Powtórka z powtórki z rozrywki – La Roux

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wydany w 2014 roku album “Trouble in Paradise” to do dziś moje ulubione dzieło projektu La Roux. Jeden z ciekawszych synthpopowych krążków ostatnich lat charakteryzował się krzykliwą kolorystyką retro, lecz przy okazji unikał popadania w oczywisty pastisz. Mózg całej operacji, czyli Elly Jackson wykorzystywała swoje fascynacje w stylu vintage jako pretekst do tworzenia pulsujących progresywnością niegłupich przebojów. Nie interesowała ją intertekstualna ironia i raczej chciała być drugą Madonną niż wykonawczynią post-memowego nu-disco.

Musiało minąć aż sześć lat byśmy mogli wreszcie posłuchać następcy tamtego LP. Wielka wydawnicza przerwa nie zmieniła absolutnie nic. “Supervision” brzmi właściwie jak brat bliźniak “Trouble in Paradise” – również nie ogranicza się do składania hołdu przeszłości i układa znane puzzle po swojemu. Rezultat ponownie jest naprawdę niezły, więc zarówno miłośnicy specyficznej estetyki lat osiemdziesiątych, jak i smakosze dobrych melodii powinni być zadowoleni.

Żeby nie było za słodko, musi pojawić się drobna wątpliwość. Czy zaprezentowanie światu “tylko” solidnego popu po tak długim czasie oczekiwania powinno zostać zaakceptowane? Tym bardziej, jeśli poprzednia płyta sugerowała przyszłe pójście w delikatny eksperyment, a może nawet zerwanie się z łańcuchów kolorowej, syntetycznej stylizacji? Owszem rzemieślnicza moc nowych kompozycji wciąż robi wrażenie, ale jeszcze nie przekracza granicy między wyrobnictwem i artyzmem. Wchodzenie po raz trzeci do tej samej rzeki, nawet po dłuższym kreatywnym urlopie, jednak nie jest zbyt dobrym pomysłem na rozwój kariery.

Jeśli już szukać gdzieś jakiegoś koła ratunkowego, które uchroniłoby La Roux przed szponami stagnacji, to tylko w radykalnej dekonstrukcji. Elektropopowy blichtr chyba już nie służy Elly, więc powinna spróbować go trochę zdeformować, nie przejmując się nawet chwytliwością melodii. Na “Supervision” słychać, że siedzą w niej ukryte, spektakularne ambicje, lecz zamknięcie się w rekonstrukcyjnej narracji wyraźnie podcina artystce skrzydła.

Osobowość wokalistki jest oczywiście na tyle magnetyczna, że uciągnęłaby i dziesięć kolejnych, przewidywanych brzmieniowo albumów. Natomiast taki scenariusz zadusiłby na zawsze pulsujący gdzieś pod kostiumem rzemieślniczki nietuzinkowy talent. Szkoda byłoby za kilka lat obserwować poczynania kogoś tak zdolnego, ze strachu przed porażką cenzurującego własną wizję.

Reklama