Ułaskawienie, Teatr Powszechny – recenzja

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

„Boga to Ty masz w piździe”

Widzę ciepłą, czarną czeluść, która mnie zwodzi. Ty! Broń się! Wy! Brońcie się! Broń się! – zapluwa się fenomenalnie, w naszym kierunku z brzegu sceny ksiądz. Po czym dodaje potulne, mszalne: – I módlmy się.

Reklama
Advertisement

Tak rozpoczynają się „Diabły” Agnieszki Błońskiej w Teatrze Powszechnym. To nienachalna i nieagresywna, a nawet zabawna lekcja biologii i ciała kobiety. Demitologizująca tysiącletnie podania Kościoła o demonicznym pochodzeniu i właściwościach płci „grzesznej”. Prezentuje się tutaj między innymi, ironicznie, drogi wstępu i występu diabła w poszczególnych częściach ciała kobiety. Takich jak włosy i pory skórne. Omawia się bez przechwałek budowę łechtaczki i dynamikę orgazmu damskiego. Spokojnie mogą na ten utwór panie, oprócz swoich panów, zabrać i dzieci. Panowie zresztą podobnie: dzieci mogą zabrać, i panie.

Po sztuce rozmawiam o niej z widzkami i widzami. Najpierw w teatralnej toalecie, więc siłą rzeczy zbieram głosy damskie. Dwie dziewczyny przede mną w kolejce do kabiny, pierwsza, że: – Rozczarowała nas ta forma. Dużo słabszy kaliber od „Klątwy” Olivera Frljića.
Druga ją poprawia: – No tak, ale „Klątwa” była po prostu dramatyczna, „Diabły” mają w sobie coś z komedii.
Potem w teatralnej kawiarni. Młoda kobieta, zamawiając herbatę: Formalnie, bo treściowo to wiadomo, nie ustawia ten spektakl kobiet w pozycji gorszej. A tak się i jeszcze zdarza, na przykład w „Matce Joannie od Aniołów” Jana Klaty w Nowym Teatrze. Nadal zawartość już feministyczna, a w obsadzie i rozkładzie sił: dominują tam mężczyźni – dopowiada. Obydwa przedstawienia, w Teatrze Powszechnym i Nowym sformułowano w tym sezonie na podstawie tego samego opowiadania, Jarosława Iwaszkiewicza. Szykuje się i trzecie, w Narodowym, też „Matka Joanna od aniołów” z premierą w marcu. Jeszcze słówko taż sama: – Utwór Błońskiej, owszem, przekonuje nas, i to w subtelności. Jest tym, czym ma być, ale zarazem nie pozostawiają przesytu.

W teatralnym bufecie wypowiadają się także dwaj mężczyźni. „Diabłów” przyjęli lepiej niż „Klątwę”. Łagodniejsze i bardziej zrozumiałe.

A na sali tuż przed rozpoczęciem sztuki przede mną w rzędzie — nie pierwszy raz w Warszawie wylosowuję takie miejsce — wybitny, profesor Leszek Kolankiewicz. Chodziłam do niego na Sorbonie na zajęcia z antropologii teatru i inne antropologie. Witamy się, stosownie żartując. Aktorzy już podczas przedstawienia mówią przypadkowo akurat do niego: “A nie pomyślał Pan o tym, że jest Pan oprawcą?”. On nawet tak się w sobie zastanawia i znów na poły przekornie, na poły poczuwając się do sytuacji odpowiada leciuchnym skinieniem głowy. Potem wykonawcy „diabelscy”, dalej w ramach spektaklu interaktywnego, pytają mnie z kolei tak: „A czy Pani zdaje sobie sprawę, że ten pan — tu wskazują na profesora — nie będzie miał niedługo swoich praw?”. Jako mężczyzna. Nic nie odpowiadam. Ani nawet mru mru, mową ciała. Profesjonalnie. Tylko spoglądam kątem oka na profesora. Komedyjne nastroje nie schodzą nam z barków.

Po powrocie do domu, na spacerze z psem spotykam sąsiadkę z psem. Jej duży pies, owczarek pasterski lubi się z moją małą suką, kundelką. Mówię jej, że wracam z „Diabłów”, i że warto. Opowiadam przyciszonym głosem, choć noc i pusto wokół nas jak makiem zasiał, że to o waginach. – O waginach, ale że w taki nienachalny sposób — kontynuuję, badając reakcję sąsiadki. Mierzę jej odporność, to, czy muszę jeszcze dodawać te moje zmiękczenia, czy ona to wytrzyma bez… I widzę, że wytrzymuje, bo zupełnie spokojnie i z oczami rozświetlonymi zapałem, zgadza się: „Tak, rozumiem, trzeba było temat ułaskawić”. Ułaskawienie tematu ! To jest właśnie to słowo. Tak ośmielona obyczajowo, zarazem dokarmiona idealnym tytułem, doszeptuję jej: „To jest nawet spektakl i dla mężczyzn, wiesz?”. Patrzę na nią. Ona aprobatywnie. I mnie wręcz kopiuje zachwycona: „I dla mężczyzn, o!”. „Żeby wreszcie może zrozumieli”, ośmielam się dalej, „że nie są pępkiem świata”. Pępkiem jak pępkiem. Że nie penisem. Że obowiązują tutaj i łechtaczki! Mam w niej dalej słuchaczkę, kucamy nad naszymi psami, więc tryumfuję dzielnie: „I że jesteśmy sobie równi”. Sąsiadka odchodzi zadowolona, i mówi, że męża na spektakl zabierze.

W domu suce mojej czyszczę łapy, a potem przyglądam się raz jeszcze plakatowi „Diabłów” pomniejszonymi do rozmiarów zgrabnej ulotki. W centrum rozbłyskujący kształt migdała: wagina i zarazem Maryjka. Miejsce święte. Poczęcia, narodzin, rozkoszy. Jako osoba wierząca, ujęłam pewnego razu Boga w swojej SMS-owej wypowiedzi do zakochanego we mnie średniej klasy pisarza. Odrzekł mi w te słowa: „Boga to Ty masz w piździe”. Słuszna to poezja.

Wcale nie komplement; więcej. Jakaś prawda uniwersalna. Na dwa sposoby. Sacrum płodności i dopustu, akt miłosny jako najwyższe zespolenie duchowe. Profanum boskie, podniebieskie.

Reklama