej krótkiej historii, opiszę Wam czym jest niewiedza wynikająca z braku zainteresowania zdobyciem jakichkolwiek informacji na najgoręsztszy temat na całym świecie.

Bohaterem mojej krótkiej, w stu procentach autentycznej, historii, jest przede wszystkim koronawirus. Zapewne każdy obywatel naszego kraju dowiedział się o nim wszystkiego z wiadomości, faktów czy innych serwisów, jest w stanie podać liczbę mieszkańców prowincji Wuhan, zna dokładną liczbę zgonów w wyniku zarażenia COVID-19 w Lombardii wypadającą na zeszły piątek, ale … nie zna podstawowych zasad postępowania w przypadku realnego zagrożenia epidemią na naszym rodzimym podwórku. No bo to przecież Zachód ma z tym problem! I Chińczycy – tak, ci co ich tak dużo jest!

Dotychczas wydawało mi się, że nasze społeczeństwo jest w miarę doinformowane w tej kwestii. Masa newsów niemal w każdym medium informacyjnym aż przytłacza i nie sposób nie dowiedzieć się czegokolwiek na temat koronawirusa. A jednak.

Przyznam się bez bicia – ogólnie odporność mam średnią, w tym roku nie wyjeżdżałem na narty do Włoch, w Chinach nigdy nie byłem, z Chińczykami nie rozmawiałem, a z żadnym zarażonym kontaktu nie miałem. No ale się rozchorowałem – w piątek rano obudził mnie kaszel, gorączka i kompletny brak siły do zaprowadzenia moich chudych czterech liter na siku. No więc lekarz. Do mojej małej przychodni zawiozła mnie moja dziewczyna, która wpadła na pomysł – jakże słuszny swoją drogą – by założyć przed wejściem do niej maseczki.

Tak, te maseczki. Te, co podobno teraz kosztują po kilkaset złotych, są wykupione, ale nikt ich na ulicach nie nosi (no może z wyjątkiem kilku procent ludzi). No więc rozpoczęliśmy nasz marsz z parkingu do przychodni. Minęliśmy kilku starszych ludzi. Część z nich idąca z naprzeciwka na widok maseczek poszła w inną stronę, niż wcześniej zmierzała, część zbladła i na palcach obeszła nas szerokim łukiem. W końcu weszliśmy do przychodni. Panie w rejestracji – na oko wszystkie w przedziale 30-45 również były zaskoczone widokiem maseczek, zdezorientowane i…przestraszone.

Zapomniałem Wam wytłumaczyć, czemu uważam pomysł mojej damy z maseczkami za świetny. Otóż, uzasadnienie jest banalnie proste – żeby się po prostu żadnym świństwem w przychodni nie zarazić, ani żebym ja nikomu nie sprzedał mojego dziadostwa. Proste, prawda?

 
Reklama

Wracając – pani E. drżącym głosem poleciła udać się pod gabinet X (dokładnej cyfry nie pamiętam). Minęliśmy kilka osób, bez maseczek, chorych, kaszlących i kichających na prawo i lewo. Po chwili czekania do gabinetu zaprosiła mnie pani doktor, która na widok mojej maseczki na chwilę schowała się za drzwi, zza których po chwili wyszła ze swoją maseczką. Oczywiście z jej strony był to jedynie środek ostrożności, bo po potwierdzeniu, że nie byłem ani w Wuhan, ani we Włoszech na nartach, doktor swoją maseczkę zdjęła i pochwaliła mnie za założenie swojej.

Po wyjściu od lekarza, kolejnym przystankiem była apteka, do której również wybraliśmy się w maseczkach – żebym nikogo nie zaraził, ani żeby nas nikt nie zaraził. Logiczne, prawda? Weszliśmy do środka. Tłum ludzi. Starszych, młodszych, w średnim wieku, prawdziwa Polska w pigułce. Od razu wszystkim w oczy rzuciły się nasze maseczki. Kolejka była długa, lecz następna za nami osoba ustaliła sobie ponad metr niewidzialnej strefy buforowej. Wszyscy na nas nerwowo zerkali, część osób za nami zrezygnowała ze stania w kolejce. Aptekarka jakby modliła się wzrokiem, bym nie podszedł do jej stanowiska. Cóż, miała pecha. Wręczyłem jej świstek z małą tablicą mendelejewa przepisaną do zjedzenia przez doktor. Co mnie zaskoczyło to reakcja aptekarki – zamiast przynieść mi leki, zaczęła przewracać kartki doszukując się nerwowo mojej diagnozy. A miałem na sobie tylko maseczkę!

W końcu przyniosła mi leki, ale jednego nie zapakowała, lecz na szczęście nie nabiła go na kasę. Być może panika splątała jej zwoje w mózgu?

Jaki płynie morał z mojej historii? W dalszym ciągu gorączkuje i trochę ciężko mi funkcjonować, ponieważ gdy jestem chory to bywam bezsilny (co normalne), kapryśny i nieznośny, lecz po tych kilku dniach spędzonych na drzemaniu po kilkanaście godzin dziennie i piciu domowych specyfików doszedłem do wniosku, że nasze społeczeństwo jest po prostu…głupie. Wiele jestem w stanie zrozumieć, przemilczeć, ale nie fakt, że osobę z maseczką, która ma służyć temu, by nie dorobić się bardziej i nikogo wokół nie zarazić, traktuje się jak…no właśnie, jak? Gdybym w mojej maseczce przeszedł się po centrum Warszawy, ludzie rozchodzili by się przede mną jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. A wystarczyło pomyśleć logicznie i zastanowić się nad tym, że maseczka jest tylko – lub aż? – najbardziej podstawowym środkiem bezpieczeństwa.

A – i jeśli byliście ciekawi, to zachorowałem na grypę.

Reklama