Zdezorientowany weteran sceny – Lil Wayne – Funeral

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Od jakiegoś czasu Lil Wayne znajduje się na zawodowym zakręcie. Jego obniżka artystycznej formy, która trwa mniej więcej od wydanego dziesięć lat temu albumu “Rebirth” oraz problemy wydawnicze rodem z korporacyjno-prawnego piekła, mocno nadszarpnęły kiedyś niekwestionowaną pozycję legendarnego amerykańskiego rapera. Teraz autor niezapomnianego hitu “Lollipop” znów próbuje otrzepać się z kurzu i po raz kolejny celuje w feniksowe odrodzenie. Niestety, to już trzecia, albo czwarta próba efektownego zmartwychwstania, którą ciężko uznać za udaną.

Wrogiem “Funeral” jest ewolucja, jaką przeszedł hip-hop. Nowe gatunkowe standardy sprawiają, że następca “Tha Carter V” nie robi takiego wrażenia, jakie potencjalnie mógłby zrobić wypuszczony w świat na początku XXI wieku. Dawno temu, gdy głównonurtowym hip-hopem rządzili apologeci pustego hedonizmu spod znaku “bling-blingowego” błysku, Wayne wydawał się bogiem mikrofonu. Również nawiązywał do imprezowej ikonografii, lecz jednocześnie dodawał do niej szczyptę wywrotowego eksperymentu. Potrafił zaskoczyć zgrabną grą słowną, czy puentą niczym wprawny freestyle’owiec, a także ujarzmić całkiem awangardowe bity (“A Milli”, “6 Foot 7 Foot”). Dzięki przeniesieniu wartości undergroundowych na grunt MTV, założyciel Young Money Entertainment został uznany przez masy za jednostkę ponadprzeciętną.

Natomiast obecnie granica między mainstreamem i sceną podziemną całkowicie się zatarła. Nagle, najpopularniejsi artyści mają wręcz obowiązek przełamywania schematów, a eksperymentowanie stało się modą. Nikogo już nie dziwi, że Travis Scott zdobywa miliony wyświetleń swoim psychodelicznym, autotune’owym popem, a miks poezji z progresywnym jazz-funkiem zgarnia kolejne Grammy. Największe gwiazdy rapu połknęły filozofię transgresji i uczynili z niej efektowny gadżet, tak, jak kiedyś wspomniani wcześniej specjaliści od balangowych hitów i złotych łańcuchów.

Konkurując z takim towarzystwem, nie wystarczy być artystą, który tylko trochę odkleja się od schematu. W 2005 roku delikatne estetyczne dekonstrukcje Wayne’a rzeczywiście wydawały się nowatorskie. Natomiast zestawiając je np. z chmarą soundcloudowców przebijających się do świadomości tłumów brudnym, chropowatym stylem, wypadają po prostu niemrawo.

Reklama

OSTENTACJA

Od początku świadomego życia cierpię na pewną osobliwą przypadłość, a