Pop-punk is dead – Green Day – Father of All…

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kampania promocyjna najnowszego dzieła Green Day jest chyba ciekawsza niż sam krążek. Udostępnione przez członków zespołu zdjęcie billboardu zapowiada album, będący ciosem wymierzonym przeciwko trapowym bitom i celebracji występów gościnnych, a także stuprocentowo rock’n’rollowym lekiem na zło całego świata. Ah! Ileż w tym energii i zawziętości!

Jeśli jednak spodziewacie się po “Father of All..” triumfalnego pokazu siły gitarowego grania, to srogo się zawiedziecie. Świeże piosenki Billiego Joe Armstronga i kolegów pokazują raczej starczy uwiąd gatunku, którego dawno temu pomogli rozpropagować, czyli pop-punku. Niespełna trzydziestominutowy materiał opisuje tę stylistykę jako odgrzewającą przeterminowane pomysły melodię przeszłości. Każdy utwór jest oparty na tym samym, przerażająco banalnym patencie. Wokalista, który na śniadanie zjadł własną charyzmę, wypluwa z siebie kłujące w ucho pseudorebelianckie frazesy w rytm stadionowego MTV-punka o urodzie lovecraftowskiej abominacji. Pozszywana z wpływów alt-rocka i ramonesowo-clashowej motoryczności pokraka wpisuje się oczywiście w teraźniejszą popkulturową modę na retro. Problem jednak w tym, że Green Day eksploruje motywy, przewałkowane przez innych miliony razy i to znacznie lepiej.

Autorzy “American Idiot” twierdzą pewnie, że skromny czas trwania ich albumu symbolizuje powrót do korzennego rocka, zamykającego eksplozję emocji w krótkich, kilkuakordowych impresjach. Ja mam jednak nieco inne skojarzenie. Cała płyta przywodzi mi na myśl nieprzygotowanego studenta, nieudolnie prezentującego wykładowcy i rówieśnikom swą lichą wiedzę. Podczas niekomfortowego publicznego występu, uczeń zaczyna mówić coraz szybciej i szybciej, po to, by skrócić (własne i profesora) cierpienie. Tak właśnie brzmią członkowie Green Day – jakby nie odrobili lekcji.

Na artystycznej drodze amerykańskiej grupy stanęła jakaś tajemnicza, niemożliwa do ominięcia przeszkoda. Mistyczna bariera nie pozwala im ruszyć dalej i zmusza do dalekiego odwrotu. Jeśli w najbliższym czasie panowie nie poradzą sobie z tą dziwną blokadą, to wkrótce staną się swoim własnym cover bandem. Egzystencji w takim dantejskim piekle nie życzę żadnemu artyście.

Reklama