Polski seks, francuska refleksja i amerykańskie piosenki – kulturalne podsumowanie lutego

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nibyzimowy okres powoli dobiega końca i nasza rzeczywistość, również popkulturowa otwiera się na nowe doświadczenia. Zanim jednak będziemy mogli cieszyć się świeżymi, wiosennymi propozycjami ulubionych twórców, powinniśmy na chwilę wrócić do wydarzeń filmowych oraz muzycznych ubiegłego miesiąca.

Prawdziwy renesans, choć bardziej komercyjny niż artystyczny przeżywała polska kinematografia. Lokalne gwiazdy wielkiego ekranu urozmaicały nam życie codzienne w aż trzech superprodukcjach. W mniej więcej tym samym czasie mieliśmy szansę na obejrzenie takich dzieł jak “365 dni”, “Zenek” oraz “Bad Boy”.

Reklama
Advertisement

Pierwszy z tytułów, czyli ekranizacja bestsellerowego seks-thrillera Blanki Lipińskiej okazał się takim samym kasowym hitem jak pierwowzór. Adaptacja książkowej serii, która niedawno zdobyła serca rodzimych czytelniczek i czytelników, zaakcentowała polski głód prężnie działającego kina erotycznego. Popularność filmu Barbary Białowąs prawdopodobnie spełni te marzenia. Być może już wkrótce będziemy świadkami narodzin nowej fali nadwiślańskiego soft-porno. Taki obrót spraw byłby wręcz perfekcyjnym metakomentarzem na temat schorowanej kondycji polskiej kultury masowej.

Triumfy święcił też “Zenek”. Biografia ikony disco-polo tak bardzo rozpaliła wyobraźnię kraju, że w całym tym zamieszaniu zagubił się dotychczas najbardziej rozchwytywany polski reżyser, czyli Patryk Vega. Oczywiście można było przewidzieć, że jego “Bad Boy” spotka się z falą dziennikarskiej krytyki, ale już klapy finansowej nie spodziewał się chyba nikt. Vegowska estetyka oparta na tuzinie obcinanych członków i setce wulgaryzmów, chyba znudziła nawet najmniej wymagających przedstawicieli publiczności. Co ciekawe, autor “Pitbulla” naprawdę mocno przeżył tę klęskę, bo ogłosił, że przestały podniecać go amputowane kończyny i teraz zajmie się czynieniem dobra. Kto wie, może twórca “Ciacha” zostanie nestorem nowego kina moralnego niepokoju? A może jego dresiarscy ekranowi rycerze zaczną posługiwać się szlachetnym trzynastozgłoskowcem?

Wśród zagranicznych tytułów wyróżnił się “Matthias i Maxime” Xaviera Dolana. Intymna opowieść o relacji dwóch mężczyzn miała w sobie duży potencjał na bezpretensjonalny portret niespełnionej relacji, ale reżyserskie wygórowane ambicje trochę go zmarnowały. Do Wielkiego Świata powrócił też Guy Ritchie. Specjalista od filmowej gangsterki pokazał widzom “Dżentelmenów”, czyli paradę dobrze bawiących się facetów, wyrwanych na chwilę z aktorskiej emerytury. Chłopcy pobawili się swoimi armatami, ale ich igraszki nie wniosły do Hollywood nic poza kryzysem wieku średniego.

Muzyka popowa przyniosła nam album projektu La Roux. “Supervision” cieszył ucho pięknymi melodiami, którym jednak brakowało polotu poprzednich dokonań. Fetysz stylistyki lat osiemdziesiątych chyba już dogorywa i tego typu syntezatorowe spektakle przestały nęcić. Z kolei Grimes na “Miss Anthropocene” zabarwiła gatunkową przebojowość nutką postapokaliptycznego cyberpunku. Szkoda tylko, że wykorzystywane przez nią rekwizyty skomponowały futuryzm na niby, zaawansowany technologicznie jak Internet Explorer.

Trochę bardziej eksperymentalnie do popowej materii podeszli Tame Impala i King Krule. Ten pierwszy wydał album “The Slow Rush”, który jest na tyle produkcyjnie dopieszczony, że doświadczanie go w porządnych słuchawkach może zaprowadzić prosto do raju. Szkoda jedynie, że mózg projektu Kevin Parker skupiając się na widowiskowości studyjnych sztuczek trochę zapomniał o tym, co wyróżniało go przed laty – przebojowym piosenkopisarstwie. Na szczęście o wszystkich istotnych sprawach pamiętał drugi z artystów i zaproponował słuchaczom “Man Alive!”, która jest niezwykle błyskotliwą hybrydą okołorockowej chropowatości i surrealistycznych naleciałości tzw. hipnagogicznego popu. King Krule widzi samego siebie gdzieś pomiędzy hipsterem wychowanym na streamingowych playlistach Pitchforka i duchowym spadkobiercą Toma Waitsa, a to naprawdę interesująca artystyczna poza.

Reklama