Dwieście czterdzieści dwa polubienia i dziesięć komentarzy

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Nie każdy obraz lubi siedzieć w muzeum. Niektóre obrazy lubią chodzić po murach, elewacjach, inne jeździć tramwajem albo przyklejać się do mebla. 

Malarstwo na ścianach było zawsze. Każdy pamięta obrazki polowania na bizona w jaskini. Polichromie pokrywają surowe sklepienia gotyckich katedr, iluzjonistyczne obrazy imitują tympanony, archiwolty czy inne fragmenty architektury. Plafony, kopuły pokryte błękitem złudnie otwierają sklepienia i ukazują potęgę niebiańskiego świata. Reklamy zakładów przemysłowych, lokalnych fabryk, sklepu mięsnego czy Pewexu. Murale świecą kolorami szarą zimą, łapią oczy podczas marznięcia na przystanku, czekając na autobus. Napisy, graffiti, bazgroły, bohomazy, gryzmoły i inne badziewie, za rogiem ulicy, jakby człowiek czuł wewnętrzną potrzebę zostawiania po sobie śladu, cząstki siebie, swojego istnienia dla siebie, dla innych, dla przyszłości. Jakby wewnętrzna potrzeba tworzenia była silniejsza od zakazów, nakazów, pozwoleń.

Reklama
Advertisement

We mnie też ta potrzeba była odkąd pamiętam. 

Dość silna. 

Staję przed surową, białą powierzchnią i co dziwne nie ma wstydu. 

Wstyd jest mi doskonale znany. Nieśmiałość spowodowana wymyślonym odtrąceniem, wrażeniem najniższej jakości i miernej oceny w oczach przypadkowych ludzi. Niezdecydowanie rodzące obcość, czerwony, palący rumieniec odkrywający wszechogarniające uczucie niedoskonałości, spuszczona głowa i szybkie wycofanie. 

W malarstwie wstyd zmienia się w biel i znika, a ja lubię biel. Świat pełen pomyłek, błędów, rozczarowań staje się urojonym niebem. Biel oślepia, daje obraz nicości i jednocześnie przestrzeni. Pozwala się czemuś pojawić, stanowi podłoże istnienia. 

Pustka i pełnia w jednym.

Zwykle trzymam się wiatru, ale kiedy przykładam rękę do zimnej powierzchni lubię czuć opór materii na pędzlu i pewność kiedy opieram ciało o płaszczyznę muru. Czasem powierzchnia jest chropowata i drażni skórę. Ciągnąc rękę po strukturze ściany boli zewnętrzna część prawej dłoni i mały palec. Ból jest na tyle świdrujący, że trzeba odłożyć na moment pędzel i sprawdzić co się dzieje. Odwlekam ten moment jak najdłużej i staram się zapomnieć o bólu. Walczę. Podobnie jak nocą, kiedy nie chcę wystraszyć snu, pod pierzyną jest ciepło, na zegarku została jeszcze godzina spania, a mnie chce się siku. Mówię do siebie, że jeszcze domaluję kawałek ornamentu, ale się nie da. 

Malarstwo wcale nie jest takie bezpieczne jak się niektórym wydaje. Ręka czerwona jak po solidnym peelingu. Staram się nie dopuszczać do zdarcia skóry bo nie mogę patrzeć na krew, od krwi mdleję. Nieraz zdarza mi się wdepnąć nogą w akrylowe błoto, włożyć pędzel w oko, spaść z drabiny, wbić cyrkiel w palec albo pomylić kubki i napić się terpentyny zamiast kawy. 

Sztuka jest tajemnicą, niepojętą magią dla ludzi, nierozumieniem. Sztuka daje poczucie uczestnictwa w tajemnicy. Nawet człowiek najmocniej stojący na ziemi żyje obrazami. Obraz uwodzi, porywa, ciekawi. Tajemnica ukryta za drzwiami pracowni czy kosmos schowany w głowie malarza. Nie wiesz kiedy stajesz się aktorem na scenie, a za tobą cała widownia. Czujesz na plecach ciekawe oczy i zastanawiasz się co myślą. Starasz się ukryć błąd, niepewność ręki, zaczynasz nerwowo rozmawiać o pogodzie, polityce, gubiąc magię i przy okazji uważasz, żeby nie ubrudzić podłogi i nie nadepnąć na ogon kota, który też przyszedł popatrzeć. Ale po jakimś czasie granice między mną a nowym miejscem zacierają się i ono upodabnia się do mnie, a ja do niego.

Niecierpliwość w cierpliwości. Ciągły chaos. Jestem, ale jakby mnie nie było. Pomiędzy. Tęsknię, ale na nic nie czekam. W gorącej wodzie kąpana. W malowaniu i w życiu. Myślę i natychmiast chcę. Z brunetki na blond. Bez zastanowienia, bez przygotowania, z odwagą. Pomysł, Rossmann, farba, rytuał farbowania – marchewka. Za chwilę powtórka, nowy pomysł, Rossmann, tym razem rozjaśniacz plus farba – kurczakowy. Najgorzej. Rozpacz. Całe szczęście jest Piotr i znajomy fryzjer. Podobnie z malarstwem, podobnie ze wszystkim. Już. Bez projektu, planu, za to z niecierpliwością i ogromnym zapałem. Bez zastanowienia jaka duża powierzchnia, ile czasu potrzeba. Myślę miesiąc, okazuje się trzy. A może po prostu nie boję się burzy. Burze zawsze oczyszczały powietrze.

Każda praca jest w istocie pracą nad samym sobą. Malowanie jest podróżą. W różne miejsca. Wracasz, starasz się wspominać i nie pamiętasz gdzie byłeś, po co byłeś, jak długo cię nie było. Ciągle pomiędzy duchem i materią.

Czasem przyleci mucha.

Autor

Monika Korpak – Jestem malarzem. Lubię muzykę, ciszę, wodę, las. Lubię słuchać, obserwować, coś przeczytać. 

Przeczytaj również

Reklama