Gdy Anywhere.pl spotka się z Rolls Royce’m

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Każdy producent ma swojej ofercie jakiś model lub serię aut, które się wyróżniają. W przypadku Rolls-Royce’a jest to Black Badge. W skrócie – to po prostu mocniejsze, mroczniejsze i jeszcze bardziej wyszukane w środku odmiany kilku modeli. Razem z Marcinem Ranuszkiewiczem sprawdziliśmy, jak to jest jeździć Rolls-Royce’ami wartymi ponad 1,5 miliona złotych (każdy) po zimnej i – wówczas – ponurej Warszawie.

Na zewnątrz jeden, może dwa stopnie. Niebo szare, deszcz lekko kropi. Pod Rolls-Royce Motor Cars Warsaw czekały na nas cztery modele z serii Black Badge. Wraith, Dawn, Ghost i Cullinan. Każdy zarówno bardzo do siebie podobny, jak i różny. Razem z Marcinem od razu wybraliśmy Wraitha. 

Reklama
Advertisement

Matowe, ciemne coupe, którego lakier idealnie dopasowywał się do panującej aury. Pod maską V12 pracujące tak grzecznie i cicho, że trudno rozpoznać, kiedy auto jest włączone, a kiedy nie. Około 600 KM i moment obrotowy dochodzący do 1000 Nm, ale … jeżdżąc nim wcale nie miałem ochoty szaleć i bić rekordów prędkości. To nie jest target Rolls-Royce’a. Bez względu na to, czy jechałem od świateł do świateł, czy drogą ekspresową, Wraith był tak samo komfortowy. A gdy jednak chciałem nieco przycisnąć? Od razu czułem, że tylna oś zaczyna myszkować. 

Dawn to z kolei najbardziej luksusowy cabriolet. Jak zapewne zdążyliście się już domyślić, pogoda zbytnio nie zachęcała do złożenia dachu, stąd też przynajmniej udało mi się ocenić, czy na drodze ekspresowej w środku jest cicho i … wcale nie było głośniej, niż we Wraithie. Mam specyficzny gust jeśli chodzi o design, stąd bryła Dawna zbytnio do mnie nie przemawia, choć być może gdyby było cieplej i mógłbym złożyć dach to zmieniłbym zdanie.

Cullinana prowadził Marcin, a ja rozsiadłem się na najwygodniejszej tylnej kanapie, na jakiej kiedykolwiek siedziałem. Przy akompaniamencie czystego, rockowego dźwięku wydobywającego się ze świetnych głośników rozkoszowałem się widokami smutnego Piaseczna i Wilanowa, które powoli mijaliśmy. I podobnie jak we Wraithie i Dawnie, nie odczułem monumentalności Cullinana, który wydawał się być co najmniej rozmiarów małego crossovera.

Zdecydowanym wygranym w kategoriach miejskiego komfortu i elegancji prowadzenia był Ghost, który w pewnym sensie czekał na mnie jako deser. Duży, wybitny w smaku i pięknie wykonany. Co ciekawe, po skonsumowaniu go nie czułem, jakbym właśnie zjadł taki Yorkshire pudding przygotowany przez Jamiego Olivera, lecz bardziej wege ciastko dietetyczne. W tej mojej dziwnej analogii chodzi o łatwość manewrowania ponad 5-metrową limuzyną, co wychodziło mi łatwiej, niż moją ważącą nieco ponad tonę Fiestą. 

Komfort i luksus – to już jest inna bajka. Nie odkryję Ameryki twierdzeniem, że ciężko o wygodniejsze i bardziej luksusowe samochody niż te, które produkowane są w Goodwood. W każdym z aut, którymi wraz z Marcinem jeździliśmy, mieliśmy do czynienia z niespotykanym nam dotąd wykończeniem. Co ciekawe, oprócz masy nowoczesnej technologii połączonej z miękką w dotyku i ładnie komponującą się z włóknem węglowym skórą, zobaczyłem… analogowe zegary i drążki do sterowania siłą nawiewu. To niesamowite, że w autach tak drogich i luksusowych wciąż możemy znaleźć wzbudzające nostalgię elementy. 

Luksus wcale nie musi oznaczać wnętrza pełnego onieśmielającej i przytłaczającej technologii. Owszem, niejeden gadżeciarz i tech-freak odnalazłby się wyśmienicie w takim Cullinanie, lecz nawet mnie, osobie patrzącej na elektroniczne zegary raczej krzywo, spora liczba okienek i funkcji w centralnym ekranie sterowania nie przeszkadzała. Wszystko jest kwestią odpowiedniego balansu. A w tym Rolls-Royce odnajduje się wręcz mistrzowsko.

Liczby w pewnym momencie straciły dla mnie całkowicie jakiekolwiek znaczenie. Tak samo, jak chęć sprawdzenia jak szybko każdy Rolls-Royce przyspiesza. W pewnym sensie „zdziadziałem” i dałem się złapać magii komfortu i niespotykanej mi dotąd wygody. Na samym początku wspomniałem, że każdy z udostępnionych nam pojazdów był zarazem do siebie podobny, jak i kompletnie różny. To dlatego, że Wraith, Dawn, Ghost i Cullinan były w prowadzeniu lekkie jak piórko. Powiedziałbym nawet, że lżejsze. Systemy wspomagania i skrętna tylna oś sprawiały, że nie czułem się jak kierowca 5-metrowego kolosa ważącego ponad dwie tony. To po prostu niesamowite uczucie, które trudno opisać.

A dlaczego się różnią? Cóż, odpowiedź jest prosta – rozmiary i teoretyczne przeznaczenie każdego z aut. Ghost był oczywiście wybitnie komfortowy dla pasażerów podróżujących na tylnej kanapie. Podobnie jak Cullinan, którego wcześniej testowałem na szkockich wertepach i doskonale wiem, że w tym całym przytłaczającym luksusie potrafi też być wybitną terenówką. 

Tak na dobrą sprawę opinia moja czy Chrisa Harrisa na temat takiego Cullinana nikogo w Goodwood nie obchodzi. Rolls-Royce za swój cel postanowił zaspokoić pragnienia swoich wymagających klientów. Można się śmiać z tego, że target RR urzęduje gdzieś na szczycie Burdż Chalifa lub w Doha. Nie zmienia to faktu, że producent ściśle trzyma się swoich tradycji i wartości, które w wersji Black Badge są jeszcze bardziej spotęgowane. 

 

Reklama