Naprawdę nie dzieje się nic

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Usłyszałam kiedyś, że psychoterapeuta to nie ten, który nie wykazuje żadnych zaburzeń, tylko ten, kto ma ich pełną świadomość. Sybil jest psychoterapeutką z niełatwym emocjonalnym CV. Po latach pracy nad źródłem cierpienia pacjentów postanawia wrócić do pisania. Nie wszyscy przyjmują jej pomysł z entuzjazmem – oczywiście z najmniejszym pacjenci.
Z zawodowego uwikłania trudno jej się wyplątać – tym bardziej, że sama wciąż jest we własnej terapii. Już nie pije, ale wspomnienie toksycznego związku z Gabrielem wraca do niej w postaci flashbacków. Tym trudniej zapomnieć, że ciałem z jego ciała jest w jej życiu kilkuletnia córka.
Powoli rezygnuje z kolejnych pacjentów, ale natchnienie nie przychodzi. Bohaterka literacka za to zgłasza się do niej sama – jest nią młoda aktorka Margot uwikłana w skomplikowany związek z aktorem, którego poznała na planie. Jest w ciąży, ale aktorstwo jest dla niej wszystkim. Staje więc przed dylematem aborcyjnym. Sytuacja jest tym trudniejsza, że jej ukochany to były partner reżyserki. Sybil, mimo obietnic składanych sobie, decyduje się poprowadzić terapię Margot. W międzyczasie sama nie zauważa, że czyni z pacjentki bohaterkę swojej powieści.
Przyjaciele dają Sybil sygnały, że pakuje się w nie lada kłopoty. Dawno już wyszła poza ramy prawa i etyki zawodowej. Zatraca dystans wobec wydarzeń i figur, migruje między rzeczywistościami. Sama już nie wie, co wydarzyło się w pacjentce, co w komputerze, a co w niej samej. Margot realizuje film (dosłownie i w przenośni) na czynnym wulkanie. Jak twierdzi, bez psychoterapeutki sobie nie poradzi, więc ściąga Sybil do siebie. Niespodziewanie rozmnoży tym dla niej dodatkowe role – na planie i poza nim.

Nawet jeśli scenarzyści nie mają żadnego związku z koncepcją analizy transakcyjnej, ten obraz można spokojnie prezentować studentom psychologii jako doskonały przykład wielostronnego uwikłania i konsekwencji systemowych, jakie ze sobą pociąga. Na poziomie mniej profesjonalnym: to opowieść o smutku, samotności, poczuciu winy, zagubieniu i potrzebie dystansu. O traumie, problemie alkoholowym, mądrości dzieci, potędze i przekleństwie kobiecości. Wiele tu też wątków autotematycznych: o źródłach i granicach twórczości, o autorstwie, przyzwoleniu na zapożyczenia, definicji inspiracji. Popis aktorstwa, jaki dają Virginie Efira, Adèle Exarchopoulos, trudno zapomnieć. Sandra Hüller za to zdaje się w swojej roli nieco dusić – być może to kwestia konstrukcji postaci, która przez swoje chorobliwe wręcz psychiczne opanowanie wydaje się nieco mało wiarygodna. (Ale być może to również zaburzenie.) Nadmiar zgromadzonych wątków w tej pobieżnej recenzji może przeraża, ale ostatecznie obraz w reżyserii Justine Triet broni się jako ciekawa, nieco przeładowana, ale na wskroś współczesna opowieść obyczajowa. Reżyserka Justine Triet prowadzi swoich bohaterów w głąb, ale zdaje się nakłada na nich nieco zbyt wiele psychologicznych obowiązków. Ekranowych szpad jest trochę za dużo, przez co zagęszczenie problemów może widza nieco przytłaczać. Spokojnie, czasem rzeczywistość wygląda jeszcze gęściej – szczególnie, jeśli psychoterapeuta ma 27 (!) pacjentów. Justine Triet wykazuje jednak duży talent narracyjny i ma wiele do powiedzenia na ekranie. Bohaterów traktuje poważnie, choć z czułością i wyrozumiałością. Lekkości „Sybilli” nadają bardzo dobre dialogi, okraszone Allenowskim uśmieszkiem. Plus interesująca muzyka ze złowieszczym pianinem. Interesujący obraz i mądra przestroga pozbawiona grożenia paluszkiem.

„Sybilla”, reż. Justine Triet, Justine Triet / Arthur Harari, wyst, Virginie Efira, Adèle Exarchopoulos, Gaspard Ulliel, dystrybucja Auroira Films, premiera: 7 lutego.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama

Nowa Fala kobiet

Filmy czeskiej nowej fali jako feministyczne manifesty Jednym z najważniejszych