ANYWHERE          TV

Złoty środek czy czarna dziura – o sklepach internetowych

second-hand-2

Miłość do ubrań jest dla mnie jak chleb powszedni, ze wszystkimi jego wariantami – bywa niedoskonały i czerstwy, staje skórką w gardle, szybko twardnieje i pleśnieje, więc wciąż trzeba kupować wciąż nowy i nowy, świeższy, ten o odcień bardziej zarumieniony na złoto i bardziej chrupki, i choćby nam się przejadł, nie można bez niego żyć. Z tym że ubrania są bardziej skomplikowane niż bochen z piekarni, a nawet niż ten krojony i pakowany z supermarketu, szczególnie w dobie ekologii jako mega trendu, mody na wszystko, walki minimalizmu z chaosem i streetwearu parowanego z vintage. Trudno rozgraniczyć gdzie kończy się ekonomiczne i ekologiczne kupowanie ubrań z drugiej ręki a zaczyna ślepy szał brania niepotrzebnych rzeczy na festiwalu niskich cen za kilogram. Za każdym razem, gdy wychodzę z „Odzieży na wagę” z sześćdziesięciolitrową torbą na śmieci, bo w nic innego się mój zakup nie mieści – znowu sobie zadaję pytanie – czy to zakupoholizm, czy świadome kupowanie?

Jaką mamy więc alternatywę? Jeśli nie chcemy zasilać najbardziej znanych kolosów wśród sklepów sieciowych, chodzić w tych samych metkach co połowa populacji, ale znaleźć swój oryginalny styl i nie przepłacić, a do tego jeszcze nie dewastować środowiska nieprzemyślanym, impulsywnym zakupem w sezonowych promocjach „trzy w cenie dwóch dwa w cenie jednej ostatnia szansa wielkie czyszczenie magazynów”, co nam pozostaje? Odpowiedzią wydaje się być stworzenie jak najbardziej elastycznej garderoby kapsułowej w… sklepach internetowych.

Reklama
Advertisement

Poznaliśmy ich wygodę lata temu i zachłysnęliśmy się brakiem konieczności stania w kolejkach do przymierzalni, szybką selekcją i znajdowaniem dokładnie tego czego szukamy dzięki bogatemu wachlarzowi filtrów, ale warto też pamiętać, że znajdziemy tam wyjątkowe marki niespotykane stacjonarnie i niewidywane tak często na ulicach. Ponadto wybór sklepu internetowego a stacjonarnego jest nieporównywalny, a i w zniżkach, których nie sposób zaznać w galeryjnych butikach, można przebierać godzinami. Oczywiście i tu łatwo wpaść w wir „ostatnia szansa darmowa wysyłka od 200 złotych codziennie nowe promocje”(nie trać zmysłów, kiedy je zobaczysz), jednak łatwiej wyznaczyć sobie granice, gdy płacimy 40 złotych za jedną rzecz, a nie za kilogram.

Są takie marki, których nie zobaczymy nawet w najlepszych galeriach handlowych w kraju, a jednocześnie są za młode, by trafiły już do drugiego sortu. Są to nowsze propozycje, celujące  przede wszystkim grupę wiekową w przedziale kilkanaście-trzydzieścikilka lat; nie kopiują wybiegów, nie odwracają się na konkurencję, bo trudno ją, póki co, na rynku znaleźć, są odważniejsze w projektach i bardziej zdystansowane lub wpasowują się idealnie w minimalistyczną, instargamową estetykę pożądaną przez młodocianych kupujących. Mowa tu o takich indywiduach jak „The ragged Priest”, „Even & Odd”, „Missguided”, ”Weekday” czy „Diesel”. Potrafią w biel i czerń, potrafią w neon, w klamry, pasy i karabińczyki, w sportswear, polary i golfy, w satynę, welur, tribale, bluzy Tie-Dye, spodnie i buty Cargo czy dżinsowe kombinezony, czyli wszystko co kochamy.

Oczywiście, jest w tym pewna powtarzalność, zdecydowanie większa niż przy łowach w koszach na wagę (tego nic nie zastąpi),ale mamy gwarancję wyższej jakości, a co za tym idzie wydłużone życie elementu garderoby przy adekwatnie wyższej cenie. Mamy możliwość kupna tego, czego naprawdę potrzebujemy lub od dawna szukamy, zamiast kończenia wypadów do kop-ciuszków z torbą przypadkowych, w zasadzie nie pasujących do niczego rzeczy. Możemy zaznaczyć opcję „przyjazność środowisku”, chociaż łatka ta może mieć mierne odbicie w świecie rzeczywistym i nie mieć z ekologią wiele wspólnego, ale i tak możemy spać spokojnie, bo mniej naprawdę znaczy mniej. Cykl życia tej bluzki czy spodni nadal może być ciekawy, nie bójmy się także przerabiania czy wymiany rzeczy z droższej półki cenowej. Ograniczenie się do najpotrzebniejszych, ale nadal wyjątkowych przedmiotów, może zdziałać cuda. Nie wzdychajcie i nie płaczcie, lumpeksowi wyjadacze chleba, i tęskniąc za poniedziałkowymi „nowymi dostawami” zadajcie sobie pytanie: czy tak wygląda kochanie ubrań?

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE