Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie? – Matthias i Maxime

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Współczesne kino potrafi od czasu do czasu zrodzić prawdziwe artystyczne fenomeny. Jednym z takich cudownych dzieci X Muzy zdecydowanie jest Xavier Dolan. Rozchwytywany (już od wieku nastoletniego) przez krytyków twórca to człowiek wielu talentów. Z godną podziwu regularnością pokazuje światu kolejne dzieła, które są aż do przesady autorskie, albowiem Kanadyjczyk pisze do nich scenariusze, reżyseruje i bardzo często grywa główne role.

Jego najnowszy film “Matthias i Maxime” również można nazwać w pełni samodzielną, kreatywną wypowiedzią. Autor “Mamy” buduje historię relacji tytułowych bohaterów, czyli znających się od wielu lat, bardzo bliskich przyjaciół. W ich życiu następują dwa punkty zwrotne redefiniujące dotychczasową więź. Pierwszy to zasmucająca Matthiasa, decyzja Maxime’a o wyjeździe do Australli. Z kolei drugi, jeszcze bardziej istotny, to rozbudzający burzę zaskakujących emocji pocałunek,, zadręczający umysły oraz dusze protagonistów aż do ostatniej sceny.

Reklama
Advertisement

Jedno jest pewne – ekranowy duet rzeczywiście charakteryzuje autentyczna zażyłość. Wszystkie sekwencje skupiające się na ich symbiozie intrygują widza i zachęcają do eksploracji rozmaitych kontekstów tego związku. Dolan nieustannie konstruuje sensualne napięcie i celowo ucina wszelkie konkluzje, zawieszając mężczyzn w zmysłowym niedopowiedzeniu. Trochę wodzi odbiorcę za nos lakonicznymi rozmowami, subtelnymi gestami oraz podtekstowymi spojrzeniami i portretuje niezwykle fascynującą sytuację z pogranicza miłości oraz pożądania, której tajemnica jest naprawdę warta zgłębiania.

Tłem dla romantycznych perypetii wspomnianej pary jest środowisko rówieśnicze. Matthias i Maxime należą do paczki szkolnych przyjaciół, z którymi łączy ich wręcz braterska komitywa. Wspólnie chodzą na imprezy, żartują, kłócą się a potem od razu godzą. Razem z kumplami tworzą całkiem ciekawy szkic milenialsa – kogoś uciekającego od rzeczywistości w świat beztroski, smakującej jak nasączone popkulturowymi odniesieniami żarty i gry towarzyskie będące trochę podrasowaną symulacją dziecięcych zabaw. Kiełkujące w tym specyficznym mini-uniwersum uczucie jest więc w gruncie rzeczy bardzo abstrakcyjne, prawie metaforyczne. Gdy w końcu dochodzi do cielesnego zbliżenia, zakochani odczuwają dyskomfort, ponieważ właśnie zabili swoją własną wyidealizowaną wizję szczęścia i z przyjemnego świata wyobrażeń zeszli na ziemię.

Niestety, Xavier Dolan nie zamknął swojej opowieści w ramach intymnego, kameralnego dramatu dwóch osobowości. Elegancko skrojone niedopowiedzenia nie dogodziły jego ambicjom, więc postanowił poszerzyć fabułę o kilka niepotrzebnych, rozwadniających narrację elementów.

Introwertyczność Maxa została tu wytłumaczona tematyczną łopatą. Trzydziestoletni filmowiec znowu sięgnął po ulubiony motyw toksycznej matki, wysysającej całą życiową energię ze swojego syna. Powracająca jak bumerang postać agresywnej psychicznie i fizycznie rodzicielki, na tym etapie kariery reżysera jest już męczącym recyklingiem pomysłu. Tym bardziej, że akurat “Matthiasowi i Maxime’owi” tylko przeszkadza, bo zabija rysunek charakterologiczny postaci porażającą dosłownością.

Dramaty wewnętrzne Matthiasa również są zbyt często przedstawione komiksową kreską. Dolan traktuje jego bolesne poszukiwania własnej tożsamości (mężczyzna ma narzeczoną i jest jednocześnie zakochany w przyjacielu) bardzo stereotypowo. Pojawiają się tu na przykład okropne klisze kina arthouse’owego. Przytoczona wcześniej ucieczka milenialsa od problemów przybiera wymiar literalny – bezcelowego pływania w lodowatej wodzie oraz intensywnego miejskiego joggingu w siną dal, byle przed siebie. Te sceny są oczywiście zaaranżowane w wysmakowany sposób, lecz ich groteskowa teatralność, zwłaszcza w zestawieniu z bezpretensjonalnością na przykład epizodów imprezowych, wywołuje ból zębów.

“Matthias i Maxime” mógłby być naprawdę wspaniałą, intymną love story oraz jednocześnie przekonującym portretem pokolenia. Charyzma aktorska, a także bardzo zręcznie rozpisane dialogi na pewno pomogłyby w wykreowaniu intrygującego dramatu obyczajowego. Natomiast, Xavier Dolan, trochę ze strachu przed utknięciem w gatunkowej szufladzie, porwał się na kilka fabularnych eksperymentów, które zamiast ozdabiać tę historię, mocno jej szkodzą. Jakiej szuflady boi się reżyser? Prawdopodobnie tej z napisem “twórca homoerotycznych dramatów”. Oczywiście nie ma co się dziwić, że za wszelką cenę pragnie uniknąć stereotypizacji jego filmografii, ale akurat w tym przypadku na dobre wyszłoby mu zrobienie zwykłej, prozaicznej historii miłosnej. Może i potwierdziłoby to pewne stereotypy, ale powstałby po prostu lepszy film.

Podziękowania dla Kino Kameralne Cafe za możliwość seansu.
www.kinokameralnecafe.pl

Reklama