Dziwni ludzie

Elvis Strzelecki

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Sytuacja nr 1

Słyszę w autobusie, że facet, na oko 67-75 lat szuka jakiegoś sklepu w okolicy, więc po tym, jak wysiadamy, proponuję, że poprowadzę go do pewnego marketu, bo akurat pracuję w pobliżu.
– Gdzie pan pracuje?
– W radiu.
– Pan to chyba Kydryńskiego naśladuje.
– Od urodzenia mam taką przypadłość zwaną francuskim “r”.
Po pytaniach, czym się wcześniej zajmowałem, gdzie studiowałem i czemu wybrałem Radom, a nie Wawę, padło klasyczne:
– Ile pan zarabia?
– Wystarczająco.
– Pan tak enigmatycznie odpowiada, a ja tak biznesowo chciałem wiedzieć.
– Nie znam Pana na tyle, żeby Panu o takich rzeczach mówić, z całym szacunkiem.
I Pan, który widać zapomniał, że gentlemanom o kasie rozmawiać nie wypada, pożegnał się i udał na zakupy, a ja poszedłem dalej.

Reklama
Advertisement

Sytuacja nr 2

Pewnego dnia kumpel dostaje zaproszenie do znajomych na Fejsie od jakieś dziewczyny. Nie zna osoby, ale daje szansę z nadzieją, że okaże się to ktoś sympatyczny. Mówi się, że poznawanie ludzi w sieci to głupota, ale prawda jest taka (nie wierzę to, co piszę), że raz na pewien czas może się udać wyczajenie kogoś względnie ogarniętego. No więc gołąbeczki sobie piszą różne pierdoły o życiu, zainteresowaniach, klei się średnio, ale cytując klasyka – „dać mu szansa”. Trwa to ledwie kilka tygodni, do momentu, aż któreś wspomina o wyzwaniach w stylu „skok na bungee”. Ów jegomość opowiada, jakie to fajne uczucie, że człowiek na pewnym etapie życia przestaje się bać rzeczy, które kiedyś wywoływały u niego niemały lęk i jest gotów na spełnianie marzeń oraz podbój świata. Popełnia jednak kardynalny błąd – pisze pierwszą część wiadomości wieczorem poprzedniego dnia, a kończy popołudniem następnego. Pani pyta go – „czy to normalne odpisywać w tak dużych odstępach czasu?”. Nie wiem, jak Was, ale mnie by strzelił (i tu pada piękne słowo, które ochronię przed światłem dziennym). Ludzie to mają tupet, bez kitu! Nie dość, że sami, mając prawie 3 dychy na karku, wysyłają Ci zaproszenie, jakby to był …der, to potem zrobią z Ciebie debila, degenerata, konsumenta gumowych kaczek i człowieka, który przed każdą rozmową używa płynu do płukania jamy ustnej (swoją drogą, to najmniejsza zdrobnia, biorąc pod uwagę fakt, jak wiele osób ma niezdiagnozowaną halitozę). Ów jegomość odrzekł jej, że bardziej durne jest bycie dorosłą osobą i decydowanie się na znajomość z kimś wyłącznie po zobaczeniu jej zdjęcia profilowego, a doba jest zbyt krótka, by móc odpisać wszystkim na czas (większość osób, które znam, tak robi, ponieważ na co dzień jesteśmy po prostu zalatani). Przyznała rację, niby ironicznie i pożegnali się na zawsze.

Pozornie niemające ze sobą zbyt wiele wspólnego historie, łączy jednak istotna rzecz – dzięki takim ludziom człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że świata nie należy brać na poważnie. Pamiętam, że jako dziecko bałem się muzyki happy hardcore (jeśli w latach 90. oglądałeś Vivę, to z pewnością pamiętasz szybkie beaty, pianina i przesłodzone wokale), Zulu Guli i pewnej prezenterki wiadomości (bez względu na opcję, zawsze piszę z małej). I co miało miejsce potem? Zacząłem oglądać Zulu Gulę, dziesięć lat później stałem się wielkim fanem old schoolowych brzmień i zasmakowałem dziennikarstwa. Jako dzieci jesteśmy wolni, szczerzy, bezpośredni. Nie znosimy pół środków, cackania się. „Chcę cukierka!”, „Nie lubię tej ciotki”, „kocham babcię” – uczucia wyrażamy w prosty sposób. Dorosłość uczy nas kurtuazji, nakłada na nas garnitur poprawności politycznej. Do pewnego stopnia jest to dobre, bo np. uczy cierpliwości, świeżego spojrzenia na określone sprawy (jako dorosły zyskujesz odpowiednie narzędzia do kształcenia się, rozwijania swoich umiejętności), dzięki czemu zmieniasz zdanie na temat niektórych rzeczy (patrz powyżej na zmiany, jakie zaszły u mnie). Z drugiej jednak strony, odbiera się nam dziecięcą radość wynikającą z traktowania świata niczym jednej wielkiej bajkowej krainy. To właśnie dlatego jesteśmy przewrażliwieni na punkcie wszechobecnej głupoty, zamiast po prostu ją olewać, wyśmiewać. Oczywiście, dobrze, że nie bijemy się i szarpiemy za włosy oraz mamy większy dystans do tego, co nas otacza, ale i tak często kończymy z rozwalającymi nam głowę negatywnymi myślami. Przejmujemy się tym, że ktoś o rozumie kostki rosołowej nas obraził. A ja mówię – wybaczajcie głupcom i nie bójcie się czasami być głupcami (czyjaś ocena nie powinna wpływać na Twój obraz siebie, chyba że sam czujesz negatywny wpływ swojego postępowania na otoczenie). Idiota to bowiem nie ktoś o niskim IQ, słabym wykształceniu bądź małej wiedzy – to człowiek, który nie zdaje sobie sprawy z absurdu swojego zachowania. 

A co z tym wspólnego ma bajka? W bajce ludzie nie są skrępowani łańcuchami codzienności. Też przechodzą przez trudności, ale ostatecznie zło przegrywa. Oczywiście, nie popadajmy w szaleństwo i nie skaczmy z czwartego piętra w stroju Batmana, bo na pewno już nikogo nie uratujemy. Pielęgnujmy jednak pozytywny obraz siebie, naprawiajmy, co możemy w naszym otoczeniu, a przede wszystkim śmiejmy się z głupoty i życzmy naszym wrogom szerokiej drogi, byleby nie z nami w roli towarzyszy.

Reklama