Szczęście archeologa

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zginę śmiercią prawdziwie humanistyczną, bo piętrzące się w moim pokoju książki kiedyś na mnie spadną i mnie zabiją. Ostatnio jedna z wież padła, ale nie na mnie, a na drugą wieżę. Spod stosu czytelniczych wyrzutów sumienia wydobyłam „Wybranego”. Odbieram to jako zrządzenie opatrzności. Uwielbiam takie znaleziska i żałuję, że nie dokopałam się do książki wcześniej. 

Berenice Rubens dostała Bookera, zanim nagroda stała się modna, bo w 1970 r. (dla przypomnienia: pierwszego Bookera wręczono w 1969 r.). Na szczęście sztuka nie dezaktualizuje się tak szybko. Spieszę Państwu polecić dobrą lekturę, bo sprawdziłam, że można ją wciąż kupić u polskiego wydawcy, mimo tłumaczenie zostało wydane w 2013 r., ponad 40 lat od premiery. 

Znacie srebrzyste, ruchliwe, obłe owady, które bytują w ciepłych, zaciemnionych miejscach i wychodzą na żer głównie w nocy? Niektórzy twierdzą, że rybiki cukrowe pożrą nawet papier. Norman Zweck widzi je niemal nieustannie. Ma wrażenie, że go obłażą. Polewa wtedy ściany i podłogę środkiem owadobójczym, czym doprowadza skromną żydowską rodzinę do szału. W czasie wzmożonych halucynacji pomaga mu amfetamina. Jak każdy narkotyk, będzie wciąż domagać się zwiększania dawek. Taka kuracja u wszystkich jest co najmniej ryzykowna, nie mówiąc o pracujących na wysokich intelektualnych obrotach prawnikach. Szczególnie jeśli rybiki w rzeczywistości nie istnieją.
Norman przekroczył czterdziestkę i jest znany z przenikliwości myślenia i niezapomnianych mów sądowych. W ogóle był genialnym dzieckiem – jako dwunastolatek mówił w 13 językach. Erudycja i oczytanie chłopca dla skromnej żydowskiej rodziny rabina oznaczały społeczny awans – miały jednak niewiele wspólnego z samym Normanem. Nie żył, a raczej funkcjonował jako długofalowy projekt swoich rodziców. Nagły wybuch podczas rozprawy sądowej sprawia, że konieczność leczenia Normana w ośrodku zamkniętym staje się koniecznością. Emocjonalnie niedorosły mężczyzna tylko pozornie znajdzie się tam pod chłodną, kliniczną kontrolą. 

Nową sytuację trudno przyjąć jego schorowanemu ojcu, rabinowi Zweckowi. Podobnie przeżywa to Bella, jego niewiele młodsza siostra, która wciąż nosi szkolne wywijane białe skarpetki – jak mama i Bóg przykazali. O Esther się nie mówi, bo wyszła za goja i wymawianie jej imienia w obecności ojca rodziny jest takim samym grzechem jak wzywanie Chrystusa. Żadne z dzieci Zwecków nie wydoroślało emocjonalnie i społecznie – może to mieć związek z osobą zaborczej matki, która próbowała uczynić z latorośli swoje przedłużenie. 

Zmiana w systemie rodzinnym sprawia, że z pietyzmem pielęgnowane maski, które przywdziewali jej członkowie, będą musiały opaść. 

Niespieszna narracja Berenice Rubens w udanym tłumaczeniu Michała Alenowicza odsłania poszczególne narracyjne warstwy rodzinnego mitu, który współtworzyła przez lata rodzina Zwecków. Potęga matriarchatu, gniotące religijne konwenanse, odkładające się jak poszczególne warstwy tektoniczne gniew i pulsujące poczucie winy – temu wszystkiemu przygląda się jak pod lupą Berenice Rubens. Nie doświadczamy jednak w jej spojrzeniu klinicznego chłodu. Powieść jest przepełniona czułością i humorem, nie brak tu fragmentów ironicznych, ale i poetyckich. Mamy dostęp do myśli, wrażeń i stanów emocjonalnych bohaterów, ale bez męczącej wiwisekcji i łopatologii wykładu. Ważną rolę w konstrukcji książki odgrywa ciało – w religiach głównie siedlisko grzechu, przemilczana świątynia przyjemności, w warunkach szpitalnych – najmniej osobista własność. W warstwie społecznej powieść Rubens to momentami dokument – rejestruje nieistniejące już w dawnym kształcie uliczki żydowskiego East Endu. Mottem z antypsychiatry otwierającym książkę autorka wkłada kij w mrowisko dyskusji o przyczynach chorób psychicznych. Po drodze gubi się wątek homoseksualny i Rubens trochę na siłę wiąże chorobę Normana ze stereotypem matriarchatu. 

Wrażenie zanurzenia w konsekwentnie i fachowo budowaną historię erozji rodzinnych więzi zaburza nieco zbyt melodramatyczna coda powieści, pełna emfazy i bodaj niepotrzebnych metafizycznych wzlotów. Niemniej „Wybrany” to wciąż literatura wysokiej próby. Wszystkim Państwu życzę takich przyjemnych odkryć. 

Berenice Rubens, „Wybrany”, tłum. Michał Alenowicz, Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańsk 2013. 

Reklama

OSTENTACJA

Od początku świadomego życia cierpię na pewną osobliwą przypadłość, a