Patryk Vega – Bad Boy – Recenzja

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W dzisiejszych czasach, gdzie polskie kina zdominowane są przez twórczość Patryka Vegi, którego to filmy wychodzą praktycznie jak odcinki serialu, trochę zasłużenie, trochę nad wyrost przywykliśmy do tego, żeby każdy z kolejnych odcinków oceniać z przymrużeniem oka, a nawet obu. Pewna sztampowość produkcji reżysera, brak szukania niuansu, czy filmy opierające się tak naprawdę na skeczach (trend zapoczątkowany przez niechlubny Job), to insygnia Vegi, który według niektórych po prostu przestał się już starać i wypuszcza kolejne produkcje jakby siedział w robocie korporacyjnej i odznaczał sobie po kolei zadania – krew, przesada, bzdura, kolejna przesada, absurd, dobra jakoś to się sklei i kończymy. No to tu jest trochę lepiej.

Umówmy się jednak, Kubrick to to nie jest, więc wszelkie gloryfikacje ponad jakieś standardowe 5/10 to trochę przesada, ale nie da się odmówić filmowi pewnego uroku. Może to Antek Królikowski, może to, że ten film w porównaniu z ostatnimi produkcjami Vegi ma przynajmniej jakiś szkielet fabularny, za którym można podążać. Trudno orzec. W każdym razie – nie było to beznadziejne.

Historia jest dość prosta i jak najbardziej w klimacie poprzednich pomysłów reżysera, czyli UJAWNIAMY TAJEMNICE CZEGOŚ TAM, BO ZNAM JEDNEGO TYPA czy coś w ten deseń. Jest to historia dwóch chłopców wychowujących się w patologicznej rodzinie, gdzie miłość do klubu ważniejsza jest od, cóż, właściwie wszystkiego innego. Są tam oczywiście jakieś nawiązania do Kaina i Abla, ale to są rzeczy, nad którymi może nie warto się zastanawiać, bo dojdziemy do wniosków a’la Kain miał rację i walić słabych i dobrych. Co może wnioskiem jakimś jest, ale czy wnioskiem słusznym to kwestia do zastanowienia się.

Abel, czyli Piotr zasadniczo jest bowiem dobrym gościem, ale łajzą i impotentem w dodatku, a nadto jeszcze policjantem i właściwie można by się zastanawiać dlaczego jest to osoba bez pozytywnych właściwości, a jego tzw. redemption arc (bo odkupienie brzmi zbyt biblijnie) opiera się na tym, że zasadniczo zło jest ważne i potrzebne w życiu, a braci się nie traci, chyba że się traci braci. Choć może lepiej się nie zastanawiać.

Kain/Pablo z kolei to psychopatyczny chłopiec, który zaczyna od morderstwa swojego ojca w wieku 12 lat, a potem jest tylko gorzej. Z jakiegoś powodu, film sugeruje nam, że to on jest lepszym z dwóch braci, a żyje mu się całkiem dobrze i normalnie niezależnie od stwierdzonych chorób psychicznych. Dlaczego mu tak dobrze? No bo dużo się pieprzy. Ja tego nie wymyśliłem. W pewnym momencie jest też próba rozwiązania sytuacji bohatera a’la Scorcese, czyli przedstawienia upadku bohatera w narkotyki i niemożliwości zachowania odpowiedniego skupienia, by kontynuować swoją działalność, ale film o tym szybko zapomina, bo dzieją się inne rzeczy. Podobnie zapomina o tym zresztą widz. 

Druga z postaci policyjnych, czyli pani Ola, grana przez Katarzynę Zawadzką to, cóż, policjantka/prostytutka pod przykrywką. Naprawdę trudno jest zrozumieć o co jej w życiu chodzi. W pewnym momencie bowiem, pani policjantka mająca rozbić przestępczą działalność pseudokibiców zaczęła się ustawicznie pieprzyć z ich szefem, na co szefowie operacyjni z drugiej strony właściwie nie zareagowali, a wydźwięk filmu sugerował, że postać grana przez Antka Królikowskiego ma fiuta tak wspaniałego, że aż przeciąga policjantkę na drugą stronę, co w dzisiejszych, raczej feministycznych czasach jest sugestią co najmniej kłopotliwą.

Podobnie jak kłopotliwy jest fakt, że mimo całkiem zbitej struktury filmu, Vega nie mógł sobie odpuścić wrzucenia tam swoich oznaczonych znakiem towarowym skeczów, skeczyków, które w sposób dość nachalny wybijają człowieka z seansu i są tak niekonieczne, że aż przeszkadzające. Najgorszym tego przykładem są sceny prób rozruszania starych kości przez postać Andrzeja Grabowskiego i scena, w której Pani z recepcji przygotowuje mu koktajl białkowy OKREŚLONEJ FIRMY, a my to w całości oglądamy.

Co do ogólnego aktorstwa to wcale nie było źle. Antek Królikowski dwoił się i troił, a nawet, chcący lub niechcący, dodał do swojej postaci taką żenującą amatorszczyznę w retoryce, zresztą właśnie taką, jaką miałby takowy kibic niewyszkolony w mowie i wymowie. Z kolei Maciek Stuhr wygląda trochę nietęgo w roli Abla/Pawła, choć może to wynikać z postaci przez niego granej, czyli totalnego przegrywa-impotenta-policjanta, postaci zresztą, która stać się może kultową ze względu na poziom zgnojenia jej przez scenarzystów. Pani Zawadzka również stara się jak może i trzeba jej oddać, że zachowuje odpowiednie decorum, bo nawet te przyśpiewki, które recytuje brzmią tak sztucznie jak powinny w ustach kogoś, kto skończył prawo, a potem został policjantem. Zdecydowanie ponad przeciętność wybija się Małgorzata Kożuchowska w roli sprytnej Pani Prokurator, a jej cięty język i ostre, szybkie riposty podawane są w tak bezceremonialny sposób, że stanowi ona klasę sama dla siebie. Andrzej Grabowski natomiast wydaje się być zmęczony. A, oczywiście trzeba również wspomnieć o wybitnym Piotrze Stramowskim, który z wiecznie pijanego/naćpanego przywódcy bandy kiboli zrobił majstersztyk aktorski, który na pewno zapadnie mi w głowę na długo.

Podsumowując zatem, to nie jest jakiś wybitny film, ale w sumie można na niego iść, bo aktorstwo na poziomie, bo historia nawet ciekawa i koniec końców na czasie, bo jest śmieszny momentami w ten wulgarny, ale sympatyczny i dość przewidywalny sposób, do jakiego Vega nas przyzwyczaił („Musiałam się dostosować. Sytuacja była dynamiczna./Twoja pizda jest dynamiczna.”). Co do wydźwięku, na pewno jest zły i szkodliwy dla wielu grup społecznych, w szczególności zaś kobiet, osób z chorobami psychicznymi czy nawet impotentów jakby się nad tym zastanowić, ale to tak, jakby oskarżać filmy takie jak Naga Broń o brak subtelności w dowcipie i nierealistyczność. To chyba nie to miejsce i nie ten czas.

 

Reklama

OSTENTACJA

Od początku świadomego życia cierpię na pewną osobliwą przypadłość, a