Polska potrzebuje orgazmu? – 365 dni

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jeśli “365 dni” ma reprezentować współczesne polskie kino erotyczne, to stan tego gatunku w naszym kraju jest równie opłakany, jak kondycja horroru. Zresztą punktów wspólnych między tymi dwoma światami jest więcej. Adaptacja książkowego hitu Blanki Lipińskiej, zupełnie jak rodzime kino grozy obiecuje niezapomnianą moc wrażeń, bezpruderyjność i przełamywanie tabu rządzących konserwatywną kinematografią nad Wisłą. Niestety, żadna z obietnic nie zostaje spełniona choćby w kilku procentach.

Fabułę tego dzieła zna już chyba cała Polska. Niezadowolona ze swojego związku Laura (ponoć awatar samej pisarki) zostaje porwana przez niebezpiecznego, ale pociągającego gangstera Massimo. Włoski ogier więzi bohaterkę niczym ptaszynę w klatce i desperacko pragnie ją w sobie rozkochać. Kobieta początkowo stosuje wobec niego mniej lub bardziej aktywny opór, ale po jakimś czasie zaczyna doceniać skuteczność końskich zalotów mafioza.

Uproszczona mechanika narracji sprawia, że “365 dni” bardziej niż kino erotyczne, przypomina film pornograficzny. Ogólna banalizacja to chyba główne hasło, jakie przyświecało reżyserce Barbarze Białowąs i autorce powieści w konstruowaniu tego obrazu. Na przykład naprawdę fascynujące jest to, że dwie kobiety stworzyły tak trywialne ekranowe przedstawicielki własnej płci. Bohaterki wpisują się w kartonowe schematy archetypów – są uległymi niewolnicami, swojskimi koleżankami, mokrymi snami odtwarzanymi przez niegrzeczne selfie. Nie mają własnego głosu i osobowości, a ich ciała przytwierdzone do anonimowych charakterów porażają obojętnym chłodem. Oczywiście postacie męskie też nie zachwycają psychologiczną wielowymiarowością. Natomiast definiujące je klisze są nieco bardziej przychylne. Massimo i jego kumple to pewni siebie barbarzyńcy, którzy zawsze bez zastanowienia biorą to, na co mają ochotę. Mimo że twórcy wycięli ich z papieru, to jednak zrobili to z większym szacunkiem niż podczas kreowania filmowych partnerek.

Wspomniany wątek mafijny sprawia wrażenie doczepionego na siłę kontekstu, mającego urozmaicić publiczności oglądanie kolejnych, monotonnie aranżowanych scen łóżkowych. Swoją melodramatyczną formą przypominają kolejną część “Ojca chrzestnego”, ale zaadaptowaną na potrzeby nocnego pasma Polsatu 2. Przedstawiciele półświatka, stojący i wymieniający groźne spojrzenia na tle pięknego, sycylijskiego krajobrazu, zachowują się, jakby sami nie wierzyli w urojoną w reżyserskiej głowie powagę sytuacji. Ich wymuszone gesty i przyciężkie frazy nie zdradzają choćby odrobiny zaangażowania w prezentowanie scenariuszowego materiału.

Jednakże najbardziej nieznośnym elementem filmu jest uparta niczym nieuzasadniona repetycja sekwencji. Sceny łóżkowe już po kilkunastu minutach zamieniają się w przewidywalne, schabowe sadomaso nawet niespecjalnie konfigurujące cielesną akrobatykę biorących w nim udział postaci. Powtarzalność dotyka też pocztówkowe ujęcia włoskiej okolicy, które nie oferują absolutnie nic poza powierzchownymi, estetycznymi wrażeniami. Fabuły nie pchają do przodu ani o milimetr także liczne sceny ukazujące odzieżowe zakupy, pełniące tu funkcję efektownych reklam produktów.

Zapowiadające kontynuację zakończenie obiecuje dwie rzeczy. Po pierwsze wyciśnięcie z serii książek maksimum komercyjnego potencjału, a po drugie nową falę polskiego kina erotycznego, która po vegowskiej gangsterce, może być kolejnym trendem zalewającym nasze ekrany. Strach się bać, bo obie perspektywy są tak samo apokaliptyczne i prawdopodobne.

Reklama

OSTENTACJA

Od początku świadomego życia cierpię na pewną osobliwą przypadłość, a