Zdezelowany Książę Ciemności – Ozzy Osbourne – Ordinary Man

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Niektórzy twierdzą, że nie ma nic bardziej niekomfortowego, od obserwowania jak ulubieni muzycy przechodzą na artystyczną emeryturę. Jednakże myślę, że istnieją bardziej nieprzyjemne, zarówno dla artysty, jak i odbiorcy, okoliczności. Wyjątkowo zażenowany czuję się na przykład, gdy muzycy, którzy już dawno temu przeterminowali swoją innowacyjność, wciąż uparcie pozostają aktywni.

Ozzy Osbourne zużył własną kreatywność dwie dekady temu, a mimo wszystko nie zamierza przerwać, od jakiegoś czasu wyjątkowo bolesnej dla uszu, fonograficznej kariery. Na domiar złego, jego najnowsze dzieło “Ordinary Man” sprawia wrażenie produktu eksploatacji ex-Księcia Ciemności, cynicznie zaaranżowanej przez okrutnego wydawcę. Przez te pięćdziesiąt minut obserwujemy istne torture porn w stylu kolejnej części “Piły”, ze zmęczoną życiem i sztuką gwiazdą, z której muzyczny biznes wyciska ostatnie soki.

Reklama
Advertisement

Frontman Black Sabbath jest tu bohaterem niezbyt smacznego dowcipu, zaczynającego się od scenki pt. “pop, trap, r&b i Ozzy wchodzą do studia”. Śmieszno-strasznej puenty pewnie się już domyślacie. Propozycja Osbourne’a na 2020 rok zdaje się szalenie nieinspirująca głównie dlatego, że wokalista wcale nie lubi gatunków, do których próbuje nawiązywać. Niczym Jim Jarmusch w filmie “Truposze nie umierają” dystansuje się od wybranej estetyki, przez co wszelkie formalne eksperymenty wypadają okropnie szablonowo. W pozbawionej pasji żonglerce konwencjami słychać przede wszystkim stereotypizację nowych zjawisk, ograniczającą ich siłę rażenia do nieodczuwalnego minimum.

Tragizm “Ordinary Man” uzupełnia jeszcze dychotomia dźwięku oraz warstwy lirycznej. Opowieści snute przez podmiot liryczny mają zdecydowanie fatalistyczny ton, lecz nie wybrzmiewa on tak, jak powinien, przez towarzyszące mu goniące za trendami, banalne melodie. Co druga zwrotka w jakiś sposób rozlicza się z przeszłością lub podsumowuje dotychczasowy dorobek, lecz w warstwie kompozycyjnej nie odnajdziemy mrocznego liryzmu ostatniego albumu Cohena, czy apokaliptycznego nerwu łabędziego śpiewu Bowiego. Konfesyjne słowa giną w gąszczu pseudopostępowej plątaniny i tracą znaczenie jeszcze szybciej niż wersy zaproszonego do współpracy przy dwóch utworach Post Malone’a.

Stylistyczny kolaż krążka teleportuje rockowego dinozaura w chaotyczną rzeczywistość playlistową. Problem w tym, że elementy owej niedbale skonstruowanej układanki nie mają absolutnie żadnych wartości singlowych. Nie sądzę, by ktokolwiek miał ochotę zapętlać piosenki błądzącego we mgle, zdezorientowanego kombatanta sceny, nieudolnie starającego się nawiązać kontakt z młodzieżą. To widok na tyle przykry, że nawet udział Post Malone’a oraz Travisa Scotta nie zachęca do powtarzania wątpliwej przyjemności.

Reklama