Co Zrobił Jack?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Powyższy plakat ilustruje zaserwowaną przez Davida Lyncha krótkometrażówkę, która niedawno ujrzała światło dzienne na platformie Netflix. Jednak tak naprawdę owo dziełko miało swoją premierę już w 2017 roku, w czasie gdy twórca pracował nad trzecim sezonem Twin Peaks. Poboczny projekt amerykańskiego reżysera został wtedy wyświetlony dla widowni kilku festiwali i przez długi czas pozostawał tytułem funkcjonującym poza głównym obiegiem. Nic w tym dziwnego, eksperymentalny szort charakteryzuje się bowiem niełatwym do strawienia, silnym stężeniem abstrakcji.

Fabuła siedemnastominutowej etiudy jest niezwykle prosta. Odgrywający rolę detektywa autor “Mulholland Drive” przesłuchuje małpkę (tytułowego Jacka) oskarżoną m.in. o morderstwo oraz działalność szpiegowską. Akcja niemal w całości rozgrywa się w jednym pomieszczeniu i bazuje wyłącznie na dialogach. Skąpana w gęstej czerni oraz bieli konwersacja dwóch bohaterów reprezentuje skrajny minimalizm, czyli estetykę będącą znakiem rozpoznawczym krótkich form tego artysty.

W “Co Zrobił Jack?” lynchowska wizja bardzo mocno uśmiecha się w kierunku neoprymitywizmu. Wpływ sztuki outsiderskiej widoczny w wizualnej rubaszności “Inland Empire” (ziarniste obrazowanie mającej przypominać “domowe” metody) albo świadomym kiczu ostatniej części “Twin Peaks” (baśniowe efekty specjalne odrealniające serialowe uniwersum), stanowi formalny kręgosłup opowieści. Jak zwykle w przypadku takich marginesowych, w pełni autorskich przedsięwzięć, hollywoodzki surrealista całkowicie popuszcza wodze fantazji. Nie czując oddechu zirytowanych producentów na plecach, może sobie pozwolić na celebrację poetyki nienaturalności. Kolażowa konstrukcja małpiego oblicza z nieudolnie naklejonymi ludzkimi ustami wpleciona w dialogowy absurd, kreuje tu niedorzeczność tak świadomą, że aż niepokojącą.

Sam tekst, niczym w najlepszym spektaklu teatralnym, jest równie ważny, jak osobliwa audiowizualna stylistyka. Poprzez rozmowę detektywa z oskarżonym, Lynch uprawia recykling nieskoordynowanych cytatów oraz idiomów prowadzących zupełnie donikąd. Za werbalnymi gierkami nie kryje się żadna epifania, ani nawet trop mający posunąć historię do przodu. Konwersacyjny purnonsens po prostu ukazuje przeźroczystość współczesnej kultury, zlepionej z banalnego intertekstualnego śmieciowiska.

Dość duże znaczenie dla wymowy filmu ma parodystyczne ukłucie klisz kryminału. Autor wybiera gatunek, w którym schematy są głównym budulcem narracyjnej mechaniki, zestawiając go z uniwersalną szablonowością naszej rzeczywistości. Format standardowej hollywoodzkiej sceny przesłuchania przedstawia postmodernistyczną teraźniejszość, jako karmiącą się konwencjami. Reżyser zauważa, że nawet dekonstrukcja jest procesem wtórnym, w kółko przestawiającym te same puzzle.

Czyżbyśmy byli świadkami początku współpracy Lyncha z Netflixem? Jeśli tak, to jestem ciekaw, w jaki sposób reżyser przestawi puzzle w przyszłości.

Reklama

OSTENTACJA

Od początku świadomego życia cierpię na pewną osobliwą przypadłość, a